niedziela, 17 kwietnia 2011

Cena wolności

Ojciec mojego przyjaciela z czasów młodości zwykł mawiać, że wolność to jest świadomość własnych ograniczeń. Trzeba znać uwarunkowania zewnętrzne, swoje miejsce w szeregu, granice własnych możliwości. Wolność jest w nas i nie ma co się zżymać na wodę, że jest mokra, czy na grawitację, że istnieje. Wolność jest w nas i tylko w nas. Na zewnątrz nas są tylko ograniczenia.

Prowadząc bloga patrzyłem na odbiór, poznawałem formy komunikacji. Testowałem czytelników różnymi technikami, prowokując ich do różnych reakcji. Raz atakowali mnie czerwoni, innym razem brunatni. Raz głupsi, raz mądrzejsi. To było całkiem ciekawe doświadczenie. Zupełnie inaczej bowiem się odbiera komentatorskie przepychanki, gdy pretekstem do nich jest własny tekst. Człowiek ma okazję poznać siebie, swoje reakcje i sprawdzić na własnej skórze efekty różnego rodzaju żartów i prowokacji, efekty nie przefiltrowane przez towarzyską poprawność bezpośredniego kontaktu. Ma możliwość sprawdzenia różnych metod perswazji, gdy chamstwo ośmielone ścianą ekranu pozwala sobie na rzeczy, kończące się w realnym życiu ordynarnym mordobiciem. Taki trening charakteru pozwala zachować zimną krew w różnych sytuacjach, w których o tą zimną krew trudno.

Pisałem pod własnym nazwiskiem, także po to, by przekonać się na własnej skórze, jak wygląda krążenie informacji. Niespecjalnie zabiegając o ekspozycję, dzięki samej tylko obecności w różnych miejscach, docierały do mnie sygnały o rozpoznawalności. Ktoś gdzieś skojarzył, ktoś komuś przekazał i tak to szło. Zastanawiałem się również w którym momencie zacznie to przeszkadzać komuś w tzw. realu.

Zaskakującym i wielce pouczającym odkryciem był dla mnie fakt, jak bardzo taki niewinny z pozoru blogowy wpis, może zmienić ludzkie relacje. Nagle okazywało się, że na poziomie deklaratywnym bardzo liberalne osoby nie są w stanie ścierpieć kontaktu z kimś o innych poglądach. W kontakcie bezpośrednim, gdy wchodzi się na grząski teren budzący emocje, z reguły następuje zmiana tematu i rozmowa płynie po bezpiecznych wodach pogody albo narzekania na polską kolej. Jednak napisany tekst, który jest z nieco innej bajki światopoglądowej niż komentator, nie jest żadnym tam pretekstem do polemiki, do dyskusji, do sprawdzania słuszności własnych przekonań poprzez konfrontację z odmiennym zdaniem. Nagle spolegliwe osoby zamieniają się w krwiożercze bestie gotowe werbalnie rozszarpać przeciwnika na strzępy, wyrażając jednocześnie święte oburzenie jakimkolwiek przejawem adekwatnej reakcji w drugą stronę. Oczywiste jest, że dostrzeżenie niekonsekwencji własnych teoretycznie liberalnych przekonań z litrami jadu wypływającego spomiędzy zaciśniętych w złości zębów, jest najzwyczajniej w świecie niemożliwe.

Dużo się nauczyłem w ostatnim czasie, dużo zrozumiałem jeśli chodzi o ludzkie przekonania, motywacje, strategie. Bardzo sobie to cenię. Niestety wszystko ma swój koniec i ta forma poznawania świata też musi ulec ograniczeniu. Być może kiedyś dojrzejemy do prawdziwej demokratycznej swobody wypowiedzi, wolności w prezentowaniu własnych poglądów i tym podobnych bzdur, które istnieją tylko w jakimś mitycznym nibylandzie. U nas tymczasem pomimo dwudziestu lat od upadku PRL-u dalej żyjemy w kulturze przyjaznego poklepywania po plecach, z dobrą radą na ustach, żeby lepiej się zastanowić zanim się coś głośno powie. A jak ktoś rady nie posłucha to zawsze może wylądować z twarzą na bruku, jak np. Michał Strużyk. Doszedłem do końca pewnego etapu, który trzeba zamknąć. Różni koledzy załamujący ręce nad moją poczytalnością nie będą już musieli się trudzić wysyłaniem mnie do psychiatryka. Różne koleżanki nie będą musiały wyszukiwać w wikipedii definicji różnych zaburzeń osobowości, by wytłumaczyć swoją niechęć do samodzielnego myślenia i zdrowego rozsądku.

Zostawiam na blogach teksty, bo przecież i tak w internecie nic nie ginie, czy też rękopisy nie płoną, jakoś tak to było chyba. Poznałem pewne swoje ograniczenia i teraz tę wiedzę należałoby w jakiś sposób skonsumować. Może kiedyś wrócę, tymczasem na razie milknę, bo milczenie złotem jest, a złoto drożeje ostatnio drakońsko na światowych rynkach, co z reguły ma miejsce przed jakąś większą wojną...

Do następnego (spotkania, tekstu, wcielenia)!!!

niedziela, 10 kwietnia 2011

Wspomnienie po roku

Porządkowanie kuchni po śniadaniu w sobotni poranek przerwał dzwonek telefonu. Nie lubię telefonów, bo zawsze dzwonią w niewłaściwym momencie. Wbijający się w ucho dzwonek niemal zawsze wchodzi między wódkę a zakąskę, przerywa myśl, wytrąca talerz z ręki, zatrzymuje kęs jedzenia w gardle. Odstawiłem płukane naczynia, wytarłem ręce i podniosłem słuchawkę. Usłyszałem przejęty głos teściowej:

- Włącz szybko telewizor! Prezydent się rozbił!

- Co się stało? – nie do końca zrozumiałem, myślałem że to jakiś skrót myślowy, jakaś kolejna drobna gafa Lecha Kaczyńskiego, którą teraz znowu mam przyjmować jako największy skandal w kosmosie. – Jak to się rozbił?

- No rozbił się! Samolot którym leciał do Katynia spadł i wszyscy zginęli! Włącz telewizor! Szybko!

Nie, to nie może być prawda – pomyślałem – prezydenckie samoloty nie spadają, jak to się rozbił? Jak to wszyscy zginęli? Nic nie rozumiem. Rozłączyłem się i pobiegłem do pokoju. W telewizorze potwierdzenie informacji jak z koszmarnego snu. Słuchałem i zastanawiałem, kiedy się obudzę. Próbowałem analizować, co to oznacza, jakie będą konsekwencje, kraj pozbawiony głowy, co w ogóle w tej sytuacji można zrobić? Czy to jest kraj afrykański? Czy my należymy do Unii Europejskiej? Samolot spadł w Rosji? Komu mogło zależeć na tym i dlaczego? Tysiące myśli, a jednocześnie jakaś pustka w głowie. Nieodparte poczucie, że sytuacja przerasta mnie, malutkiego, najzwyklejszego szarego obywatela, że teraz mogę jedynie biernie się przyglądać, jak fala apokalipsy pochłania kolejne obszary naszego świata. To dojmujące uczucie pustki w głowie, jakieś totalne obezwładniające otępienie towarzyszyło mi przez ponad tydzień.

