czwartek, 30 grudnia 2010

THC niszczy racjonalne myślenie

"Gazeta Wyborcza" znów mruga do młodzieży: walczcie o legalizację narkotyków, my wam pomożemy. Ofiarami narkotyków też się zajmą? Reportaż szokuje. To wyraźne wsparcie dla działań ucznia, który chce legalizacji narkotyków - na szczęście wciąż nielegalnych, i jednocześnie wyraźne potępienie działań szkoły, która chce bronić innych uczniów przed narkotykami. – tak komentuje krótki reportaż zamieszczony w Gazecie Wyborczej portal wPolityce.pl

Muszę przyznać, że zawsze wpadam w konsternację, gdy słucham opinii na temat „narkotyków” i zażywających ich „ćpunów”. Stereotypowe myślenie, które owocowało jeszcze nie tak dawno szokiem, jaki wywoływały informacje o dobrze zarabiających, schludnie ubranych alkoholikach, pokutuje do dzisiaj. Nie chcę zacytowanych opinii portalu traktować jako przejawu hipokryzji i antyagorowego zacietrzewienia. Uważam, że jest to raczej przejaw swego rodzaju niedoinformowania. Nie chcę również wchodzić w szczegółową pseudonaukową argumentację czy opowiadać się po którejś ze stron. Chcę tylko zasygnalizować kilka kwestii, które sprawiają, że sprawa nie jest tak jednoznaczna jak jest przedstawiana.

1. Ofiary narkotyków. Czy liczne ofiary nałogu alkoholowego są przyczynkiem do dyskutowania kwestii delegalizacji tej używki? Czy ofiary agresji wyzwalanej przez alkohol są argumentem do ograniczania jego sprzedaży? Czy zakaz palenia w miejscach publicznych powodującego raka tytoniu jest przejawem konserwatywnej idei odpowiedzialności za samego siebie, czy raczej lewackiego przekonania, że społeczeństwo wie lepiej co jest dobre dla jednostki?

2. Delegalizacja, depenalizacja. W latach 30-tych w USA wprowadzono prohibicję kierując się słusznymi moralnymi przesłankami. Jak to się skończyło wszyscy wiemy. Dopiero ponowne zalegalizowanie alkoholu umożliwiło skuteczne rozprawienie się z mafią, która była jedynym beneficjentem wprowadzenia prohibicji. W tym kontekście warto brać pod uwagę argument, że depenalizacja pewnych używek mogłaby ograniczyć czarny rynek i dostarczyć Państwu funduszy niezbędnych do zwalczania skutków ich nadużywania.

3. Kontrola handlu. Regulowany rynek używek umożliwia Państwu kontrolę ich jakości. Być może pamiętają jeszcze niektórzy te społeczne akcje apelujące o nie picie alkoholu z niepewnego źródła. „Bimber przyczyną ślepoty” – bo tylko państwowy monopol jest w stanie dostarczyć dobrego jakościowo produktu, który nie zawiera nawet śladowych części chemicznych zanieczyszczeń powodujących niepożądane skutki. W opinii użytkowników tego nielegalnego czarnego rynku głównym problemem i źródłem szkodliwości dostępnych produktów nie jest marihuana lecz chemiczne świństwa, które się do niej dodaje.

4. Uzależnienie. Siła fizycznego uzależnienia jaką wywołuje marihuana jest ciągle przedmiotem badań naukowców. Istnieją badania, które wręcz negują efekt fizycznego uzależnienia wywoływanego przez THC. Oczywiście stwierdzono też wywoływanie przez THC objawów psychotycznych i innych ciężkich zaburzeń psychicznych, ale kto z nas nie ma znajomego, który po alkoholu zmienia się nie do poznania, często w sposób wybitnie agresywny? O uzależnieniu psychicznym zaś możemy mówić nie tylko w przypadku stosowania fizycznych używek, ale w przypadku nadużywania dowolnych aktywności ludzkich. Kto nie słyszał o uzależnieniu od czekolady, Internetu czy seksu? Przesada jest tak samo zła bez względu na przedmiot.

5. Szkodliwość. Badania naukowe wykazują zarówno pozytywne jak i negatywne skutki zażywania różnych substancji. Nadużywanie kawy wywołuje nadciśnienie i w konsekwencji prowadzi do zawału. Zaś małe ilości kawy (jedna mała czarna dziennie) ma właściwości antyrakowe. Podobnie małe ilości alkoholu zapobiegają chorobie wrzodowej i poprawiają krążenie, obniżając ryzyko zawału. O szkodliwości alkoholu w nadmiarze nie trzeba wspominać. Problemem jest zatem nie tyle używanie, ile nadużywanie, przy czym granica między jednym a drugim bywa bardzo cienka.

6. Kwestie kulturowe. W pustynnych krajach arabskich marihuana jest kulturowo akceptowanym składnikiem obyczaju gościnnego w zastępstwie nielegalnego tam alkoholu. Pamiętam fragment programu telewizyjnego w którym na szkoleniu dla jadących do Afganistanu żołnierzy uświadamiano ich, że jeśli gospodarz poczęstuje gościa haszyszem, odmowa jest traktowana jak obraza. Dziś takich reportaży w telewizji nie widzę, ale i telewizji nie oglądam, więc może gdzieś się to pojawia. Jednak warto zauważyć, że u nas alkohol nie ma aż takiej mocy i wszyscy rozumiemy, że ktoś nie spróbuje naszej domowej wiśniówki, bo „prowadzi” albo „jest na antybiotyku”. Jednak sam brak ochoty często nie jest jednak mimo wszystko pretekstem wystarczającym – „no co ty? Ze mną się nie napijesz?”

Wymieniłem te kilka kwestii na szybko tylko po to, by przypomnieć, że sprawa nie jest tak oczywista. Ja rozumiem obawy gradacyjności pewnych żądań, pewnych idei. Dzisiaj legalizujemy małżeństwa homoseksualne, jutro zgadzamy się na adopcję dzieci przez homoseksualne pary. Dzisiaj zgadzamy się na In-vitro jutro zgodzimy się na eugenikę. Rozumiem obawy, że legalizacja pewnych używek pociągnie za sobą żądanie legalizacji twardych narkotyków. Jednak sprawy nie są czarnobiałe i nie uważam, że depenalizacja plucia na chodnik w Singapurze automatycznie pociągnie za sobą przyzwolenie na uprawianie miłości w miejscach publicznych.

We wspomnianym na wstępie reportażu można się dopatrzeć postaw antyklerykalnych: oto ksiądz jest odporny na wszelkie argumenty i niby ugiął się pod naciskiem międzynarodowych organizacji, ale dalej hardo się stawia. Można zarzucić autorom, że nie stawiając pewnych pytań nie pogłębiają tematu. Jednak w moim odczuciu reportaż nie jest żadną pochwałą narkotyków i zasługuje co najwyżej na przemilczenie, a nie na polemikę zaiste w stylu… Gazety Wyborczej właśnie.

środa, 29 grudnia 2010

Czystki w TVP a kryteria

Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu. Ludzką cechą jest reagowanie na skutki, połączone z ignorowaniem widocznych wcześniej symptomów zbliżającej się choroby. Dlatego nie zwalniamy tempa, gdy lekko boli głowa, by wylądować na izbie przyjęć ze stanem przedzawałowym.

Tak, Kłopotowski ma rację apelując o wsparcie dla zachowania w telewizji publicznej publicystycznego programu Pospieszalskiego. Zgadzam się, że usuwanie takich programów sprzyja przywracaniu istniejącej przez cały PRL nierównowagi w prezentowanych poglądach. Szkoda, że nie udało się zatrzymać tego procesu o świcie, bo teraz, o zmierzchu, możemy wyrazić jedynie zdanie odrębne.

Opinia publiczna ma niestety najmniejszy wpływ na ramówkę i decyzje kierownictwa telewizji PUBLICZNEJ. To smutny fakt. Kierownictwo Dziennika TVP zostało zmienione nie z powodu spadku oglądalności przecież, co początkowo sugerowano. Także nie z tego powodu zdjęto przecież programy Ziemkiewicza, Wildsteina czy Misję Specjalną. Czy gdzieś można zobaczyć upublicznione raporty z badania oglądalności tych programów? Ja nie znalazłem.

Zarzuty stronniczości i nierównomiernego doboru dyskutantów są, wobec istnienia w tej samej telewizji publicznej publicystyki Lisa czy Żakowskiego, absurdalne. Są absurdalne w stopniu porównywalnym do, praktykowanego w latach 80-tych przez Urbana i spółkę, nazywania działaczy solidarnościowych terrorystami (o czym przypomniał ostatnio w swoim „wykładzie” w Fundacji Marshalla Prezydent Komorowski).

Zdaję sobie sprawę, że nie da się wszystkiego zapisać i uregulować paragrafami. Zawsze będzie margines swobody w biurokratycznej strukturze pozostawiający możliwość zachowania człowieczeństwa. Dlatego domagajmy się upublicznienia wszelkich informacji mających wpływ na decyzje w instytucji publicznej. Przyłóżmy do tego obiektywną miarkę i oceniajmy trafność i adekwatność decyzji urzędników państwowych do przyjętych kryteriów.

Instytucje kontrolne jak REM czy KRRiT to fikcja w pełnej krasie. Ich działania są równie daleko od zapisanych prawem celów jak raport MAK. Dlatego my, publiczność, musimy przejąć na siebie funkcje kontrolne i demaskować hipokryzję, byśmy mogli kiedyś mieszkać we własnym domu. Teraz jest trudny czas, ale ciągle wierzę, że przyjdzie kiedyś moment, gdy nie będzie miejsca w PUBLICZNEJ przestrzeni dla tych, którzy kłamstwami bezczelnie plują w twarz publiczności. Gdy herbertowskie „tak-tak, nie-nie” odzyska znaczenie.

Idealistyczne? Pewnie że idealistyczne. Ale warto nie zapominać, że Polska „jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi; plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”...

