poniedziałek, 8 czerwca 2009

Żadna tam porażka demokracji!

Twierdzenie, że niska frekwencja w euro wyborach to porażka demokracji jest z gruntu fałszywe. Czy prawie stuprocentowa frekwencja w PRL-u świadczyła o wysokiej jakości demokracji ludowej? Czy bojkot mediów przez ludzi kultury w latach osiemdziesiątych oznaczał porażkę patriotycznych postaw? Wręcz przeciwnie! Gdy nie masz innego sposobu na okazanie niezadowolenia, gdy wszystkie formy protestu wyczerpały swoje możliwości, jest to ostatni demokratyczny, pokojowy, po prostu cywilizowany sposób okazania społecznego niezadowolenia!

Ciekawy tekst popełniła Magda Figurska na swoim blogu. Niestety w natłoku szczęścia i utyskiwań zginie on marnie, zbojkotowany przez adminów i czytelników. Nikt, lub prawie nikt nie podejmie niewygodnej dla status quo dyskusji na temat braku zaufania do istniejących instytucji. Ci którzy nie poszli do wyborów tłumaczą swoją decyzję nie tylko poczuciem braku wpływu na rzeczywistość, ale także brakiem adekwatnych kandydatów. Skład list wyborczych pokazuje wyraźnie, że mechanizmy partyjnej selekcji nie sprzyjają wyłanianiu właściwych ludzi. Również zaufanie do instytucji, które nie działają jak należy jest bardzo niskie. Dyskusja na temat przyczyn takiego stanu rzeczy praktycznie nie istnieje. Istnieje dyskurs prowadzony poprzez fotografowanie świńskich zadów.

Niska frekwencja nie jest żadna porażką polskiej demokracji. Porażką jest permanentna niemożność rozwiązywania bieżących problemów. Porażką jest permanentne ignorowanie woli wyborców. Przykładów można podawać wiele, z których najbardziej znaczący jest całkowity brak dyskusji na temat ordynacji wyborczej, pomimo zebrania pod wnioskiem referendalnym w tej sprawie prawie 800 tys. podpisów. Ile można mówić do ściany? Skąd oczekiwanie, że wyborcy dadzą wyborczą legitymację politykom, którzy mają tychże wyborców w głębokim poważaniu?

Wyższa frekwencja daje większą legitymizację, o czym doskonale wiedza nie tylko politycy ale i wyborcy. Niska frekwencja to bardzo znacząca akcja obywatelskiego protestu przeciwko niskiej jakości polityków i polityki. Przerzucanie przyczyny na niedostatki obywatelskich postaw, braki w wykształceniu lub wszelkie inne równie „przyzwoite” i „kulturalne” komentarze, jest nie tylko przekręcaniem rzeczywistości, ale przede wszystkim kolejnym dowodem na kompletny brak szacunku dla obywatela.

Jest wiele przykładów na to, że Polacy nie odbiegają pod względem wspólnotowych (nie chodzi o Unię tylko o zwykłą ludzką wspólnotę) działań od najbardziej rozwiniętych obywatelsko społeczeństw.  Nie miejsce tu i teraz by te przykłady mnożyć, ważne jest jedno: Polakom daleko do bierności homo sovieticus i wszelkie utyskiwania na obywatelską bierność jest niczym innym jak samooszukiwaniem i mydleniem sobie oczu przez przedstawicieli tzw. „elit”.

czwartek, 4 czerwca 2009

4.VI.1989 - wpis osobisty

Miałem nie pisać o 4 czerwca, ale chyba jednak się nie opanuję. 4 czerwca 1989 roku nie miałem możliwości zagłosowania, ale tez i mój głos niewiele by zmienił czy wniósł do rzeczywistości. Był to czas, gdy jako nastolatek kończący podstawówkę próbowałem zrozumieć świat. Zadziwiające, ale już wtedy miałem poczucie, że niczym przeklęty starożytnym przekleństwem, żyję w ciekawych czasach. Być może na to poczucie miały wpływ różne migawki zatrzymane w dziecięcej pamięci.