Kilka pierwszych dni, niektóre nazwiska na liście pasażerów pozostawały niepotwierdzone. Może nie było ich w samolocie? Może w ostatniej chwili zrezygnowali? Może nie zdążyli? Później jednak oficjalne informacje były bezlitosne. Grażyna Gęsicka, z która miałem przyjemność przez jakiś czas pracować, także wsiadła do tego tragicznego samolotu… W miarę napływu informacji włosy stawały mi na głowie coraz bardziej dęba. Nie znam równie tragicznego wypadku w historii Polski. Ginęli królowie na wojnie. Zabili Narutowicza. Zginął Sikorski. Ale żeby za jednym zamachem zginęła połowa zarządu Polski - w takiej sytuacji nasz kraj nie był nigdy. Kolejne nazwiska, cała niemal generalicja, szefowie większości instytucji – wymarzona sytuacja jako preludium do militarnego ataku. Kraj pozbawiony zarówno wojskowego jak i cywilnego przywództwa.

Po pierwszym szoku stało się jasne, że żaden atak nie nadejdzie. Dzisiaj wojny toczy się w inny sposób. Po pierwszym szoku Polacy odzyskali na chwilę nadzieję na przywrócenie zasadom należnego im miejsca. Odzyskali na chwilę wiarę w kreatywną moc wspólnoty narodowej. Kraj przecież działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane są bardzo dobrze, instytucje Państwa robią co do nich należy, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Wtedy nie było widać, że była to spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, patriotycznych urzędników, z których każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak trzeba. Setki funkcjonariuszy i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, pomimo ujawniania coraz szerszego zasięgu strukturalnej niewydolności, cały czas starają się nas przekonać, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.

Te kilka tygodni pokazało jasno i wyraźnie, że wobec kataklizmów w dalszym ciągu jesteśmy zdolni do zjednoczenia. Uświadomiliśmy sobie i całemu światu, że Polska podzielona to fikcja. W tym kontekście powrót ze zdwojoną siłą do, zadeklarowanej później przez Wajdę, wojny polsko-polskiej można interpretować jako przejaw realnego braku zewnętrznego zagrożenia, powrót Polaków do poczucia normalności, w której kłócić się i drzeć koty można ile dusza zapragnie. Pawlak z Kargulem raczej nie spiskowaliby z okupantem przeciwko sobie.

Zanim jednak nastąpiło to ponowne pęknięcie, można było, na zamkniętym dla ruchu Krakowskim Przedmieściu, poczuć prawdziwego ducha narodowej solidarności. Cierpliwie przestępujący z nogi na nogę tłum ludzi, bez najmniejszych przepychanek czy wyzwisk, spokojnie i z godnością oczekujących na możliwość dostawienia swojego światła pamięci pod miejscem, gdzie mieszkał i pracował wybrany przez Naród Prezydent ich Kraju. Wszędzie czuwali kręcący się w tłumie harcerze, wypatrujący osób gorzej znoszących takie zbiorowisko, gotowi nieść pomoc butelką wody. W tym pełnym godności ścisku wszyscy dbali o siebie nawzajem pilnując, by starsze panie albo dzieci nie zostały przez przypadek zgniecione przez masywniejszych osobników. Wszyscy patrzyli sobie nawzajem w oczy, pełne skupienia i niepokoju, z rozpaczliwym pytaniem – Co teraz? Co dalej?

Wychodziłem spod Prezydenckiego Pałacu ze łzami wzruszenia na twarzy, wzmocniony głębokim przekonaniem, że zbyt wielu ludziom zależy na tym kraju, aby mógł on znowu przestać istnieć. Wtedy jeszcze nikt nie dziwił się ani nie oburzał na modlitwy, różańce, czy nawet pojedyncze krzyki i nawoływania o skradzionych w Smoleńsku laptopach. Wiadome i zrozumiałe było, że każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Każdy ma swoje metody radzenia sobie z pełną niepewności rozpaczą. Wszak jak tu mieć zaufanie do Państwa, które nie jest w stanie ochronić swojego Prezydenta? Tylko rozpoznanie i wyjaśnienie przyczyn pozwoli to zaufanie przywrócić. Tymczasem jednak, dopóki to nie nastąpi, ludzie szukają wsparcia w sobie nawzajem. Pod Pałacem Prezydenckim i w każdym innym miejscu, gdzie paliły się znicze, to wsparcie dawało wiele siły.

sobota, 9 kwietnia 2011

Najwyższa pora skończyć żałobę

Apelował kardynał Dziwisz, apelował kardynał Nycz, ostatnio dołączył biskup Pieronek. Część osób się oburzyła, inna część zastanawia jakie mają prawo, jeszcze inni klaszczą głośno na ten racjonalny apel. Ja należę do tych ostatnich!

Słuchając tego utyskiwania na moherowych oszołomów, którzy nie chcą odpuścić i rok po katastrofie "tylko te banany i banany"... znaczy się: tylko ten Smoleńsk i ten Smoleńsk, ciągle krzyczą, narzekają, czepiają się i czegoś chcą, sami już chyba nie wiedzą czego, gdy tak sobie słucham tego wszystkiego to się tak zastanawiam nad zupełnie inną nie związaną ze Smoleńskiem sprawą.

Otóż zastanawiam się nad historią Olewników, którzy od 8 lat próbują dojść prawdy o śmierci ich syna. A przecież znaleziono zabójców, osądzono ich, a sami zabójcy wydali na siebie dużo surowszy wyrok niż zrobił to sąd, to znaczy powiesili się jeden po drugim we własnych celach. A ci nawiedzeni Olewnikowie ciągle coś tam jątrzą, szukają, dopatrują się jakiś nieścisłości, jakiś nieprawidłowości, ciągle twierdząc, że sprawa wcale wyjaśniona do końca nie jest. A przecież minęło dużo więcej niż rok od śmierci Krzysztofa i żałoba dawno powinna się zakończyć? W dodatku czy te ich nieustanne próby dochodzenia do prawdy to nie jest przypadkiem próba uświęcenia ich grzesznego syna? Budowanie jakże polskiej martyrologii? Budowanie bohaterskiego mitu z jakże pospolitego zabójstwa?