środa, 22 grudnia 2010

Wyborczy fałsz i obłuda

Cuda w komisji wyborczej nr 208 na warszawskiej Ochocie skutecznie niszczą zaufanie do Państwa, którego mechanizmy kontrolne nie zabezpieczają obywateli przed nadużyciami. Tylko głupota członków komisji umożliwiła zdemaskowanie procederu, co do którego nie można mieć pewności czy nie jest masowy.

Wczorajszy wieczór przyniósł arcyciekawą informację na portalu niezależna.pl. Sprawa jest już komentowana przez Blogerów, aczkolwiek wątpię, aby znalazła się w głównym medialnym obiegu. Chodzi o przypadek kandydatki PiS do Rady Dzielnicy Ochota, Aleksandry Jaroszkiewicz. Po podliczeniu głosów okazało się, że na nią głosowało zero wyborców, choć powinien być odnotowany przynajmniej jej jeden głos, który oddała na samą siebie. Po ponownym sprawdzeniu głosów przez Sąd Okręgowy w Warszawie okazało się, że kandydatka otrzymała nie zero, a dziewiętnaście ważnych głosów.

Ja rozumiem, że można się "pomylić", ale podawanie wyniku 0 przy faktycznie oddanych 19 głosach??? Ja rozumiem, że te wszystkie zdania o fałszerstwach to przejaw moherowej paranoi, ja rozumiem, że Begierowej udowodnili fałszowanie podpisów, więc „takie rzeczy się zdarzają wszędzie”. Ja wszystko rozumiem, ale jaka musi być atmosfera, że członkowie Komisji Wyborczej, osoby zaufania publicznego, nie liczą się już nawet z pozorami i kasują 19 głosów wpisując jako wynik 0 (zero)! Tylko dzięki swojej głupocie wpadli. To jedyny plus tej sytuacji.

Jakie są rzeczywiste wyniki tych wyborów? Odpowiedzią mogłoby być jedynie ponowne przeliczenie wszystkich głosów przez zewnętrznych obserwatorów. A to jak wiemy jest technicznie mało wykonalne. Co robili w czasie liczenia głosów mężowie zaufania? Dlaczego nie zadziałała krzyżowa kontrola członków Komisji, którzy powinni być przecież z różnych ugrupowań. Medialne szczucie przynosi realne efekty w postaci konformizmu nawet pisowskich członków komisji? „Bo wyniku wyborów przecież to nie zmieni”, tak? To dlaczego powtarzamy sobie, że każdy głos jest ważny? I nie chodzi tu o ugrupowanie poszkodowanej - gdyby dotyczyło to kandydata PO - mój komentarz i reakcja byłyby identyczne.

Była jakiś czas temu mowa o znaczeniu nieważnych głosów, jako formy protestu obywatela na tyle aktywnego, by poszedł do urny i na tyle niezadowolonego, że skreśla przy urnie wszystkich. Są głosy, że jest to furtka do fałszerstw wyborczych, bo łatwo jest unieważnić czyjś głos. Ten przykład pokazuje że nie trzeba nic unieważniać, skoro mechanizmy kontrolne w trakcie najważniejszego momentu, czyli liczenia głosów zawodzą do tego stopnia, że nikt się nie przejmuje aż tak jawnym komisyjnym kłamstwem jak podanie 0 zamiast 19 głosów na danego kandydata. Co stoi w takiej sytuacji na przeszkodzie podanie 190 zamiast 19? Albo odwrotnie. Zawsze można przecież się tłumaczyć, że w zmęczeniu nie wpisałem zera.

To, co umożliwia wyborcze fałszerstwa - niekoniecznie w drodze odgórnej dyrektywy, ale np. w postaci silnej osobowości w wyborczej komisji, która przekona resztę, że 19 głosów w tą czy w tamtą nie ma znaczenia, „bo wyniku wyborów to nie zmieni” - to jest społeczne przyzwolenie na kłamstwo. W sytuacji gdy wszędzie słyszymy, że 20 stopni mrozu to jest odwilż, że rosnące lawinowo zadłużenie Państwa to sukces liberalnej gospodarki, że „Polska po raz pierwszy od wielu dekad jest graczem, a nie pionkiem w stosunkach międzynarodowych”, to naprawdę te 19 głosów może nie mieć najmniejszego znaczenia. Jeśli jednak nie chcemy bujać w obłokach tylko stąpać realnie po realnej ziemi, to nie możemy godzić się na niewydawanie reszty z powodu braku drobnych w kasie. Nie możemy godzić się na oddanie kluczyków do samochodu bandycie i przyjąć do wiadomości, że on tylko pożyczył na chwilę.

Kolejny raz w trakcie aktualnych rządów zaufanie do Państwa zostało podkopane. Bardzo poważnie.

wtorek, 21 grudnia 2010

Jaka Białoruś jest potrzebna Polsce?

„To, co ostatnio Polska zrobiła dla Białorusi, warte jest każdych pieniędzy” - stwierdził Łukaszenka podczas powyborczej konferencji prasowej w Mińsku. Zdaniem Łukaszenki, "Polska zrozumiała, co to jest Białoruś i dlaczego Białoruś potrzebna jest Polsce. Jestem przekonany, że jeśli Polska będzie prowadziła taką politykę, jak przez ostatnie trzy miesiące, to czeka nas świetlana przyszłość i będą tylko pozytywne efekty tej współpracy". Taką informację podał wczoraj portal Gazeta.pl.

Ta wypowiedź Łukaszenki rzuca ciekawe światło na geopolityczną układankę, którą swego czasu opisywałem tutaj. Po ataku na Gruzję następnym idealnym kandydatem rosyjskiej agresji mogłaby być właśnie Białoruś. Dyktator zerwał się bowiem z uwięzi i wierzga. Rosja zamiast przybliżać się do Zachodu ma kolejne państwo buforowe, które musi dyscyplinować poprzez dywersyfikację kanałów dostaw surowców energetycznych. Jednak realny atak jest z różnych względów kompletnie nieopłacalny. Poza oczywistymi kosztami politycznymi dodatkowym argumentem jest białoruska armia, która nie ma wiele wspólnego z praktycznie nieistniejącą armią gruzińską.

Co można w tej sytuacji zrobić? Rosjanie od dłuższego czasu poszukują zastępstwa dla Łukaszenki i mają z tym spory problem. Dyktator okazał się być niezwykle skuteczny w anihilacji jakiejkolwiek realnej opozycji. Jak trzeba to zdelegalizuje, jak trzeba to podzieli, a jak trzeba to i przywali, jak zrobił to ostatnio tuż po wyborach. Kłopot z zaistnieniem charyzmatycznego opozycjonisty ma nie tylko Zachód. Rosja natomiast wie, że jakikolwiek białoruski kandydat, wobec gospodarczego uzależnienia, zmuszony będzie do współpracy z Rosją.

Czas gra na niekorzyść Rosji, która zdaje sobie sprawę, że Zachód zwęszył pismo nosem i będzie próbował wykorzystać ochłodzenie miedzy Mińskiem i Moskwą do stworzenia gospodarczych nitek wiążących struktury w tym kierunku. Stąd taka a nie inna polityka wobec Łukaszenki, którego wschodni konflikt stwarza szansę na przejęcie inicjatywy. Stąd ucięcie realnej pomocy finansowej dla sił opozycyjnych.

Mińskie rozruchy stawiają właśnie Zachód w niezręcznej sytuacji, w której nie może on nie zareagować. Cała polityka zbliżenia Białorusi z UE staje pod znakiem zapytania. Słowa Łukaszenki na konferencji prasowej zdają się sugerować, że za ewentualnym kolorowym miasteczkiem mogły stać siły moskiewskie, a zachodnie zbliżenie leży jak najbardziej w sferze jego zainteresowań, ambicji i możliwości.

piątek, 17 grudnia 2010

Pytanie do Johna Godsona

Muszę przyznać, że ucieszyłem się na wieść, że w polskim Sejmie zasiądzie czarnoskóry poseł. Fakt ten w dość dobitny sposób zadaje kłam mitom o naszej ksenofobii, rasizmie i innych powielanych antypolskich przekonaniach. Podobnie jak odgrzebany ostatnio przez historyków nieznany przypadek czarnoskórego Powstańca, który walczył w 1944 roku ramie w ramię z Warszawiakami. Czego nie zrobili Niemcy dokończyli Rosjanie i facet niestety wyjechał kilka lat po wojnie do Londynu. Swego czasu Polaków łączyła granicząca z Małyszomanią sympatia do Emmanuela Olisadebe.

Nie chcę rozwodzić się nad historią, nad inspirowanymi przez ubecję wypadkami kieleckimi, nad antysemickimi czystkami roku 68, w których doradca obecnego prezydenta odegrał niepoślednią rolę, chciałbym zatrzymać się na teraźniejszości. Nie chcę także poruszać ciekawego tematu historii wykształcenia utytułowanego doktoratami łódzkiego posła, ani pytać go o powody porzucenia rodowego nazwiska Chikama Onyekwere.

Chciałbym zapytać Johna Godsona o jedną rzecz, w kontekście jego wielkiego oburzenia na słowa Ryszarda Czarneckiego, że „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Rozumiem, że nie wiedział o tym, że powiedzenie to ma wydźwięk ironiczny, że „odnosi się do kogoś, kto został wykorzystany i odprawiony, gdy przestał być potrzebny. Przez przywołanie tej sentencji wyraża się współczucie dla osoby oszukanej i poniżonej (sic!)”. John Godson, uświadomiony przez swoich partyjnych kolegów, za swoje oburzenie przeprosił i sprawa jest zamknięta. Nie będzie też pewnie manifestował swojego oburzenia na pełne goryczy słowa piosenki, śpiewanej niegdyś przez Ryszarda Rynkowskiego - „To ja, polski biały Murzyn”. Jest w nich bowiem wielki ładunek solidarności ze wszystkimi Niewolnikami udręczonymi na polach bawełny obu Ameryk oraz poczucie wspólnoty historycznych losów pod butem najpierw carskiego, później radzieckiego imperium.