Tłumy ludzi przy metalowym płocie i drewnianym krzyżu w 1980 roku. To była brama Stoczni w Gdańsku. Na jednym z wiaduktów ojciec chciał zrobić pamiątkowe zdjęcie i od razu samochód został otoczony wianuszkiem robotników. Udało się uniknąć utraty aparatu, zabrali tylko kliszę. Trudno się dziwić, jako że samochód był na warszawskich numerach. Razem z rodzicami byliśmy nad pomorskim jeziorem, gdzie RWE nadawało relacje z Gdańska, ponieważ Polskie Radio milczało – postanowili sprawdzić co się dzieje osobiście. Pamiętam tłum pod krzyżem i akcję z aparatem. Reszty dowiedziałem się później.

Demonstracja na placu Konstytucji gdzieś koło 1983 roku – tłumy ludzi i uzbrojone po zęby ZOMO. Latający wkoło śmigłowiec. Trzymając ojca mocno za rękę pytałem cicho, czy oni będą do nas strzelać? Później z balkonu obserwowane karawany suk na ul. Waryńskiego i wszechobecność gazu łzawiącego jeszcze przez kilka dni później.

Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych leżałem w szpitalu ze złamaną ręką, z małego nadajnika słuchałem w nocy nadawanych przez RWE wiadomości o kolejnych strajkach. Gdy sobie uświadamiam, że miałem wtedy 12 lat, samemu trudno mi zrozumieć, skąd takie zainteresowania dziecka. To nie była kwestia wychowania, to było stosunkowo powszechne. Nowo poznane dzieci na podwórku zaczynały znajomość od rozpoznawczego pytania: „za kim jesteś? Za Partią czy za Solidarnością?” Odpowiedź niezmiennie była taka sama: „za Solidarnością!” i wiadomo było, że można się bez przeszkód razem bawić. W jaką ja wpadłem panikę, gdy w szpitalu na to pytanie usłyszałem odpowiedź „za Partią”!!! W wyobraźni widziałem już przesłuchiwanych na Rakowieckiej rodziców.

W tym kontekście słowa Szczepkowskiej wypowiedziane w publicznej telewizji były szokiem. One uświadamiały głębokość zmian, symbolicznie zamykały pewien etap, dawały nadzieję, że to się dzieje naprawdę. Pozwalały uwierzyć, że to nie jest kwestia wiary wąskiej grupy, ale że wiedza o przemianie dotrze w końcu do wszystkich. Kilka miesięcy wcześniej odbyłem ze starszą wiejską kobietą następujący dialog:
- Ech, co to w tej naszej Rzeczpospolitej Ludowej się wyrabia…
- No, ale już nie długo ona ludowa będzie
- Jak to nie ludowa?!! A jaka ma być?!!!
- No jak to jaka? Po prostu, polska! – odpowiedziałem i ugryzłem się w język, jak zwykle za późno. Ona nie była w stanie sobie wyobrazić innej rzeczywistości niż obecna. Nie przeszkodziło to jej mężowi wypisać się w 1989 roku z PZPR i zapisać do Solidarności. Ale w dalszym ciągu nie pełnił żadnych znaczących we wsi funkcji.

1989 rok był, pomimo młodego wieku, przeżywany przeze mnie dosyć świadomie. Oglądałem już dawno „Człowieka z marmuru” i „Człowieka z żelaza”, oglądałem debatę Wałęsy z Miodowiczem. Miałem schowane plakaty „w samo południe”. Nieco później biegałem na większość wieców wyborczych i miałem komplet plakatów wszystkich kandydatów, w pierwszych wolnych wyborach na Prezydenta. To nie była nadzieja. To była pełna świadomość wagi dokonujących się na naszych oczach wydarzeń.