Dosyć. W sprawie Smoleńska wcale nie chodzi o żałobę. Wcale nie chodzi o martyrologię czy wynoszenie prezydenta na ołtarze narodowego panteonu. Tak samo jak Olewnikowie (i wszyscy inni) mają prawo dochodzić prawdy o śmierci swojego syna, tak ja mam prawo dochodzić prawdy o śmierci prezydenta mojego kraju! Mam prawo odrzucać insynuacje, manipulacje, sprzeczne ze sobą fakty i sprzeczne z faktami wyjaśnienia. Mam prawo domagać się traktowania tej sprawy poważnie i mam prawo jako obywatel tego kraju domagać się pociągnięcia winnych do odpowiedzialności. Próbuje nam się natomiast wmówić niestosowność takich dążeń. Oburzenie i jakże słuszne zniecierpliwienie spowodowane brakiem odpowiedzi, albo obrażającymi przeciętną inteligencję odbiorcy, absurdalnymi odpowiedziami oraz przeciąganiem unikania wyjaśnień w nieskończoność, próbuje się nazywać niepotrzebnym jątrzeniem. Wywołaną ustami Andrzeja Wajdy na spotkaniu wyborczym Komorowskiego, wojnę polsko-polską przypisuje się osobom domagającym się prawdy. Nie jesteśmy jednak stadem bezmyślnych baranów z wypranymi mózgami jak znakomita większość forsujących te absurdalne opinie tzw. "dziennikarzy”. Doskonale wiemy o co tu chodzi tak naprawdę.

Zgadzam się z kardynałami! Najwyższa pora na zakończenie żałoby! Najwyższa pora na podjęcie bardziej zdecydowanych działań! Najwyższa pora, by skończyć z tym robieniem z wolnych obywateli masy bezwolnych idiotów! Żądanie prawdy niedługo nie będzie tłumione powagą żałobnych okoliczności. Żądanie prawdy nie będzie osamotnione, jak ignorowani przez policję, prokuraturę i media Olewnicy. Kardynałowie wzywają Naród do bardziej zdecydowanych działań po 10 kwietnia 2011 roku. Niech dotrze do nas ich właściwy przekaz!

wtorek, 5 kwietnia 2011

W mydlanym bagnie dezinformacji

W piękny wiosenny słoneczny dzień młody ojciec cieszy się swoją młodą latoroślą. Nowy człowiek pojawił się w jego życiu niedawno, a teraz na dziesiątym piętrze mieszkalnego wieżowca młody ojciec pokazuje świat swojemu ukochanemu synowi. Dziecko też jest zadowolone i radośnie się uśmiecha. Zachęcony tym uśmiechem ojciec zaczyna kołysać dzieckiem i delikatnie je podrzucać, jak to często robią rodzice bawiąc się ze swoimi pociechami. Rzecz jednak dzieje się na balkonie dziesiątego piętra. Podrzucone nieporadnie dziecko wysunęło się z rąk rodzica i wyleciało na zewnątrz balkonu. Młody ojciec bez chwili wahania wyskoczył za nim. Obaj zginęli na miejscu.

Ta drastyczna lecz autentyczna historia opowiadana jest na pewnym warszawskim osiedlu jako przestroga przed lekkomyślnymi zabawami. Przytoczyłem ją tutaj bo mam coraz silniejsze wrażenie, że Polska jest tym dzieckiem, którym się lekkomyślnie bawimy. Wszyscy.

Być może też, to smoleńska katastrofa była takim właśnie wypadkiem, po którym premier polskiego rządu, w tym właśnie rodzaju urazowego szoku wyskoczył z balkonu oddając resztkę polskich plenipotencji na łaskę i niełaskę Rosjan. Budowana przez dwadzieścia lat pozycja Polski jako w miarę poważnego rozwijającego się kraju legła z dnia na dzień w gruzach. Nic już nie będzie takie samo. Rządzący naszym krajem rzucili się w przepaść sądząc, że złapią w locie Polskę i zapobiegną nadchodzącej z przyspieszeniem ziemskim nieuchronnej tragedii, a nam pozostałym przy życiu pozostało już tylko kiwać głową z politowaniem zmieszanym z przerażeniem.

Innym znanym traumatycznym zjawiskiem jest ratowanie spanikowanego tonącego. Istnieją setki opowieści o tym, jak ktoś rzuca się na pomoc i toną razem topielec i jego ratownik. Tonący miotając się w odbierającej rozum panice, zagarnia wszystko co nawinie się pod rękę. Zagarnia wodę, zagarnia ubranie, włosy ratownika, w ostatnim szale krępuje jego ręce i dusi próbując wydostać się na powierzchnię jeziora, które przy spokojnym poddaniu się mu na pewno by ze swych objęć wypuściło.

My wszyscy odbierając atakujące nas przekazy zachowujemy się jak ten topielec. Łapiemy RAŚ, stadionowych kiboli, czy antypolskich oszczerców albo z drugiej strony próbujemy uchwycić reformę wojska, OFE, czy służby zdrowia. Otoczeni informacyjnym szumem w jakimś rozpaczliwym szale powielamy go i wzmacniamy, zajmując ostatnie resztki wolnego czasu utyskiwaniem na całą podłość tego świata. Mijają cenne sekundy życia, które moglibyśmy poświęcić na zastanowienie nad metodami skutecznego dopłynięcia do brzegu, ale miotamy się wyłapując kolejne powody do oburzenia na następny lapsus Migalskiego, Nałęcza, czy Komorowskiego. Naszym zainteresowaniem nadajemy znaczenie nieistotnej mętnej wodzie, czynnikom wciągającym nas w wir frustracji, paniki i na koniec zniechęcenia. Żeby wyjść z bagna trzeba uchwycić podaną gałąź i powolutku, bez zbędnych ruchów wyciągać się na powierzchnię. Żeby nie utonąć w jeziorze wystarczy nabrać powietrza w płuca i po prostu się nie ruszać. Rozproszenie uwagi może kosztować życie. Trudno jest też planować budowę domu, gdy zapadając się w bagnie, wolne mamy już tylko jedno ramię.

Czy w obecnej sytuacji jest jakakolwiek gałąź? Co jest taką sprawą, której załatwienie pozwoliłoby nam zatrzymać ten proces tonięcia? Nie jestem pewien, ale może warto, zamiast szukać całościowych recept albo wytykać pojedyncze potknięcia, spróbować poszukać tego pierwszego kamyczka, od którego rozpoczyna się przenoszenie góry? Może warto skupić intelektualne wysiłki na kompletne opracowanie jednej pełnej reformy, wraz z analizą kosztów i potencjalnych korzyści? Następnym krokiem mogłoby być zobowiązanie do realizacji tego kroku przez kandydatów na przedstawicieli. Łatwiej wymagać jednej konkretnej sprawy, niż rozliczać z obietnicy, że „będzie nam wszystkim dobrze”.

  • Czy taką gałęzią pozwalającą na rozpoczęcie wychodzenia z bagna jest zmiana ordynacji?
  • Czy taką gałęzią jest napisanie od podstaw sensownego prawa dotyczącego małych i średnich przedsiębiorców?
  • Czy taką gałęzią jest reforma sądownictwa?