Prawie półtora roku temu przeoczyłem tą informację, którą przedwczoraj przypomniał Czarnecki. Stąd dopiero dzisiaj chciałbym zadać pytanie:

Czy tak wyczulony na obraźliwe uwagi John Godson skomentował lub skomentuje w jakikolwiek sposób pamiętny dowcip opowiadany przez Ministra Spraw Zagranicznych w rządzie Donalda Tuska o polskiej krwi płynącej w żyłach amerykańskiego Prezydenta? Dyplomata Radek Sikorski miał opowiadać, że polska krew wzięła się stąd, że dziadek Obamy zjadł polskiego misjonarza. Czy nie jest „To nie pierwszy raz, kiedy ktoś z pańskiego ugrupowania obraża ciemnoskórych”? Naprawdę szczerze, czysto po ludzku ciekaw jestem komentarza.

środa, 15 grudnia 2010

PJN a Polska XXI

„Zobaczyłem, jak bardzo niedocenianym elementem w analizach politycznych jest kwestia personalna. Emocje, osobowość poszczególnych osób, ich charaktery. Tego w analizach makropolitologicznych w ogóle się nie ujmuje. Przypominam sobie książki, które czytałem, z których się uczyłem, o jakichś megatrendach itp. A dzisiaj uważam, że nieuwzględnienie charakteru graczy absolutnie nie pozwala zrozumieć reguł gry.” - mówił Marek Migalski w maju 2009 roku, w rozmowie z Małgorzata Subotić. I przypominam sobie te słowa zawsze, gdy słyszę o politycznych metanarracjach legitymizujących czy konstytuujących aktualną wojnę polsko-polską. Mam bowiem uporczywe wrażenie, że zarówno politycy jak i „analitycy”, opisują procesy abstrahując od personalnych uwarunkowań, pozbawiając się skutecznie efektywności. Można to porównać do próby przewiezienia towaru samochodem, któremu brakuje jednego koła.

O ile rozłamową akcję polityka, którego nazwiska się nie wymienia, w świetle dotychczasowej jego działalności, można i być może należy interpretować jako zorganizowaną, przemyślaną i kontrolowaną akcję obozu rządzącego, o tyle trudno dopatrywać się dojrzałej strategii w działaniach PJN. W kontekście tego ostatniego rozłamu warto przypomnieć sobie lekceważoną historię rozwoju i upadku akcji Polska XXI. W największym skrócie można wyróżnić kilka elementów.
  1. Akcja była zaplanowana i realizowana jako faktyczne oddolne pospolite ruszenie. Początkowa nieufność z czasem przekształciła się w coraz większe zaangażowanie szerokiego grona zarówno rozczarowanych samorządowców, jak i zwykłych szarych obywateli. Aktywizacyjną rolę spełniało żywe i wyjątkowo merytoryczne forum dyskusyjne, którego efektem były coraz liczniejsze spotkania w „realu”, owocujące faktycznymi dyskusjami, pomysłami i realizacjami. Była duża szansa na wytworzenie aktywnego środowiska, do tej pory biernych ludzi.

  2. Niestety, obywatelska aktywizacja nie poszła w parze z organizacyjnym otwarciem, ustaleniem przejrzystych zasad, stworzeniem instytucji kontrolujących i weryfikujących nieprawidłowości. Władze Ruchu na wszystkich szczeblach zasklepione były w betonowo pojmowanej strukturze hierarchicznej, w której istniała przestrzeń tylko dla krewnych i znajomych królika, bez szansy na wejście osób zweryfikowanych przez organizację, a nie przez kierownictwo. Zadziwiający był także fakt, że największym betonem okazali się ludzie najmłodszego politycznego pokolenia, 20-30-latkowie, wykazujący wszystkie cechy cynicznych PZPR-owskich aparatczyków. (To jest temat na osobne opracowanie, które ciągle czeka w kolejce.)

  3. Panuje powszechne przekonanie, że stojący na czele Ruchu Dutkiewicz wybrał wrocławski samorząd, rezygnując z kierowania ogólnopolską organizacją. Prawda jest jednak taka, że Dutkiewiczowi brakowało niezbędnej charyzmy, która umożliwiałaby wyrazistą reprezentację Ruchu. Zabrakło Dutkiewiczowi iskry i kontroli sytuacji, choć jak pokazuje przykład Komorowskiego, ich brak nie musi skutkować politycznym fiaskiem. Istniały również pogłoski, że Dutkiewiczowi sugerowano, iż jeśli nie zrezygnuje z ogólnopolskich ambicji prezydenckich, to będzie musiał zrezygnować także z ambicji wrocławskich.

  4. Wśród kierownictwa Polski XXI zasiadali praktycznie sami intelektualiści, brak było natomiast jakichkolwiek PR-owców oraz osób mających predyspozycje do bezpośredniej pracy z ludźmi. Jeden mało znany Karasiewicz robił w tej kwestii więcej, niż wszyscy pozostali „politycy” razem wzięci. Jak na dużą ogólnopolska organizację, to jednak trochę za mało, by dać uczestnikom Ruchu poczucie, że ich merytoryczne głosy są słyszane i analizowane.

  5. Dobranie na koniec aroganckiego Dorna, który po chamsku rozprawił się z dotychczasowymi postulatami wypracowanymi przez Ruch, czego przykładem było choćby podejście do idei JOW, było gwoździem do trumny całego przedsięwzięcia. Do nowego projektu Polska Plus przeszedł bardzo mały odsetek osób związanych wcześniej z Polską XXI.
Jak na razie widać wyraźnie, że PJN nie tylko nie wyciągnęła wniosków z historii, ale pogłębia jeszcze błędy poprzedników. Proszę zauważyć, że pomijam zupełnie aspekt programowy, który zarówno w przypadku Polski XXI jak i PJN jest napisany na takim stopniu ogólności, że trudno nie zgodzić się z politykiem, którego nazwiska się nie wymienia, że są to banalne komunały. PJN cały czas powtarza, że program i działalność będzie konsultowana z sympatykami i wyborcami, ale do dzisiaj nie istnieją lub są martwe narzędzia mogące temu służyć. Strona internetowa jest żenująco uboga, fanpage na FB jest aktywny jedynie wpisami sympatyków, zaiste nie wiem jak mają wyglądać te „konsultacje społeczne”.

Kierownictwo PJN jest zbieraniną osób, którym trudno będzie wygenerować jakiś spójny obraz. Panie Kluzik i Jakubiak, pozbawione charyzmy w stopniu co najmniej porównywalnym do Dutkiewicza i Komorowskiego, nie porwą za sobą tłumów zwracających uwagę na formę. Popełniający nieustannie lapsusy Poncyliusz nie będzie stawiany za wzór dyplomacji. Cyniczny Kamiński będzie budował rezerwę wyborców, dla których ważna jest zwykła ludzka przyzwoitość. Słuchający tylko siebie i obrażający wyborców Migalski na pewno nie będzie moderatorem programowych dyskusji. Brakuje też odpowiedzi na pytanie o prawo do posługiwania się nazwą, która jest identyczna z nazwą stowarzyszenia Teresy Bochwic.

Migalski w swoim sławnym liście do Kaczyńskiego bardzo trafnie nazwał organizacyjno-strukturalne przyczyny, dla których zarówno PiS-owi, jak i pozostałym politycznym inicjatywom trudno będzie zbudować sprawnie działający mechanizm. Jak na razie nic nie wskazuje także na to, by ugrupowanie Migalskiego z tych analiz korzystało. Zasady konstrukcyjne to jedno, a wykonanie to drugie. W polskiej polityce od dawna bardzo poważnie kuleje to drugie. Naprawdę nie doceniamy roli osobowości i charakteru w analizach politycznych inicjatyw. Pytanie o metody odtworzenia postaw politycznej odpowiedzialności jest tylko z pozoru naiwne.

środa, 8 grudnia 2010

Larry Flynt w wersji zaawansowanej

Czekam, czekam i doczekać się nie mogę. Kiedy wreszcie ktoś zauważy kuriozalność zarzucania Julianowi Assange łamania prawa poprzez publikowanie tajnych dokumentów? Czy tylko jeden Dan Gillmor dostrzega problem, czy też pozostali dziennikarze tak boją się zadzierać z wszechpotężnym systemem światowej władzy, że autocenzurują swoje opinie? A może po prostu totalitaryzm informacyjny przybrał na tyle skuteczną formę, że jest po prostu przezroczysty dla przedstawicieli czwartej władzy, która zrezygnowała z funkcji kontrolnych na rzecz legitymizacji wszelkiej władzy?

Kto łamie prawo? Urzędnik dostarczając dziennikarzowi tajny dokument? Czy też dziennikarz, który taki dokument podaje do publicznej wiadomości? Jeśli, jak w przypadku Assagne, przyjmiemy, że prawdziwa jest ta druga odpowiedź, to zanegujemy legalność każdego dziennikarskiego śledztwa.

W przypadku katastrofy smoleńskiej, w kontekście „ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich”, taka interpretacja jest w pewien sposób zrozumiała. Jest skandaliczna, nie do przyjęcia, ale można rozumieć zależnościowe uwarunkowania rezygnującego z suwerenności kraju, w którym dziennikarze są funkcjonariuszami establishmentu. Natomiast przyjmowanie takiej interpretacji przez całą Zachodnią cywilizację, nie tylko przez rządy, ale również pozornie wolne gospodarcze podmioty jest przerażającym dowodem na totalitarność korporacyjnego systemu, w którym nie ma miejsca na różnice poglądów. Został ujawniony dramatyczny stan wielowątkowego uwikłania, które abstrahując od naczelnych wartości zachodniej cywilizacji de facto zamyka pewien etap rozwoju tej Kultury.