Jednak gdy na lekcji Wiedza o Społeczeństwie nauczyciel zadał temat wypracowania: „czym jest dla ciebie Okrągły Stół” - napisałem coś w rodzaju, że nie wiadomo jak się to skończy i nawiązałem do pamiętnej sceny z Wajdy, gdy SB-ek wzrusza ramionami na odchodne: „to tylko papier”. Miałem poczucie nierealności Okrągłego Stołu i fikcyjności zapadłych ustaleń. Nauczyciel długo nie oddawał wypracowań i moje wypociny skomentował już po zakończeniu obrad, że głupi jestem, bo Okrągły Stół się właśnie udał...

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Po debacie Ka-vs-Dz - jeszcze kilka faktów

Debata się odbyła. Jako że Michalski uzasadnia całą sprawę może trochę przesadzona reakcją obronną, jeszcze raz zestawmy pewne fakty. One są bowiem dość istotne aby można było wyrobić sobie własne zdanie. Zatem:

1) 19 maja, godz. 19:05 – przychodzi do Kataryny sms z szantażem. Czy można go nazwać szantażem, czy nie - to mniej istotne w tym momencie. Ważniejsze, że wiemy o tym od Kataryny, z jej wpisu który ukazał się w Salonie24 z datą 22 maja, godz. 5:51.

2) 21 maja, godz. 23:08 ukazuje się na portalu Dziennika artykuł, w którym  jest informacja, że Kataryna „w czwartek na Twiterze umieściła wyrwany z kontekstu fragment naszego SMS-a: katarynaa "...Proszę tego nie traktować jako szantażu. Naprawdę nie chcemy pani skrzywdzić". Plus propozycja nie do odrzucenia. To jednak świnie. Ostatnie dwa zdania to komentarz Kataryny.”

3) Na twitterze nie ma śladu po tym wpisie. Można znaleźć ślad po usuniętym ( a później przywróconym 28 maja) wpisie na stronie http://tweleted.com. Dokładny czas zamieszczenia notki na twitterze to 21 maja godz. 04:37. (update postu o godz.23:17)

4) Dwie godziny po publikacji Kataryny na Salonie24, ale dobę po informacji na Twitterze, 22 maja, godz. 07:43 ukazuje się tekst Cezarego Michalskiego o utraconej czci, który został uznany za otwarte wypowiedzenie wojny.

Co zatem mamy? Oczywiście wiem doskonale, że podane daty mozna bez najmniejszego problemu ex-post skorygować. Jeśli jednak wierzyć opublikowanym datom, nie kłamie suma sumarum Michalski, który uzasadnia swoją egzaltowaną i agresywną reakcję tekstami Kataryny. Treść sms-a została potwierdzona przez redakcje Dziennika. Kataryna nie zaprzeczyła, że na twisterze umieściła przed czwartkiem 22 maja treść tego sms-a. Zatem można przyjąć, że wszystkie fakty miały miejsce w takiej, a nie innej chronologii.

Czy zmienia to cokolwiek w ocenie całej sytuacji? W moim odczuciu nie! Nie zmienia to kłamstwa Dziennika w sprawie biznesowych powiązań Kataryna – Kwiatkowski. Nie niweluje to manipulacji tytułami, pseudo-sondażami internetowymi i opiniami tzw. celebrytów. Nie niweluje to całej podłości wydarzeń. Warto jednak wziąć pod uwagę te fakty, aby nie szczekać na Michalskiego w jego stylu, gdy będzie się zarzekał, że w niecałe dwie godziny skonstruował tekst będący reakcją na obelgi Kataryny. Tym bardziej, że to tekst Krasowskiego lepiej pasuje do przepracowanego i zmęczonego całonocnym czuwaniem przed ekranem komputera redaktora. Bardzo dobrze podsumowała debatę Pani Sadurska: Michalski bardzo mocno potrzebuje natychmiastowego urlopu. Krasowski niewątpliwie również.