Nie wiem. Ja skłaniam się ku ostatniej propozycji, co jeszcze rozwinę w niedalekiej przyszłości, ale przecież jakakolwiek gałąź nie byłaby rzucona, to musi być ona solidna i spełniająca odpowiednie warunki. Nie może być spróchniała, nie może być za krótka, a znalezienie odpowiedniej jakiś czas potrwa. Ale jeśli zamiast jej szukać będziemy na siebie nawzajem krzyczeć i dywagować, kto wepchnął Polskę w to bagno, jeśli zamiast szukać rozwiązania będziemy deliberować nad zbiorem najlepszych gałęzi do ratowania, to zanim cokolwiek znajdziemy – Polska dawno utonie.

sobota, 2 kwietnia 2011

Hendekalog inteligenta

Jakiś czas temu zamieściłem swoje młodzieńcze wypociny na temat pewnego tekstu Kołakowskiego. Posypały się na mnie w komentarzach wyzwiska od lewaków ze szkoły frankfurckiej i po raz kolejny przypomniały mi się jałowe, bo oparte na stereotypowych kliszach, dyskusje ze znajomymi lemingami.

Po pierwsze trudno jest zignorować całe formacje kulturowe, szczególnie jeśli wywarły one kolosalny wpływ na tą naszą kulturę. Trudno jest także (choć niektórym przychodzi to niezwykle łatwo) krytykować coś czego się nie zna. Dlatego uważam, że krytyka takiego Marksa bez lektury nawet jednego jego tekstu jest po prostu niemądra. Po trzecie, czy zasada dziel i rządź, tak skutecznie stosowana na przykład przez Stalina w Azji Środkowej, staje się pojęciem tabu tylko dlatego, że ma coś wspólnego ze zbrodniczym dyktatorem? Jak chcemy rozumieć świat, ignorując przedstawicieli niesłusznych według nas ideologii?

Nie mogę odnaleźć tego cytatu, ale to właśnie Kołakowski chyba opowiadał anegdotę, jak jakiś nawiedzony latynoamerykański lewicowiec przekonywał go o słuszności systemu kubańskiego. Na te słowa Kołakowski zapytał: czyli w takim razie popiera pan faszystowskie zbrodnie drugiej wojny światowej? - Dlaczego, skądże znowu? – wykrzyknął oburzony lewicowiec. – No skoro popiera pan eliminację kontrrewolucjonistów to czym to się różni np. od eliminacji Żydów? – To nie to samo! – wykrzyknął lewak i zakończył rozmowę swoim odejściem.

Jedynym sposobem, aby zweryfikować czyjeś idee, jest rozłożenie ich na czynniki pierwsze poruszając się w ramach i języku tejże ideologii. Teolog z komunistą nigdy się nie dogadają jeśli nie wyjdą poza swoje języki opisu rzeczywistości. Będą poruszać się w pojęciowych gettach swoich monadycznych światów, a gdy zabraknie cierpliwości przejdą do rękoczynów. Gdyby jednak udało im się opuścić granice swojego języka, być może doszliby do jakiegoś porozumienia, bo zobaczyliby, że często te same zjawiska opisywane są przez różne pojęcia. Żeby było jasne: piszę o poziomie idei, a nie walki o władzę nad ludzkim duchem.

Od szkoły frankfurckiej nie uciekniemy, bo zbyt silnie istnieją te idee w intelektualnym obiegu. Sam miałem swego czasu ochotę podjąć polemikę z Adorno na temat jego estetycznej wizji muzyki, ale nie starczyło mi na to energii i determinacji. Całkowite ignorowanie tego nurtu nie jest chyba najlepszym pomysłem. Uważam bowiem, że stosunkowo najtańsze jest pokonanie przeciwnika jego własną bronią.

Dlatego przy różnych okazjach przypominam pewien krótki zbiór zasad, by uświadomić im, że zwalczanie wszelkich przejawów „ciemnogrodzkiego zaprzaństwa”, bez najmniejszej nawet ochoty nie tylko zrozumienia, ale choćby wysłuchania, co ci tak krytykowani ludzie mają do powiedzenia, że taka postawa jest sprzeczna z zaleceniami spisanymi przez guru lewicujących intelektualistów, Leszka Kołakowskiego właśnie:

Oto moje wstrząsające odkrycie: polska inteligencja istnieje!

Znaczy to, że istnieje klasa ludzi wykształconych, którzy nie tylko swoje zawodowe umiejętności pielęgnują, ale ponadto interesują się żywo sprawami ogólnymi, sprawami swojego kraju, a także Europy i świata.

Nie muszą być, oczywiście, aktywni politycznie, niekoniecznie słowem lub pismem swój stosunek do świata publicznie głoszą albo w życiu jakichś partii czy innych organizacji politycznych czynnie uczestniczą.

Zależy im jednak na tym, by jakoś do dobra życia zbiorowego się przyczynić, i chcieliby, by ich szczególne zawodowe umiejętności były do tego życia wkładem, nie tylko świadectwem osiągnięć rzemiosła.

Inteligent prawdziwy chce być uczestnikiem zbiorowego życia narodu i ludzkości, a tym, co wie i potrafi, to uczestnictwo potwierdzać.

Nie wiem, jak liczna jest w Polsce populacja, która te warunki spełnia, ale ona istnieje i jest świadoma siebie. Gdybyśmy mieli jedynie takich ludzi wykształconych, którzy dzięki swemu wykształceniu zdobywają sobie środki do życia znośnego, ale o nic więcej im nie chodzi, nie byłoby inteligencji w Polsce, a również zajęcia polityczne ludzi wykształconych byłyby tylko jedną z licznych umiejętności zawodowych, które można wszędzie uprawiać, o niczym innym niż o własnych zyskach życiowych i własnej karierze nie myśląc. Partiom politycznym często przewodzą inteligenci, są jednak partie, które inteligencji nienawidzą, i na czele takich partii nie stoją inteligenci.

  1. Oto więc pierwsze przykazanie z hendekalogu inteligenta: ćwicz się w myśleniu o sprawach życia zbiorowego i własną pracę traktuj jako przyczynek do tego życia, stosownie do twoich mniemań o tym, jak ów świat mógłby być naprawiony lub usprawniony.
  2. Drugie przykazanie: jeśli uważasz, że należysz do prawicy albo do lewicy, bądź zawsze gotów, gdy cię zagadną, wyjaśnić przejrzyście, co to znaczy.
  3. Trzecie przykazanie: jeśli sądzisz, że podział na lewicę i prawicę utracił sens w naszych czasach, bądź też zawsze gotów to swoje mniemanie wyjaśnić.
  4. Czwarte przykazanie: jeśli już musisz publicznie kłamać, zawsze pamiętaj o tym, które z twoich kłamstw łatwo jest wykryć.
  5. Piąte przykazanie: nie kompromituj się, przypisując innym ludziom opinie jakieś, gdy nie możesz ich poprzeć cytatami ich autorstwa.
  6. Szóste przykazanie: jeśli sądzisz, że wszyscy ludzie poza tobą są łajdakami, to jednak tego publicznie nie mów, bo to ci dobrze nie zrobi.
  7. Siódme przykazanie: jak najwięcej książek czytaj swoim małym dzieciom.
  8. Ósme przykazanie: kochaj różne myśli, których się nauczyłeś od pisarzy czy filozofów.
  9. Dziewiąte przykazanie: czytaj poetów, słuchaj klasycznej muzyki.
  10. Dziesiąte przykazanie: zawsze pamiętaj, czym się ośmieszasz.
  11. Jedenaste przykazanie: możesz być katolikiem albo buddystą, albo wyznawcą innej jeszcze wiary, możesz też być, jak to się powiada, niewierzący i nie tracisz przez żadną z tych wiar swojej przynależności do świata inteligencji. Nie możesz jednak twierdzić, że twoja wiara lub niewiara jest równie dobrze ugruntowana jak twierdzenia z nauk chemicznych czy geologicznych.