Rząd Australii stwierdza jeszcze w listopadzie, że nie tylko nie udzieli swojemu obywatelowi żadnej pomocy, ale jeszcze sprawdza, do naruszenia jakich paragrafów mogło dojść w przypadku szefa WikiLeaks oraz rozważa też prośbę władz Stanów Zjednoczonych o unieważnienie jego paszportu. Systemy rozliczeń finansowych Visa i MasterCard odmówiły obsługi Wikileaks. Wcześniej tak samo postąpił system PayPal. Wikileaks musi też cały czas zmieniać serwery i domeny. To ma zasięg globalny i obliczone jest na uniemożliwienie funkcjonowania portalu, który ujawnia niekompetencje światowych rządów m.in. w kwestii zabezpieczeń. Jeśli bowiem prywatna osoba jest w stanie dotrzeć do tak tajnych dokumentów, to czy ktoś jeszcze wierzy, że jakiekolwiek służby wywiadowcze maja z tym problem?

Ostatnie zmiany stanowisk, nieco krzepią. Australijski rząd chyba zdał sobie sprawę, jakie znaczenie mają jego wcześniejsze deklaracje i dość szybko poszedł po rozum do głowy uznając, że winę za ujawnienie amerykańskich poufnych depesz dyplomatycznych ponoszą Stany Zjednoczone, a nie założyciel portalu Wikileaks Julian Assange oraz że odpowiedzialni prawnie są za to ludzie, od których pochodził przeciek. Jednak mleko się rozlało i widać już wyraźnie, że rząd chiński nie jest jedynym, który chce kontrolować i kontroluje informację. Jakiekolwiek nawoływania do przestrzegania wartości takich jak wolność, czy prawa jednostki straciły po sprawie Assagne’a moralne umocowanie.

Milos Forman nakręcił film o historii człowieka, który wygrał batalię o wolność słowa, umożliwiającą mu drukowanie i dystrybucje pornografii. Dzisiaj mamy nowego Lary Flinta, tylko z dużo istotniejszym problemem. To nie jest walka o WikiLeaks. To jest walka o podstawy zachodniej cywilizacji.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Brak wyboru - polemika z Mazurkiem

Redaktor Mazurek w tekście zamieszczonym na wPolityce.pl przekonuje nas, że nie głosował, bo tak naprawdę nie miał na kogo. HGW mu nie pasuje na prezydenta Stolicy, bo jest po prostu kiepska, a CzB mu nie pasuje, bo jego legendarna inteligencja jest wprost proporcjonalna do miłości własnej, która sprawia, że kandydat na każdym kroku pokazuje, że robi wyborcom łaskę wystawiając swoją kandydaturę. Nie mam zamiaru polemizować z powodami braku głosu redaktora Mazurka, bo jest on jednostką autonomiczną i są one dla niego wystarczające, by podjąć taką a nie inna decyzję. Chciałbym tylko odnieść się do metody okazania tego niezadowolenia polityczną ofertą.

Tak jak rozprawia się o kontrskuteczności pewnego rodzaju działań różnych polityków, tak samo powinniśmy się zastanowić nad skutecznością komunikowania określonych postaw przez wyborców. Czy określone działania rzeczywiście przynoszą zamierzony efekt? Absencja wyborcza w przypadku redaktora Mazurka podyktowana jest pewna motywacją, którą podziela dość liczna grupa wyborców. Tą motywacją jest brak zgody na aktualną ofertę polityczną. Brak zgody na jakość aktualnych polityków. Oraz niechęć do wybierania tzw. mniejszego zła.

Pytanie, czy brak udziału w czynności głosowania podyktowany powyższymi motywacjami jest jedynie zaspokojeniem wewnętrznej potrzeby zgody z własnymi przekonaniami? Po co w takim razie redaktor dzieli się swoimi przemyśleniami na łamach prasy? W jakim celu tłumaczy swoje odczucia i motywacje na temat aktualnej sytuacji, która popycha go takiego, a nie innego wyboru? Czyż nie po to, aby dać wyraz tej swojej, wcale przecież nie obojętnej, postawie? Aby pokazać, że jego absencja nie jest podyktowana brakiem zainteresowania sprawami publicznymi, ale własnie głębokim przejęciem sprawami publicznymi? Czy gdyby nie miał dostępu do mediów, miałby jakąkolwiek szansę osiągnąć ten komunikacyjny cel? Nie sądzę.

Komentatorzy polityczni i sami politycy dużo częściej skłaniają się do innej interpretacji wyborczej absencji. Wkładają niegłosujących wyborców do pojęciowego worka ludzi niezainteresowanych polityką i sprawami publicznymi. Ponad połowa niegłosujących wyborców jest przyczynkiem do dyskusji o braku obywatelskich postaw, o niedorozwoju społeczeństwa obywatelskiego, o niedojrzałości polskiej demokracji itd. Połowa wyborców pozostających w domach jest podstawą do spokojnego snu polityków, którzy przekonali do siebie, skupionych w neoplemiennych wspólnotach, zwolenników, których mieli przekonać; a tych niegłosujących nie ma sensu przekonywać, bo oni i tak z domu przecież nie wyjdą, bo maja politykę i wszystko inne w głębokim poważaniu. Komentatorzy i politycy nie widzą różnicy między niegłosującymi z powodów ideologicznych (brak zgody na status quo), a niegłosującymi z powodu braku zainteresowania.

Instytucja nieważnego głosu daje nam możliwość dość jednoznacznego pokazania tej różnicy. Nieważny głos umożliwiłby odróżnienie mazurkowego braku zgody i zmierzenie popularności tej postawy. Jednak będzie to sposób skuteczny pod dwoma warunkami: po pierwsze frekwencja będzie znacząco wyższa, po drugie odsetek nieważnych głosów będzie zauważalny. Żeby osiągnąć taki rezultat, trzeba uświadomić tych niegłosujących wyborców o wartości informacyjnej nieważnego głosu.

Czy warto wprowadzać w ogóle takie rozróżnienie? Potrzeba wytłumaczenia swojej decyzji przez redaktora Mazurka i setki innych wyborców w różnych okolicznościach udowadnia, że warto. Zastanówmy się przez chwilę, jak by to wyglądało, gdyby frekwencja wyborcza wynosiła nie 40% ale np. 70% i odsetek nieważnych głosów wyniósł by 30%? Czy ktokolwiek mógłby wtedy powiedzieć na głos, że społeczeństwo jest bierne, że ludzi nic nie obchodzi? Czy ktokolwiek mógłby zarzucić redaktorowi Mazurkowi, że opowiada bajki, a tak naprawdę to nie poszedł na wybory, bo zasiedział się na działce i wolał dopalić grilla? Zastanówmy się, jakie argumenty mielibyśmy komunikując w ten sposób politykom brak zgody na obecną formę uprawiania polityki. Czy Tusk dalej bez żenady perorowałby o sukcesie polityki miłości? Czy Kaczyński dalej byłby tak pewny skuteczności konfrontacyjnej polityki kadrowej? A sensowni kandydaci dalej nie chcieliby, jak obecnie, kandydować nie wierząc w wyborczy sukces lub nie chcąc się ośmieszyć wyborczą porażką?

Ja w każdych wyborach głosuję "na kogoś" (w odróżnieniu od głosowania "przeciwko komuś"), jednak uważam, że warto, by nieobojętni na sprawy publiczne, lecz niegłosujący wyborcy zdawali sobie sprawę, że brak głosu o niczym nie informuje, jest kompletnie nieczytelnym komunikatem. Głosując zaś nieważnym głosem  są w stanie przekazać informację, która komunikuje motywacje opisane przez redaktora Mazurka.

Więcej informacji na temat nieważnego głosu można przeczytać na stronie: http://brakwyboru.blogspot.com

środa, 17 listopada 2010

Do Ratusza pytania o KDT

Wybory zbliżają się wielkimi krokami, a ja przejeżdżając rano do pracy obok pustego placu Defilad zastanawiam się, dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na tą finansowo-organizacyjną porażkę warszawskiego Ratusza? Półtora roku temu zastanawiałem się, czy ktokolwiek zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za fatalną organizację słusznych z prawnego punktu widzenia działań komornika. Niestety nie znalazłem na ten temat żadnych informacji. Znalazłem natomiast wzmiankę, że na miejscu zlikwidowanego KDT powstanie w grudniu pawilon informacyjny o drążeniu centralnego odcinka drugiej linii metra.

Przez okres od 21 lipca 2009 do 30 listopada 2010 roku nic się na tym placu nie działo, poza likwidacją samej Hali. Fiasko rozmów z kupcami oraz decyzja sądu spowodowały likwidację targowiska w centrum Stolicy. Sama likwidacja uzasadniana była potrzebą zwolnienia drogiego miejsca na potrzeby budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Muzeum nawet nie zaczęło powstawać, a po półtora roku przestoju miejsce to staje się zapleczem do budowy Metra. Ja rozumiem, że budowę Muzeum trzeba przygotować, że "wyskoczyła" teraz budowa drugiej linii Metra, niemniej ta sytuacja rodzi szereg pytań na temat uzasadnienia działań podjętych w 2009 roku:
  1. Czy ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za nieuzasadnione zatrudnienie do działań komorniczych na terenie KDT firmy ochroniarskiej zamiast policji?

  2. Czy ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za przekroczenie uprawnień przez firmę ochroniarską podczas działań komorniczych w KDT?

  3. Czy nie powinno się najpierw opracować planów i wszystkiego przygotować formalnie, aby na dany sygnał mogły wejść ekipy robotników, które zrealizują zaplanowane prace?

  4. Po co tak stanowczo usuwano siłą kupców, skoro następnego dnia po usunięciu nie rozpoczęła się rozbiórka Hali, a po rozbiórce natychmiast nie ruszyły żadne prace?

  5. Czy nie jest niegospodarnością pozbawienie miasta dochodu za wynajem powierzchni przez okres co najmniej roku? Nawet biorąc pod uwagę czas potrzebny do zlikwidowania Hali, spokojnie mozna było czerpać pożytki z jej istnienia co najmniej do lipca 2010 roku. Są to przecież zarówno opłaty za wynajem powierzchni jak i podatki odprowadzane przez kupców.