Wszystkich tych przykazań przestrzegać masz, jeśli chcesz należeć do inteligencji. Ale, oczywiście, wcale nie musisz chcieć być inteligentem.

Źródło: http://tygodnik.onet.pl/36,0,30265,hendekalog_inteligenta,artykul.html

piątek, 1 kwietnia 2011

Kac na Prima Aprilis

Nie przepadam za tym prima-aprilisowym szaleństwem. Następny dzień po moich urodzinach zawsze jest powodem do lekkiej irytacji. Po dobrej imprezie kac gigant zdaje się być kiepskim żartem mojego organizmu, kpiącego z radości minionego wieczoru. Trudno też wtedy odróżnić, które z podawanych informacji są żartem li tylko, a które można brać na poważnie. Z reguły nie zaglądam więc tego dnia do gazet. Brak kaca zaś bywa oznaką sytuacji, gdy z różnych powodów nie mogłem sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa nawet we własne urodziny. Nietrudno zrozumieć, czemu rozmaite żarty takiego życiowego frustrata niespecjalnie śmieszą.

Wczoraj zasiedzieliśmy się przy Skwerze Hoovera chyba do pierwszej w nocy próbując w niezbyt skoordynowany sposób zdefiniować fragmenty niedefiniowalnego świata. Wydaje mi się, że pamiętam wszystko, aczkolwiek dobijający się przez płaty czołowe jakiś obcy sugeruje że nie jest to takie pewne. Coryllusowi wydaje się, że widział Palikota, a ja jestem pewny, że widziałem Migalskiego, który w okolicach godziny dwunastej w nocy, pod pozorem prywatnego spotkania, próbował podsłuchiwać naszych nieskoordynowanych prób zrozumienia rzeczywistości. 

Fatalność dzisiejszego dnia polega na kompletnym braku wiarygodności wszystkich informacji. Dodatkowo biorąc pod uwagę fakt, że o pewnych rzeczach rozmawialiśmy już po dwunastej, zatem pierwszego kwietnia, to jak mam dać wiarę zapewnieniom Alefa Sterna, że znudziło mu się stukanie w klawisze luźnego strumienia wolnych skojarzeń, że ograniczająca forma może być wyzwoleniem dla artysty i że postanowił teraz poszlifować prostotę języka. Z uwagi jednak na fakt nieokiełznanego potoku myśli będzie to trudne i następna książka powstanie pewnie po dłuższej przerwie, ale budowanie prostej formy skomplikowanej historii jest jak sypanie mandali, trenuje charakter, ćwiczy koncentrację i konsekwencję, zmusza do przyjemnego twórczego wysiłku, będącego źródłem dużo większej satysfakcji, niż proste rejestrowanie płynącego strumienia wolnych skojarzeń.

Jak mam również dać wiarę zapewnieniom Intuicji, że w ramach blogerskiej Rady Programowej zamierza porzucić intuicyjny imperatyw swoich działań i przygotuje strukturalne ramy funkcjonowania tego tworu, które pozwolą mu prawidłowo działać niezależnie od osobowego składu? Wielu już to próbowało przecież zrobić i nikomu jak dotąd się to nie udało. Chciałbym jednak wierzyć, że nowe intuicyjne podejście do kwestii organizacyjnych pozwoli wypracować jakiś instytucjonalny przełom.

Nie jestem też w stanie poważnie brać zapewnień Carcajou o tym, że zamierza przejąć stanowisko RedNacza Nowego Ekranu, podobnie jak nie jestem w stanie poważnie brać informacji o tym, że Graś jest przeciwny przyznaniu jemu premii przez Prezydium Sejmu, czy o tym, że Muniek Staszczyk trzeźwieje patrząc na dokonania PO. W ogóle świat w tym cholernym pierwszokwietniowym dniu jest zły, zdradziecki, fałszywy i jest najgorszym możliwym dniem na leczenia pourodzinowego kaca...

czwartek, 17 marca 2011

Sikorski demaskuje Tuska

W dzisiejszej porannej audycji radiowej Trójki, w rozmowie z Michałem Karnowskim, minister Radosław Sikorski potwierdził premedytację działań rządu w sprawach związanych z katastrofą smoleńską. I to w kilku momentach.

Najpierw zapytany o reakcję polskiego MSZ na wezwanie Administracji USA do restytucji prywatnego mienia żydowskiego, odpowiedział, że reakcja USA jest cokolwiek spóźniona, bo czas na reakcję był w latach 1943-1944 gdy emisariusz polskiego rządu, Jan Karski, błagał wręcz o jakąkolwiek pomoc dla eksterminowanych w obozach koncentracyjnych Żydów i Polaków. Wtedy te błagania pozostały bez reakcji. Co więcej, Sikorski na następny dzień zapowiedział opublikowanie umowy z lat 60-tych, w której USA zrzeka się jakichkolwiek roszczeń osób trzecich wobec Polski i zobowiązuje się rozwiązać ewentualne problemy w przyszłości własnymi siłami.

Minister Spraw Zagranicznych, pokazał w ten sposób, że jeśli się chce, to można szybko odszukać nawet stary i mało znany dokument, aby bronić polskiej racji stanu. Dlaczego zatem zignorowano wiadomą umowę dotyczącą badania wypadków lotniczych? Jak widać nie było to czysto ludzkie zaniedbanie, co jeszcze można by nawet na poziomie ministerialnym zrozumieć, ale ewidentne działanie celowe.

Inną poruszoną sprawą była kwestia usuwania palących się zniczy spod Pałacu Prezydenckiego. Najpierw minister Sikorski próbował uniknąć odpowiedzi, następnie potwierdził, że jest to wstydliwa i niegodna sprawa, odsyłając pytającego redaktora do Urzędu Miasta. Na koniec zaś przyparty do muru potwierdził również, że jego zdaniem jest ta sytuacja rozgrywana politycznie. Nie wymagajmy od ministra rządu, aby wprost stwierdził, że działanie partii rządzącej jest w tej kwestii haniebne. Postawienie sprawy w taki sposób mi osobiście całkowicie wystarcza.

W tym kontekście inaczej także należy podejść do prośby premiera Donalda Tuska, którą skierował do senatorów, aby wykreślić z ustawy medialnej cały fragment dotyczący internetu. Cała afera związana z propozycją regulacji internetu jest zatem także niewątpliwie przemyślana, zaplanowana i zrealizowana z żelazna konsekwencją. Jej cele, które widać na pierwszy rzut oka to: a) wysondowanie czujności opinii publicznej, b) skompromitowanie opozycji, która w całości głosowała za przyjęciem ustawy, c) budowanie medialnego wizerunku premiera, który jest czuły na opinie publiczną i reaguje na nadużycia swoich podwładnych.

Pozostaje tylko podziękować premierowi i ministrowi spraw zagranicznych za tą jakże pouczającą lekcję dyplomatycznej komunikacji.

wtorek, 15 marca 2011

Gross jest antysemitą!

W każdym odpowiednio licznym zbiorowisku ludzi zajdą się jednostki, których postawa i zachowanie mogą być dowodem na dowolną tezę. Polska nie jest tu wyjątkiem i różne siły próbują realizować swoje cele wyolbrzymiając różne wyjątkowe jednostkowe zjawiska dla realizacji specyficznej gry. Jeśli jednak potraktować historię Polski czysto instytucjonalnie, na poziomie prawa, a nie ludzkich patologicznych zachowań, kraj nad Wisłą może objawić nam zupełnie inną twarz, niż przyprawiana mu przez różne środowiska gęba wykrzywiona nienawiścią.

W Polsce istnieje bardzo długa tradycja religijnej tolerancji, gościnności i otwartości na obcego. Przecież to nie przypadkowo właśnie w Polsce znalazły schronienie całe zastępy Arian, Kalwinów, Husytów, to właśnie do Polski uciekali Żydzi z całej Europy przed ustawowo dekretowanymi pogromami. Przez kilkaset lat współżycia wymieszaliśmy się ze sobą i bardzo silnie związaliśmy kulturowo. I to pomimo, że polskie przywiązanie do wiary i języka jednak nie przestało dominować.

To naturalne, że w sytuacji wielkich ludzkich migracji rodziły się napięcia. Ale wobec zewnętrznego zagrożenia zawsze wszyscy mieszkańcy Polski stawali ramię w ramię, by bronić swojego domu. Czy Pawlak z Kargulem toczyli spór narodowościowy? Podczas demonstracji patriotycznej przed Powstaniem Styczniowym, gdy na czele protestacyjnego marszu został zabity Polak niosący krzyż, idący obok niego Żyd podniósł ten krzyż i szedł dalej ramię w ramię z księdzem. Nie mylmy sąsiedzkich sporów o miedzę z religijno-narodowościowymi uprzedzeniami!

Żydzi są bardzo głęboko osadzeni w polskiej kulturze i polska kultura bardzo dużo Żydom zawdzięcza. Genialny i jedyny w swoim rodzaju Bruno Schulz pisał po polsku. Głęboko humanistyczny Janusz Korczak pisał po polsku i oddał życie przeciwko NIEMIECKIEMU bestialstwu. Jankiel w Panu Tadeuszu pełni rolę Stańczyka, nie tylko najpiękniej grając na cymbałach, ale wypowiadając wiele mądrości trafnie opisujących otaczająca go rzeczywistość. Nikt dzisiaj nie sądzi, że Mickiewicz w taki, a nie inny sposób pokazał tego żydowskiego karczmarza tylko dlatego, że jego matce przypisuje się żydowskie korzenie. Dzisiaj główny konkurent do stanowiska prezydenta Stolicy, Czesław Bielecki także otwarcie mówi o swoich żydowskich korzeniach i nikomu w trakcie kampanii wyborczej nie przyszło do głowy, by robić z tego najmniejszy nawet problem.

Siła polskiej kultury wynika z jej otwartości i z kryteriów jakimi się posługuje w kwalifikacji swój-obcy. Nawet czarny Olisadebe mógł być przez Polaków uznany za swojego, jeśli swoją grą przyczyniał się do sukcesów polskiej reprezentacji. Nawet rodowity Gross, bez cienia żydowskich korzeni, może być uznany za obcego jeśli szkaluje Polskę i Polaków. Kwestia działania na szkodę lub na korzyść Polski jest głównym kryterium w ocenie. Nie pochodzenie czy wyznanie.

W różnych momentach naszej historii tą państwową solidarność próbuje się co jakiś czas rozbijać. Nie ma groźniejszego przeciwnika niż duży 40-milionowy kraj w centrum Europy zjednoczony wokół własnych interesów. Tą zagrażającą jedność trzeba niszczyć wszelkimi dostępnymi środkami. Bardzo łatwym i niestety stosunkowo skutecznym narzędziem jest rozniecanie nastrojów ksenofobicznych. Służył temu zorganizowany i sterowany przez komunistyczną bezpiekę pogrom kielecki w 1946 roku. Załatwieniu wewnętrznych partyjnych sporów o miedzę służyła antysemicka nagonka w 1968 roku. W 1989 roku straszono nas demonami nacjonalizmu, by uzasadnić mazowieckiego grubą kreskę. Dzisiaj ten sam cel jest realizowany za pomocą książek Grossa.

Autor ten doskonale wpisuje się w tradycyjną linię destrukcji polskiej międzyludzkiej solidarności. Solidarności, która sprawiła, że to właśnie Polacy stanowią najliczniejszą grupę na liście Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. I to pomimo tego, że okupowana Polska była jedynym krajem na świecie, gdzie za przekazanie Żydowi kromki chleba groziła natychmiastowa śmierć. Polacy nigdy nie utworzyli kolaboracyjnej organizacji, nigdy żaden polski dekret nie wspomagał tropienia Żydów i innych ludzi wyjętych przez NIEMIECKIE prawo poza nawias człowieczeństwa. A przecież działo się tak i we Francji i w Holandii i w wielu innych europejskich krajach.

Książki Grossa są jak splunięcie w twarz wybawcy, który dla ratowania cudzego, narażał własne życie. To jest gorsze niż stawianie pomnika ukraińskim banderowcom na terenie Przemyśla. Jedyny cel jaki dostrzegam w tych publikacjach, to właśnie wzbudzenie frustracji i nienawiści. Rozbudzenie niechęci i żalu, który następnie będzie można pokazać jako uzasadnienie dla dalszych działań. Jest to dużo łagodniej przeprowadzany kielecki pogrom, haniebna prowokacja, która osiągnie cel, gdy jakiś mniej kontrolujący emocje narwaniec, da fizyczny wyraz swojemu oburzeniu. Wtedy będzie można go pokazać palcem jako dowód, że Gross ma rację.

Trzeba powiedzieć sobie otwarcie: Jan Tomasz Gross szerzy w Polsce antysemityzm! A to jest zakazane przez prawo. Robi to nie wprost, stosuje do tego celu sprawdzone komunistyczne metody dezinformacji i manipulacji. W skład stosowanych narzędzi wchodzi nie tylko wyolbrzymianie i nadinterpretacja marginalnych zachowań, ale także najzwyklejsze ordynarne kłamstwo, czego naczelnym przykładem jest sławne zdjęcie, wokół którego buduje całą narrację swojej książki. Czy nie jest to ta sama kategoria manipulacji co twierdzenie, że krematoria w Oświęcimiu były urządzeniami do ogrzewania baraków? A kłamstwo oświęcimskie jest przecież ścigane z urzędu.