  6. Kto skorzystał na pozbawieniu miasta wyżej opisanych dochodów?
Byłbym mile zaskoczony, gdybym otrzymał odpowiedzi na powyższe pytania od Ratusza. Niemniej może ktoś inny poda jakieś sensowne wyjaśnienia powyższych pytań i wątpliwości? Może któryś z pozostałych kandydatów na prezydenta Stolicy?

poniedziałek, 15 listopada 2010

Wiktor w Jaskini Lewactwa

Przyszedł niedzielny poranek. Uzależniony od informacji Wiktor zerknął do internetu, by sprawdzić czy może w ten pięknie się zapowiadający dzień iść na spacer do parku, czy też rzuci się w oczy jakiś inny ciekawy cel niedzielnych peregrynacji. Okazało się, że można połączyć obie możliwości, bo dopiero o 17 w Nowym Wspaniałym Świecie jest spotkanie z pomysłodawcą gwizdkowej Akcji anty-niepodległościowej. Wiktor się ucieszył, bo zawsze to lepiej usłyszeć argumentację i opinie u samego źródła, niż polegać tylko na przekazach z drugiej albo i trzeciej ręki. Zatem po wiosennym spacerze w połowie listopada Wiktor skierował się przykładem zachodzącego słońca w kierunku Nowego Światu.

Duża sala wypełniona w całości, aczkolwiek bez tłoku. Prowadząca zapowiedziała dyskusję horyzontalną, więc posiadacze mikrofonu byli strofowani, gdy wstawali ze swojego miejsca. Poprosiła też o nie rejestrowanie spotkania i nie robienie zdjęć, co oznaczało, że Wiktor mógł spokojnie zrezygnować z robienia notatek, bo następnego dnia na pewno będzie można przeczytać gdzieś stenogram tego spotkania. Organizatorzy, co oczywiste, obwieścili sukces anty-faszystowskiej Akcji 11 listopada i podziękowali bardzo długiej liście organizacji. Podawane przez GazWyb informacje, jakoby antyfaszystów było ok. 3 tysięcy okazały się mocno zaniżone, bo według organizatorów było ich co najmniej 5 tysięcy. Wiktor przypomniał sobie od razu relacje blogerów, którzy opisywali swoje, spowodowane blokadami, kłopoty z dotarciem do Marszu Niepodległości i przymusowym przemarszem w towarzystwie uczestników blokady. Sam Wiktor maszerował wśród antyfaszystów do Oboźnej, gdzie wszyscy skręcili, by zablokować główny Marsz idący ulicami Powiśla. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami jak odróżnianie zamaskowanych anty od niezamaskowanych faszystów?

Po obowiązkowych gratulacjach i podziękowaniach głos zabrał autor gwizdkowego pomysłu, który w dość dosadnych słowach zbeształ organizatorów całej Akcji za kilka rzeczy. Wiktorowi oczy otwierały sie coraz szerzej, uszy zaczęły falować jak u słonia: jakże to tak? Ten doświadczony opozycjonista z czasów PRL-u, nie zdawał sobie sprawy, że zapraszając ludzi na blokady, które będą łamały prawo, zaprasza ich także do grzechu czynności symetrycznych do grup, przeciwko którym się protestuje? Że wyrosłe z ruchu Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej bojówki Antify będą potulnie jak baranki czekały na faszystowskie znaki z drugiej strony i reagowały w duchu "non-violence"? Wiktor był pełen uznania dla odwagi cywilnej besztającego Antifę Seweryna Od Gwizdków i jednocześnie nie mógł wyjść ze zdumienia nad jego naiwnością.

Kolejny mówca podziękował poprzednikowi za to, że mimo wszystko nie uznał symetrii działań faszystowskich bandytów i "problematycznych" reakcji Antify. Rzucone w przestrzeń pytania o cele na przyszłość, dalekosiężne oczekiwane efekty działań Akcji okazały się jednak mało istotne. W toku kolejnych wypowiedzi wynikało coraz bardziej wyraźnie, że problemem jest samo przetrwanie lewicowych aktywistów, w skrajnie nieprzyjaznym policyjnym państwie. Policja bowiem zamiast bronić ludzi przed bandytami, to broniła bandytów przed Antifą! Co więcej, wiele osób było uratowanych przed stratowaniem przez bandytów właśnie przez dzielną Antifę! Pojawiły się też głosy, że czerwony sztandar wcale nie jest passe, a akcje czerwonego RAF-u były dobre, choć nie odniosły oczekiwanego sukcesu. Wiktor nie próbował się zastanawiać, jak afirmacja "ulicznych napierdalanek", używając tutejszego języka, ma się do przeciwdziałania niosącemu przemoc faszyzmowi, bo zorientował się dosyć szybko, że nie o ideologiczną czy logiczną spójność tu chodzi.

Jakiekolwiek próby ściągnięcia dyskusji na merytoryczny poziom, na zagadnienia dotyczące logistyki, organizacji, komunikacji, która ewidentnie szwankowała, trafiały w próżnię, bo najważniejszy okazywał się akcentowany przez dzielną panią Kazimierę, rewolucyjny zapał, który zmobilizuje ludzi do wyjścia na ulicę. Drugim kluczowym problemem był sposób, w jaki środowiska lewicowe są traktowane przez sprzyjającą i w większości faszystowską policję. Wiktor czuł się, jakby został przeniesiony na plan Przedwiośnia, tylko aktorzy dużo lepiej i szczerzej odgrywali rewolucyjny zapał. Oznaki medialnego zaszczucia, nieustające pretensje do mediów i policji, żądania odwołania komendanta policji, a nawet ministra spraw wewnętrznych, jako odpowiedzialnych za brutalne traktowanie aresztantów z Biedroniem na czele - to wszystko wyglądało dokładnie tak jak wyobrażał sobie Wiktor przedwojenne "konspiracyjne" spotkania rewolucjonistów. Co ciekawe, przy generowaniu atmosfery zaszczucia pani Kazimiera przytomnie zauważyła, że jednak bez wsparcia mainstream-owych mediów, nie ma co liczyć na większą frekwencję niż ostatnim razem.

Zapał osiągnął w końcu taką temperaturę, że nawet poczciwy, a może wyrachowany, Pan Seweryn Od Gwizdków musiał opuścić salę, żeby jakiś bardziej zapalony rewolucjonista nie pacnął go w przypływie słusznego klasowego oburzenia po głowie. Do Wiktora zaś dotarło, że szeroka koalicja lewicowa jest kolejną grupą społeczną, która uważa państwowe organa porządkowe za faszystowskie bojówki mające na celu jedynie danie upustu sadystycznym ciągotom zwyrodniałych funkcjonariuszy. Dotarło do niego także to, że zarówno dla tych młodszych jak i tych starszych "lewicowców", druga strona ideologicznego sporu jest zunifikowaną masą bandytów, która powinna zniknąć z powierzchni ziemi, a która po niej chodzi jedynie dzięki ochronie policji. Jakież to się wydało Wiktorowi symetryczne do różnych opinii słyszanych po tej "bandyckiej" stronie. Skojarzyło się to Wiktorowi w dosyć oczywisty sposób z definicją człowieka, funkcjonującą w małych społeczeństwach plemiennych: człowiekiem jest tylko członek mojego plemienia. Ten z sąsiedniej wioski to już nie jest człowiek - to zwierzyna łowna. Tu nie ma szansy na jakiekolwiek porozumienie, bo porozumienie w ogóle nie jest celem. Celem jest budowa poczucia zagrożenia, umacnianie plemiennych więzi i rozciąganie tych więzi na jak najszersze rzesze, by w odpowiednim momencie wyciągnąć te rzesze na ulice.

Wiktor wyszedł ze spotkania i w te pędy przyleciał do mnie zdać pasjonującą relację. Przegadaliśmy całą noc, dochodząc do wielu ciekawych spostrzeżeń. Niestety nie nagrywałem tej rozmowy, dlatego odtworzona z pamięci sama relacja jest w dużej mierze niepełna. Na wnioski z tej rozmowy przyjdzie pora innym razem...

Stenogram wypowiedzi Blumsztajna
Krótka relacja we Frondzie

I bardzo dobry tekst na portalu lewicowym

sobota, 13 listopada 2010

Biedroń i Mizikowski

Podczas 11-listopadowych demonstracji został zatrzymany m. in. działacz homoseksualny Robert Biedroń. Po wypuszczeniu z aresztu zwołał konferencję prasową na której ogłosił:

Zostałem pobity, ale najgorsze stało się w radiowozie. Jeden z policjantów wszedł do samochodu i pobił mnie w nim na tyle dotkliwie, że tego samego dnia wieczorem znalazłem się w szpitalu.

Dały się słyszeć głosy, że Biedroniowi się należało, że zebrał burzę na skutek siania wiatru, pojawiły się również niewybredne dowcipy na temat więziennych przejść działacza, które mogłyby się okazać dla niego na swój sposób atrakcyjne. Środowiska związane z inicjatywą kontr-marszową podniosły zaś krzyk, że policja sprzyja faszystom, że szykanuje wolnościowych działaczy, że funkcjonariusze dali upust swoim homofobicznym pasjom. Od pierwszych oczekiwałbym podobnych żartów w stosunku do doświadczeń Edwarda Mizikowskiego, o których za chwilę. Od drugich oczekiwałbym wsparcia w protestach wobec niedopuszczalnych działań policji, które stają się normą, a nie powinny mieć miejsca w demokratycznym kraju. Mizikowski nie jest czołowym działaczem homoseksualnym, więc na zwołaną przez niego konferencję pewnie nikt by nie przyszedł. A mogliby się dziennikarze dowiedzieć, że spotkały go podobne doświadczenia jak Biedronia (pełna relacja tutaj):

Gdy samochód ruszył jeden z mężczyzn założył rękawiczki i zaczął go systematycznie bić po głowie i twarzy. Gdy się zasłaniał zaczął go bić i drugi. Na Wilczej zrobili mu badanie alkomatem i byli bardzo zawiedzeni. W końcu jeden powiedział mu, że ma 0,5 promila alkoholu. Na to powiedział, że nigdy dziesiątego każdego miesiąca nie pije. Wsadzili go do samochodu i zawieźli do Izby Wytrzeźwień na ul. Kolskiej. Po drodze znowu, jak mówi, go pobili bijąc po twarzy i głowie rękami w rękawiczkach. Na Kolskiej domagał się zrobienia mu badania krwi pod katem zawartości alkoholu we krwi. Na to usłyszał: „Jak ci k… pobierzemy krew to będzie to całe wiadro”.