Tymczasem zamiast napiętnowania, mamy medialne wsparcie dla tej szerzącej nienawiść narracji. Warto notować, kto podbija bębenek grossowego kłamstwa. Zaskarżenie szowinistycznych działań Grossa pewnie nie jest w obecnych warunkach możliwe, jednak warto zauważać, kto pomaga w generowaniu tej antysemickiej atmosfery. Warto otwarcie demaskować rzeczywisty cel tych działań oraz pamiętać kto je wspierał. Być może w pewnym momencie dojdziemy do wniosku, że nie warto się ograniczać i należy pójść ścieżką przetartą przez środowiska żydowskie, ale także szkockie i różnych innych narodowości. Być może przyjdą jeszcze procesy przed międzynarodowym trybunałem o szkalowanie dobrego imienia Polski i rozniecanie nacjonalistycznej nienawiści. Przyjdą, gdy uświadomimy sobie jaki jest rzeczywisty cel podejmowanych działań. Zamilczanie Grossa i innych oświęcimskich kłamców wcale nie jest dobrą metodą, bo ten rodzaj bezczelności nie spocznie, póki nie będzie kategorycznej reakcji.

piątek, 11 marca 2011

Płomienne wygaszanie prawdy

Jak co miesiąc, 10 marca już po raz szósty, dość pokaźna grupa blogerów i ich internetowych komentatorów skrzyknęła się na akcję Las Smoleński. Las, który podchodzi pod mury Pałacu, niczym szekspirowski Las Birnam wołając prawdę, by wyszła zza mgły kłamstw i krętactw, by wróciła na właściwe miejsce. Jak opisał to bloger Yuhma w swoim wierszu, początkowo nieśmiały las nabiera krzepy:

Jeszcze nieśmiało pierwsze pędy wschodzą,
własną odwagą jakby zalęknione,
i pierwsze pąki dopiero się rodzą...
I nagle!... nie wiesz, skąd drzewa zielone.


Choć nigdy raczej nie będzie miał siły bezczelności bohaterów mediów tzw. głównego nurtu. Głównego nurtu szamba, które wylewa się z zepsutej oczyszczalni ścieków. Jak inaczej bowiem można określić sytuację, gdy GW, TVN i inne tuby propagandzistów podchwytują każdą najgłupszą inicjatywę, reklamując ostatnio idiotyczną akcję Ady, Piotrka i Dominika organizujących w Przekąskach-Zakąskach urodziny Chucka Norrisa. Chuck Norris nie byłby pewnie zachwycony wiedząc o tym, że jego nazwisko jest wykorzystywane do szydzenia z ofiar Smoleńskiej Katastrofy. Podejrzewam, że gdyby mieszkał w Polsce, jego zaangażowanie w działalność Kościoła Chrześcijan Baptystów zmusiłoby go do zabrania głosu i nie byłby to głos zgodny ze światopoglądem Ady, Piotrka i Dominika. Jednak ta drobna niekonsekwencja nie przeszkodziła wszystkim fabrykom wody z mózgu trąbić o dowcipnej kontrdemonstracji zaplanowanej na wieczór.

Wieczór nadszedł i korowód białych i czerwonych świecących balonów przeszedł spod pomnika Kopernika pod Pałac Namiestnikowski. Ludzie zebrani na miejscu już nie pytali jak przy poprzednich edycjach, co to za balony. Już wiedzieli. Prosili i cierpliwie czekali, aż z zasupłanego pęku uda się wydostać balonik biały – proszę – i czerwony – proszę – dziękuję.

Po krótkim przedstawieniu celu spotkania został wyrecytowany wiersz Aleksandra Rybczyńskiego. Cisza i skupienie opanowały niemal całą grupę słuchających ludzi. Po odczytaniu w apelu nazwisk wszystkich ofiar katastrofy, przy przejmującym dźwięku syreny smoleńskiej nastąpiło wypuszczenie świateł pamięci. Balony, z przyczepionymi do nich karteczkami z nazwiskami, poszybowały w górę zaświadczając o hołdzie tych, którzy zostali na dole.

Pomimo tego, że ta naprawdę niezależna i naprawdę oddolna inicjatywa, w której udział w czynny i bierny sposób bierze za każdym razem od 200 do 400 osób, zrealizowała się już po raz szósty - czy wzbudziła jakieś zainteresowanie mediów? W telewizji można było usłyszeć o urodzinach Chucka, w których realnie wzięło udział ze 30 osób, a w wizualnym tle telewizyjnej relacji pokazywano ludzi z balonikami. Innym przykładem dziennikarskiej rzetelności jest przypadek opisany przez Krzysztofa Skalskiego:

„Pierwszą ciekawą rozmowę odbyłem z reporterką telewizji ufundowanej ze środków zgromadzonych w trakcie aferyżelazo, czyli TVN tow. Waltera. Reporterka ta widząc mój kapelusz podbiegła do mnie i z porozumiewawczym uśmieszkiem (w stylu „my biedni inteligenci musimy się męczyć w jednym kraju z tymi obciachowymi religiantami”) zaczęła rozmowę:
- co pana łączy z Chuckiem Norrisem, którego urodziny dzisiaj obchodzą tu młodzi ludzie?
- Poza kapeluszem? Może to, że obaj jesteśmy chrześcijanami.
Reporterka nieco skonsternowana pyta dalej:
- Ale przyszedł tu pan na urodziny Chucka Norrisa?
- Nie, przyszedłem uczcić pamięć Prezydenta Polski i pozostałych 95 ofiar Smoleńska.
Reporterka daje szybki znak swoim kolegom od sprzętu, lampa gaśnie, kamera się wyłącza. Wywiad skończony.”


Czy można mieć jakieś jeszcze wątpliwości co do rzetelności dziennikarzy?

Na koniec bardzo smutna scena z nocnego sprzątania zostawionych pod Pałacem zniczy. Na nagranym filmie można obejrzeć pracowników służb oczyszczania miasta, którzy w asyście policji i straży miejskiej dokonują czynności należących do kultury Wielkiego Stepu bardziej niż cywilizowanego europejskiego kraju o rycerskich tradycjach. Mianowicie pomimo protestów przechodniów sprzątane są palące się znicze i leżące pod pomnikiem wieńce. Znicze nie są w stanie końcowego dopalania. Część z nich nie jest wypalona nawet do połowy, a stearyna w środku nie jest jeszcze roztopiona. Strażnicy zachowują się zatem jak złodzieje i cmentarne hieny, które okradają groby z kwiatów, by sprzedać je następnego dnia kolejnym klientom. Czy te znicze też będą wykorzystane ponownie? Dlaczego nie mogły się spokojnie dopalić do końca?



Podczas stanu wojennego taki film nie mógłby powstać, ale w metodach usuwania śladów i gaszenia pamięci wyraźnie widać rękę nieformalnego doradcy arcyboleśnie prostego (p)rezydenta, który to doradca jeszcze niedawno wybierał się w podróż do Rzymu, choć miał zaświadczenia lekarskie, że podróż do sądu w tym samym mieście byłaby dla niego zbyt męcząca.

Na szczęście prowokacje różnych Dominików nie znajdują już takiego odzewu, jak dawniej. Ludzie zaczynają widzieć, kto z kogo robi idiotę. Ludzie zaczynają rozumieć, że jeśli sami nie upomną się o swoje prawa, to prawa te będą im systematycznie odbierane. Solidarność organizowana wokół spraw naprawdę ważnych, wokół obrony prawdy i narodowej tożsamości, odżywa po haniebnych ciosach zadanych Jej podczas obchodów kolejnych rocznic. Solidarność nie jako organizacja, ale jako idea. Przykładem jest kolejna oddolna inicjatywa: Akcja Nocleg. Jeśli jesteś gotowy 10 kwietnia przenocować kogoś spoza Warszawy, zgłoś tą gotowość na adres mailowy joanna.koz@gmail.com – zostanie z Tobą skontaktowana osoba szukająca noclegu. Szczegóły akcji podane są tutaj.

Na rocznicę, 10 kwietnia przyjedzie do Warszawy sporo ludzi, którym Polska nie jest obojętna. Ty również nie bądź obojętny. Kłamstwa i brak szacunku osiągnęły zbyt duże rozmiary aby można je było dalej tolerować.

Relacja filmowa Carcinki, dodana 13 marca:

środa, 9 marca 2011

Syndrom Zatoki Świń

Dokładnie 50 lat temu, na początku marca 1961 roku debatowano w zaciszach Białego Domu na temat sposobu rozwiązania problemu komunistycznej rewolty na Kubie. Grupa mądrych ludzi pod kierownictwem prezydenta Kennedy’ego zastanawiała się nad różnymi sposobami zneutralizowania niebezpieczeństwa łańcuchowej reakcji powstań na kolejnych wyspach Ameryki Łacińskiej. Rozważano różne warianty, ale wspólnym mianownikiem była inwazja kubańskich uchodźców przy aktywnym wsparciu amerykańskiego wojska. Na miejsce operacji wybrano nizinne i zabagnione okolice Zatoki Świń. Akcja, jak wiadomo skończyła się kompletnym fiaskiem, oddziały rebeliantów zostały zneutralizowane przez kubańskie wojsko w ciągu trzech dni, a długofalowym efektem było doprowadzenie świata na skraj nuklearnej wojny.

Co sprawiło, że grupa rozsądnych ludzi podjęła złe decyzje? Jak to się stało, że nikt nie zasugerował nawet, że może jednak organizowanie desantu na zabagnionym, zbyt oddalonym od terenów górskich terenie nie jest najlepszym pomysłem? Jak to się stało, że nikt nie kwestionował pomysłów dotyczących zaangażowania Kubańczyków wdzięcznych za oswobodzenie od reżimu Fidela? Jak ci inteligentni skądinąd faceci mogli wierzyć w to, że uda się ukryć zaangażowanie USA w taką operację?

Dzisiaj ta sytuacja jest przedstawiana w większości podręczników dotyczących zarzadzania, psychologii społecznej, rozwiazywania konfliktów itp. Jest sztandarowym przykładem na tzw. syndromu grupowego myślenia, czasem wręcz nazywany syndromem zatoki świń. Na czym to polega?

Jak wiemy ze sławnego wykładu naszego obecnego arcyboleśnie prostego (p)rezydenta można wyróżnić trzy fazy dochodzenia do decyzji politycznych: Pierwsza faza to była faza zgłaszania poglądów. Druga faza to była faza ucierania poglądów. Ucierano poglądy przez długotrwała dyskusję. Trzecia faza działania to faza bigosowania. Można przyjąć ten schemat pojęciowy do opisu krystalizowania się wszelkich grup ludzkich. A jak już grupa przeszła fazę bigosowania, to albo taka grupa się rozpada, albo zaczyna się okres normalnego funkcjonowania. I wtedy dochodzą do głosu inne mechanizmy.

Podejmowane są różnego rodzaju decyzje w sposób, który poprzez przedyskutowanie problemu przez grupę, daje decydentom poczucie wyboru optymalnego w danej sytuacji rozwiązania. Im bardziej grupa zgrana, im dłużej razem funkcjonuje, im więcej słusznych decyzji podejmuje, tym bardziej jest przekonana o własnej nieomylności. Taka grupa z biegiem czasu staje się coraz bardziej hermetyczna, a gdy dołącza do niej nowa jednostka i zaczyna zwracać uwagę na różnego rodzaju ryzyka, jest przez grupę odrzucana i marginalizowana.

Pół biedy, gdy wynika to z wypracowania metod i zabezpieczenia pewnych ryzyk, które przedyskutowane, są na stałe i domyślnie wpisane w projektowane rozwiązania. Wtedy rzeczywiście ich ponowne przepracowywanie dla jednej nowej osoby jest strata czasu, dlatego ważne jest sformalizowane gromadzenie wiedzy, aby dołączający uczestnicy mogli się zapoznać z historią spraw bez fizycznego angażowania starszych członków grupy. Gorzej, gdy inicjacyjny ostracyzm wynika z kanonu niepisanych zasad pozwalających grupie utrzymać tożsamość i spójność, gdy jakiekolwiek naruszenie delikatnej struktury interpersonalnych powiązań jest zagrożeniem dla misternej konstrukcji układu nadambitnych jednostek. Wtedy otwarta jest droga dla autowzmacniania raz podjętych decyzji poprzez wyszukiwanie argumentów pozytywnych i bagatelizowanie argumentów negatywnych.

Wbrew pozorom nie jest to wcale rzadka sytuacja i dotyczy w zasadzie dowolnej grupy ludzi. Każda grupa ma swój poziom spójności, swoje granice akceptacji niekompetencji, swoje tempo dochodzenia do fazy autocenzurowania kontrpropozycji i nie zależy to ani od inteligencji, czy wykształcenia członków grupy. Trzeba sporo wysiłku, by utrzymać grupę w stanie nieustannej otwartości na krytykę. Jednak ceną braku mechanizmów kontrolnych, skutkujących ignorowaniem pojawiających się sygnałów naruszania zasad wyznaczonych przez grupę, jest zawsze społeczna marginalizacja grupy i w konsekwencji jej rozpad.

Leszek Kołakowski w swoim wykładzie z 1980 roku pt. "Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturowego" stwierdził, że główna siła kultury europejskiej leży w zdolności do kwestionowania samej siebie i w świadomości braku rozwiązań ostatecznych. Syndrom Zatoki Świń to rezygnacja z tej siły, rezygnacja często nieuświadomiona i nieintencjonalna, ale w konsekwencjach zawsze tak samo nieubłaganie bezlitosna.