Podobne relacje powtarzają się przy aresztowaniach najprzeróżniejszych osób. Ich ranga i pozycja społeczna nie ma znaczenia. Dowiadujemy się o tych praktykach dość rzadko, gdy spotka to kogoś medialnego, ale nie są to wyjątki tylko raczej norma: wpakowanie delikwenta do suki oznacza okazję do poznęcania się nad nim psychopatycznego sadystycznego policjanta. Tych doniesień o policyjnej agresji już po zatrzymaniu jest ostatnio niepokojąco dużo. Czy nie powinien się nimi zainteresować urząd Rzecznika Praw Obywatelskich? Nie powinniśmy ich lekceważyć, bo ciche przyzwalanie na tego typu praktyki może doprowadzić do powrotu takich "wypadków" jak Grzegorz Przemyk czy Stanisław Pyjas. Przesadzam? Pyjas zginął w okresie "małej stabilizacji", w rozkwicie gierkowskiej prosperity. Kiedy Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatnio. Nie lekceważmy takich informacji, bo nigdy nie wiemy, kiedy nam się zdarzy stanąć na niewłaściwym fragmencie chodnika...

czwartek, 11 listopada 2010

Światła pamięci - 10.11.2010

Kilka minut przed 18:00 podjechał pod schodki na Karowej dostawczak ze świecącymi, napompowanymi helem, biało-czerwonymi balonami. Wokół samochodu, w miarę wpakowywania baloników, rosła biało-czerwona chmura pamięci. Do tasiemek przywiązywane były szachownice z wydrukowanymi na kirach nazwiskami. Przechodnie zatrzymywali się, by usłyszeć, że to są światła pamięci. Jakiś taksówkarz zdawał się wiedzieć o co chodzi, bo zatrzymał się i poprosił o dwa baloniki. Inny starszy pan zapytał o co chodzi, wziął do ręki balonik dziękując serdecznie, ale gdy usłyszał, że uczestnikom zależy na niepodległej Polsce, oddał balonik stwierdzając, że to bluźnierstwo, że gdyby Polska nie była niepodległa, to nie moglibyśmy robić takich demonstracji.

Gdy samochód został opróżniony, cała grupa skierowała się spacerem pod Pałac. Tam baloniki zostały rozdane chętnym, wraz z wytłumaczeniem celu akcji. Na dźwięk smoleńskiej syreny, puszczonej przez megafon, baloniki polecą w górę. Przed pomnikiem Poniatowskiego ułożony ze zniczy krzyż i głos modlitwy. Wokół całego zgromadzenia atmosfera spokojna i pogodna, wszyscy czekając na sygnał do wypuszczenia baloników rozmawiają ze sobą sprawdzając, czy karteczki z nazwiskami są dobrze przymocowane.

W pewnym momencie pogodna atmosfera została naruszona. W okolicach krzyża dają się zauważyć jakieś przepychanki, słychać podniesione głosy. To straż miejska rozpoczęła ustawianie barierek przed łańcuchami odgradzającymi pomnik Poniatowskiego w taki sposób, że ich linia przecinała krzyż ze zniczy. Najpierw toczyły się dość stanowcze z obu stron dyskusje, jedni twierdzili, ze maja prawo stać w tym miejscu, drudzy twierdzili, że dostali rozkaz, który muszą wykonać. Nie było miejsca na konsensus, rozpoczęło się rozwiązanie siłowe. Na próbę odsunięcia obrońców krzyża, ci zareagowali solidarną kontrakcją. Emocje zaczęły gwałtownie rosnąć, kobiety zaczęły krzyczeć, mężczyźni apelowali o pomoc. Nad wszystkim unosił się niezmącony głos prowadzącego modlitwę. Punktem kulminacyjnym był upadek jednego z obrońców na krzyż ze zniczy, w tym momencie rozpoczęło się skandowanie "bandyci! bandyci!" oraz "zomo! zomo!". Jeden z obrońców, Edward Mizikowski, został zatrzymany przez Policję.

Gdy emocje nieco opadły, barierki zostały ustawione wokół, a nie w poprzek krzyża z potłuczonych już zniczy. Powoli cichło skandowanie "Komorowski do Moskwy". Nie udało sie puścić syren smoleńskich przez megafon. Baloniki poszły w górę razem, ale już bez początkowego entuzjazmu.

***

Oddzielam komentarz od suchej relacji. Starszy Pan to zasłużony profesor socjologii. Specjalista od metodologii badań społecznych. Nie przeszkadza mu to jednak nie dostrzegać różnicy między troską o niepodległość, a walką zbrojną o niepodległość. Wobec koszmaru II w. św. koszmar czasów stalinowskich i tak był jednak upragnionym pokojem, w czasie którego można było odbudować stolicę i uczyć się po polsku. Wobec koszmaru czasów stalinowskich, czasy Gomułki to prawdziwa niepodległość, a wobec antysemickich czystek roku 1968, czasy gierkowskie to wręcz eksplozja wolności. Gdyby Polska nie była wtedy niepodległa, cały festiwal Solidarności nie mógł by się przecież odbyć. Tak jak wtedy, tak i dzisiaj mówienie o jakimkolwiek zagrożeniu czy ograniczeniu niepodległości to wg profesora bluźnierstwo. Można i tak.

Straż miejska oczywiście nie mogła ustawić barierek w czasie, gdy było tam mało ludzi, w godzina rannych albo nocnych. Gdy planowana była słynna nocna demonstracja barierki były ustawiane od godz. 16. Teraz trzeba było zaczekać na balonikarzy i sprowokować groźbą ustawienia barierek w poprzek krzyża chwilowe rozruchy. Dzięki temu żaden z obecnych na miejscu dziennikarzy nie wspomniał o wielkiej biało-czerwonej chmurze pamięci, za to wszyscy relacjonowali okrzyki "Komorowski do Moskwy!". Metoda znana bardzo dobrze stadionowym bywalcom, gdzie policja niemal zawsze prowokuje zamieszki reagując albo zbyt wcześnie, albo zbyt późno i zawsze zbyt brutalnie. Ale dzięki temu nakłady na bezpieczeństwo nie zmaleją, nieprawdaż?

Cała draka skutecznie popsuła humor organizatorom, niwecząc medialny efekt wysiłku kilkudziesięciu osób, którzy włożyli w przygotowania prawie dwa dni pracy, nie mówiąc o własnych pieniądzach. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem zaangażowania, pomysłowości i sprawnej organizacji nieznajomych sobie wcześniej ludzi, którzy postanowili pomoc nam pokazać, że pamiętamy i pamiętać będziemy. Że nadzieja umiera ostatnia oraz że nie chodzi o awantury, lecz o wspólne pozytywne działanie.




p.s. Zachęcam do zapoznania sie z inicjatywą: Twój głos ma znaczenie!

poniedziałek, 8 listopada 2010

Nie ma Państwa - mówi poseł Polaczek

Jerzy Polaczek, poseł na Sejm Rzeczypospolitej mówi otwarcie w dzisiejszym Salonie Politycznym w Trójce: Nie ma Państwa. I co? I nic. Gdyby to była nieprawda, wszyscy powinni już dawno odsądzać Posła od czci i wiary. Ale nie, problemem głównym w Polsce jest zakładanie nowej partii przez Kluzik-Rostkowską. A że jest to prawda, udowadniają liczne czyny ekipy rządzącej, rezygnującej z kolejnych sfer autonomii, dodatkowo wzmacniane różnymi wypowiedziami, które otwarcie przyznają: zdrowy rozsądek, prawdę, rzetelność i uczciwość mamy w głębokim poważaniu. Przykładem jest choćby sposób odpowiedzi na interpelacje poselskie Jerzego Polaczka, czy reakcja ministra Millera na fakt wybijania okien we wraku Tupolewa.

Dzisiaj nasza pozycja międzynarodowa leży w gruzach, nikt nie ma zamiaru się z nami liczyć w sytuacji, gdy Polska dobrowolnie zrezygnowała z jakiegokolwiek zabiegania o kontrolę nad postępowaniem dotyczącym najważniejszych osób w państwie. Skoro wysyłamy jasny komunikat, że nie zależy nam na kontrolowaniu naszych spraw, to dlaczego ma się z nami liczyć ktokolwiek? Działaniami po smoleńskiej katastrofie nasze władze sprowadziły nas do roli pośledniejszej niż Białoruś. De facto zlikwidowały polskie Państwo. Nie dajmy się zwieźć stroną formalną. Nikt w Europie nie może sobie pozwolić na formalna likwidację, przykład Grecji pokazuje, jak ważne jest podtrzymanie mitu stabilności i trwałości państwa. Za podtrzymanie tego mitu Europa gotowa zapłacić jest bardzo wysoka cenę. Jednak formalne istnienie a realna podmiotowość bytu - to dwie różne sprawy.

W pierwszym momencie po dramacie kwietniowym myślałem tak jak chciała późniejsza rządowa propaganda: kraj działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane bardzo dobrze, instytucje Państwa działają, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Teraz wyraźnie widać, że to była spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, z których każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak należy. Setki urzędników i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, w trakcie której marszałek sejmu (jak sam stwierdził) starał się jak najszybciej podejmować wszelkie "decyzje, których już nikt nie odwróci", ekipa rządowa stara się aż do dzisiaj przekonać nas, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.

Tymczasem jesteśmy jesiennym liściem w oku gospodarczego cyklonu. Nie nasze decyzje sprawią, że drugie uderzenie kryzysu będzie znacznie silniejsze. Nie robimy nic, by choć trochę zneutralizować skutki nadchodzącej zawieruchy. I widać wyraźnie, że nie jest to efekt zaniedbania, tylko efekt racjonalnego i planowego działania. Dlatego nie spodziewajmy się, że ktoś poświęci więcej, niż jest to niezbędne ze względów na tworzenie alibi, uwagi na funkcjonowanie państwowych struktur, na konsekwencje polityczno-gospodarcze bałtyckiej rury, albo na szczegóły umowy gazowej. Tematem najważniejszym będą konflikty w partii opozycyjnej. A gdy jej zabraknie, najważniejszym problemem kraju będzie kolor wibratora w sypialni jakiegoś lubelskiego polityka.

piątek, 5 listopada 2010

Akcja: Twój głos ma znaczenie!

Kolejna afera w partii opozycyjnej, żadnego zainteresowania działaniami partii rządzącej, to mamy w mediach. A z boku, po cichu, życie się toczy normalne i ludzie zastanawiają się, co by tu zrobić, aby tych polityków i dziennikarzy doprowadzić do porządku. Wymienić ich trudno, bo za bardzo nie ma na kogo, a do rozsądku przemówić im jest niemożliwością. W efekcie większość zdecydowana pozostaje w domach, gdy czas decyzji nadchodzi i szansa na wyrażenie sprzeciwu się pojawia. No bo zresztą jak ten sprzeciw wyrazić? Głosowanie przeciwko jednym jest interpretowane jako poparcie dla drugich, więc wybór mniejszego zła tylko podtrzymuje ten chory układ. Lepiej zatem zostać w domu, gdy czas wyborów nadejdzie i wypiąć się na ludzi, którzy nikogo sensownego nie dopuszczają do głosu. Jednak to z kolei daje komentatorom pretekst do oskarżeń, że ponad połowa obywateli ma sprawy publiczne gdzieś, nic ich nie obchodzi i dlatego mamy taką a nie inną jakość życia politycznego w naszym pięknym kraju. Tak jakby udział w wyborach miał jakikolwiek wpływ na polityków. "Przecież mówię, że nie ma kogo wybrać".

Koło skutków i przyczyn się zamyka i tkwimy w tej patowej sytuacji, która nie pozwala się cieszyć uprawianiem własnego ogródka. Czy naprawdę nie ma wyjścia z tych dusznych okoliczności przyrody? I niepowtarzalnych? A może jednak jest sposób, aby przynajmniej nie obrażano tych, którzy na wybory iść nie chcą z własnej nieprzymuszonej woli? Tych, którzy nie chcą swoją kartką wyborczą legitymizować tych politycznych patałachów i kłamców? Czy jest taki sposób? Czemu mało kto zwraca uwagę na wartość informacyjną pewnego narzędzia, które jest do dyspozycji każdego wyborcy?

Tym narzędziem jest głos nieważny!

O czym mówi głos nieważny? Skreślona w kilku miejscach kartka, albo oddana pusta kartka jest niechybnie znakiem, że wyborca się pomylił. Nie wiadomo jednoznacznie na kogo chciał oddać swój głos, więc uznaje się taki głos jako nieważny. Nie bierze on udziału w tworzeniu wyborczego wyniku, ale trzeba go ująć w statystykach. Takich pomyłek w każdych wyborach jest w granicach 1-2%. A co by się stało gdyby takich skreślonych kartek w urnach pojawiło się 30%? Czy wtedy też można by mówić o pomyłkach? Czy wtedy też dałoby się zbagatelizować ten fakt do ciapowatości pojedynczego wyborcy? Gdyby frekwencja w wyborach wynosiła nie 40% ale np. 70%, a wśród wszystkich oddanych głosów byłoby 30% głosów nieważnych? Co nam to mówi?

Tak! Te kilka milionów ludzi dałoby jasny sygnał, że nie jest im obojętne, co się dzieje w kraju, ale nie ma na kogo głosować! Trzeba by wtedy głośno powiedzieć, że taki efekt to wynik świadomego działania sfrustrowanego wyborcy. Politycy muszą się bardziej postarać, bo 30% wyborców zdaje sobie sprawę z ich krętactw i daje im żółtą kartkę: bojkotuję klasę polityczną! Nie bojkotują wyborów, nie bojkotują Polski! Bojkotują polityków! Jest różnica?

W tym pomyśle nie chodzi o to, aby odbierać komukolwiek wyborców! Nie chodzi o to, aby namawiać kogokolwiek do głosowania, bądź niegłosowania na jakąkolwiek partię. Jeśli chcesz głosować na partię X - to głosuj na partię X. Jeśli chcesz głosować na partię Y - głosuj na partię Y. Ale jeśli nie chcesz na nikogo głosować, bo nikt Ci się nie podoba - nie zostawaj w domu, tylko pójdź na wybory i oddaj nieważny głos!

Na koniec dwa pytania:
a) Czy uważasz pomysł za sensowny?
b) Co zrobić, by go rozpropagować? Wśród wszystkich, choć jest on dla tych, którzy nie chcą iść na wybory.

Więcej informacji na temat pomysłu można przeczytać tutaj: http://brakwyboru.blogspot.com

sobota, 30 października 2010

Pawka Morozow żyje

Obejrzałem podesłaną mi przez znajomą produkcję zespołu Oni-Nielegalni, a przy oglądaniu oczy otwierały mi się coraz szerzej. Ja rozumiem ideę walki z piractwem, rozumiem karygodność używania nielegalnego oprogramowania, ale żeby posuwać się w społecznej prowokacji do promocji postawy Pawki Morozowa? Czuję tu jakiś niezły szwindel. Co nam opowiada ten krótki filmik? Jest sobie małżeństwo, poznali się na studiach, są szczęśliwą parą. Do czasu. Po powrocie z delegacji żona odkrywa w torbie męża czerwone majtki, więc żąda rozwodu i natychmiast powstaje awantura o podział majątku. Mąż się stawia, więc ona donosi na męża, że ten używa w firmie nielegalnego oprogramowania. Tyle. Zagrane słabo, narracja poprowadzona nierówno, aczkolwiek profesjonalny lektor wskazuje, że nie jest to amatorska produkcja.

Co nam mówi ten film?
  1. Żyj dobrze z żoną, bo może na ciebie donieść.
  2. Dopóki żyjesz dobrze z żoną, możesz używać nielegalnego oprogramowania. Czy możesz kraść w inny sposób i robić inne brzydkie rzeczy? Pewnie tak. Dopóki nie narazisz się bliskim lub współpracownikom.
  3. Najlepszym sposobem na dociekanie swoich praw jest donos w innej sprawie.
Pawka Morozow był podobno bity przez ojca. Dobrze że Pawka ukrócił zapędy tego krwiopijcy. Tutaj mamy podobnie - wszystko byłoby dobrze, gdyby żona nie znalazła obcych majtek. Przez lata wszak było wszystko w najlepszym porządku. Byli niemalże wzorowym małżeństwem. Gdy chcesz dojść swojego, a druga strona się stawia? Donieś gdzie trzeba i już się ta szuja nie wywinie. Zastanawiam się tylko, czy żona także nie powinna ponieść jakiejś kary, że nie podzieliła się wiedzą o przestępstwie męża wcześniej. Bo że o przestępstwie wiedziała świadczą jej słowa "skoro tak, to na ciebie doniosę". Teraz.

Inne filmy tej grupy pokazują właścicieli firm, tracących wszystko z powodu złego traktowania pracowników, którzy wkurzeni idą na policje i zgłaszają, nie mobbing pracodawcy, ale właśnie używanie nielegalnego oprogramowania. Czy to jest właściwy sposób na komunikowanie idei legalności? No nie wiem. Chcesz załatwić prywatne porachunki? Zrób donos. Propagowanie etycznych postaw?

Ja tam widzę propagowanie znanego politycznego hasła: "By żyło się lepiej. Kolegom." - jeśli nikomu sie nie narazisz będziesz mógł używać nie tylko nielegalnego oprogramowania, ale różnych innych nielegalnych rozwiązań. Afera Rywina została ujawniona nie dlatego, że Michnik był tak uczciwy, tylko dlatego, że szantaż nagraniem nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Gdyby deal doszedł do skutku nie byłoby żadnej afery Rywina.

Tak to, proszę Państwa, niepostrzeżenie wtłaczane nam są, pod pozorem walki z piractwem, wzory postaw i zachowań, które stanowią podwaliny całej III Rzeczypospolitej.

Linki:
Film o niewiernym mężu
Pawka Morozow na wikipedii
Film o Pawce Morozowie

p.s. Tak, wiem, propaganda była robiona przez Goebelsa i za czasów komuny. Dzisiaj mamy do czynienia jednie z rzetelnym przekazywaniem informacji. A ten filmik to tylko taki żarcik. Całkiem niewinny.

środa, 27 października 2010

Wiktor w sztabie Kandydata

Wiktor dowiedział się z twittera, że o 18:00 zaczyna się część nieoficjalna, po oficjalnym otwarciu siedziby sztabu jednego z kandydatów na prezydenta miasta. Pomyślał sobie, że jako obywatel skorzysta z tego publicznego zaproszenia i obejrzy sobie Kandydata z bliska. Przy okazji weźmie jakieś ulotki, poczyta, posłucha, może uda się rozwiać ostatnie wątpliwości do Kandydata. Czuł się bowiem do niego prawie przekonany, choć to osoba świeża w miejskiej administracji, jednak z jakimś tam doświadczeniem zarówno menadżerskim, jak i politycznym. Jak pomyślał, tak zrobił. Choć nie znał dokładnego adresu, to duży plakat ściągał uwagę we właściwe miejsce.

Oho, dobre oznakowanie to podstawa - pomyślał i nieśmiało zbliżył się do wejścia. Rozglądając się, jakby kogoś szukał, obserwował uważnie pomieszczenie. Białe ściany, kilka krzeseł i stolik z kawą. Serce i tak biło rytmem przyspieszonym bliskością Kandydata, więc kawa nie wchodziła w grę. Ludzie stali w małych grupkach, pomiędzy zdaniami lustrując grupki sąsiadujące. Wiktor szukał jakiś ulotek, ale niestety poza kawą i lotniczym zdjęciem miasta nie było nic. NIC! Stał tak zatem czekając, aż może ktoś się zainteresuje samotnym mężczyzną, który być może czeka na moment właściwy do zdetonowania bomby. Nic z tych rzeczy. Ludzie zainteresowani tylko sobą i swoim partnerem w rozmowie, nie zwracali najmniejszej uwagi na człowieka, który najwyraźniej nie ma śmiałości samodzielnie nalać sobie darmowej kawy.

W rogu pomieszczenia Wiktor dostrzegł biegnące na piętro schody. Dostępu na górę bronił niski człowieczek z wyrazem zagubienia w oczach. Wiktor podszedł do niego, i spytał w nadstawione ucho:

- Czy jakieś materiały informacyjne to jest szansa dostać?
- A na stołach leżą ulotki...
- No nie leżą. Nic nie leży. Stoliki są puste.
- A to zaraz coś przyniosę z góry, proszę zaczekać.

Jak zaczekać to zaczekać, nie będzie się przecież jakiś tam nieznany nikomu Wiktor pchał na górę nieproszony. Teraz zatem stał tak sobie pod ścianą nie tyle czekając na moment właściwy do zdetonowania bomby, ile na materiały informacyjne, które zaraz zostaną przyniesione.

Bardzo wysokie to piętro być musi w tym sztabie - pomyślał Wiktor z nogi na nogę przestępując przez dłużące się minuty. W końcu nie wytrzymał, pożegnał wzrokiem puste schody i powoli skierował się ku wyjściu.

- Cześć, co tu robisz? - znajoma twarz była kołem ratunkowym, rzucanym przez los w ostatniej chwili.
- No przyszedłem zobaczyć co się dzieje i jak to wygląda. I jakiś taki chaos widzę potworny.
- No chaos jest i brak organizacji, to prawda...
- A ty co tu robisz? - odbił ping-ponga Wiktor.
- A ja przyszedłem tu do sztabu. Bo kandyduję na radnego.

Po kilku zdaniach, wymianie opinii, od słowa do słowa Wiktor został zabrany na górę, gdzie była taka sama salka jak na dole, tyle że z większą liczbą krzeseł i stolików. Wokół Kandydata stał wianuszek ludzi czekających na swoją kolej w ceremoniale ściskania ręki i wymiany kurtuazyjnych słownych uprzejmości. Wiktor w tej pozbawionej jakiejkolwiek formy przestrzeni był już zdecydowany. Jeśli brakuje im rąk do pracy, może pomóc. Zna się na tym i owym, widzi gdzie są niedociągnięcia możliwe do załatwienia niewielkim nakładem pracy. Jeśli wynika to z braku mocy przerobowych, to zaoferuje swoje ręce i głowę. Strona internetowa chociażby. Jest zarejestrowana domena, ale wyświetla się komunikat, że strona jest w budowie. Tak nie może być! To fatalne dla wizerunku! Kilka godzin i przynajmniej podstawowe informacje o lokalizacji sztabu można by wrzucić. A potem powoli dłubać resztę informacji. Jak nie ma nic w internecie to przecież jakby nic nie było.

Nadeszła w końcu pora i po krótkiej prezentacji padło sakramentalne pytanie Kandydata:

- Słucham, z czym Panowie do mnie przychodzą?
- Mam pytanie...
- Słucham!
- ...bo tu widać sporo braków...
- Jakich braków!?
- ...no brakuje materiałów informacyjnych, w internecie pusto, nikt się nie opieku...
- Proszę Pana, coś Panu powiem młody człowieku - Wiktor nie miał szansy nawet zacząć zadawać pytania - Pan reprezentuje pewien typ mentalności, którego jest większość w naszym społeczeństwie, którym się wszystko nie podoba, a którzy nie biorą pod uwagę że na wszystko potrzeba czasu. A ja reprezentuję typ mentalności, którego jest mniejszość w naszym społeczeństwie, ale to tacy ludzie jak ja zorganizowali tu wszystko w trzy dni, czego przez dwa tygodnie nie mogli zorganizować tacy ludzie jak Pan...
- Ja to rozumiem - tym razem Wiktor spróbował przejąć inicjatywę, - ale proszę mi pozwolić zadać pytanie. Mi nie chodzi bowiem o krytykowanie...
- Proszę niech więc Pan zada pytanie!
- ...wszystkiego wokół, tylko...
- Przepraszam, ale coś Panu powiem. Widzi Pan, mogę się założyć, że Pan nie ma - kontynuował tyradę Kandydat rozkładając wyjęty z kieszeni marynarki mały kalendarzyk - nawet kalendarza, bo tak dzisiaj się pracuje: bez organizacji, bez kalendarza i takie są właśnie efekty. Michał! - zawołał niskiego człowieczka z wyrazem zagubienia w oczach - tutaj Pan mówi że nie ma na dole ulotek. Gdzie są ulotki? Ulotki mają natychmiast się znaleźć! Przepraszam, zaraz ulotki będą...
- Ale mi nie chodzi o ulotki! - coraz bardziej zniecierpliwiony Wiktor rozpaczliwie szukał w głowie jakiegoś sposobu na przebicie się z własnym komunikatem przez ten zaporowy ogień słów maszynowych - ja chciałbym zadać proste pytanie: w czym mogę pomóc!?
- Dobrze, chce Pan pomóc...
- Tak, do kogo na przykład mógłbym się zgłosić, żeby omówić szczegóły? Żeby nie zajmować Panu cennego czasu, omówię szczegóły organizacyjne z kim?
- Coś Panu powiem - nie zrażony niczym kandydat ciągnął to, co miał ciągnąć, najwyraźniej nie zainteresowany rzeczywistością - ja na przykład chcę mieć kilkanaście spotkań z mieszkańcami. Ale nie z jakimiś urzędnikami, czy dziennikarzami, tylko z mieszkańcami. Chcę mieć spotkanie, na którym będzie co najmniej pięciuset mieszkańców, a nie dwudziestu dziennikarzy. Widzi Pan, wy nie wiecie jak się zabrać za najprostsze rzeczy, a ja w tym telefonie - tu wskazał na wyjęty z drugiej kieszeni marynarki telefon - mam cztery tysiące kontaktów i ja nie musiałem niczego organizować, żeby kilka tygodni temu mieć spotkanie w Domu Kultury na kilkaset osób, które było wielkim sukcesem. A Pan ile ma kontaktów, Wy macie po kilkadziesiąt kontaktów i nie wiecie jak się zabrać do zorganizowania czegokolwiek. Bo organizacja to przede wszystkim kontakty i znajomości, i trzeba znać odpowiednich ludzi do odpowiednich rzeczy! O proszę przyszły ulotki, niech Pan weźmie sobie... Pani Aniu, proszę się zaopiekować Panem, ten Pan chce pomóc, to trzeba to wykorzystać.
- Dziękuję, w takim razie do widzenia - Wiktor pożegnał się z Kandydatem i zostawił swoje namiary pani Ani, która też sprawiała wrażenie osoby zastanawiającej się, co się dookoła właściwie dzieje. Obiecała kontakt, bo każda pomoc jest ważna i, tym razem definitywnie Wiktor opuścił lokal.

Po kilku dniach strona internetowa dalej jest w budowie. Do Wiktora nikt się nie odezwał. Kandydat robi w mediach dobre wrażenie ponadpartyjnego fachowca, specjalistę od organizacji i likwidowania biurokratycznych zatorów. Być może z zarządzaniem miastem lepiej sobie poradzi niż z zarządzaniem własnym sztabem wyborczym. Nadzieja ta łączy mieszkańców miasta. Rzeczywistość zaś tradycyjnie skrzeczy.

poniedziałek, 25 października 2010

Co robić? Co robić?

To zadziwiające, jak skuteczna okazuje się dzisiejsza propaganda. Marginalizująca propaganda zniechęcenia. Dzisiaj nie stosuje się już bowiem propagandy aktywizującej do jakiejkolwiek idei. Dzisiaj robi się wszystko by zniechęcić obywatela do jakiejkolwiek aktywności. Aktywny obywatel jest niebezpieczny, w przeciwieństwie do obywatela biernego, sprowadzonego do roli wyrobnika, producenta i konsumenta. W tym żmudnym procesie niezauważalnie rezygnujemy z europejskiej idei indywidualizmu, przeskakujemy dalekowschodnią ideę kolektywizmu i forsujemy leibniz'owską ideę monad, które zamknięte we własnych ogródkach symulują komunikację, za pomocą jednostronnych kanałów konsumpcji pozorów informacji. Zatomizowane jednostki odmawiają przy tym jakiejkolwiek refleksji nad przeżywaną rzeczywistością.

Ludzie w zasadzie zawsze zamykali się w swoich plemiennych światach wyobrażeń, bardzo uważnie pilnując przestrzegania plemiennych reguł. Dzisiaj wobec utraty przez idee baumanowskiej strzałki, wskazującej kierunek rozwoju, wobec mnogości równorzędnych pomysłów i wspólnot, jakakolwiek refleksja stała się czynnikiem bardzo niebezpiecznym dla wewnętrznego poczucia spójności konstrukcji własnej osobowości. Jeśli czasem powiemy nawet coś niemądrego, to mamy tendencję upierania się przy tym stwierdzeniu, żeby we własnych oczach nie stracić narracyjnej ciągłości naszego życia. Jeśli chcemy zachować to poczucie konsekwencji naszych działań, nie możemy dopuszczać jakiejkolwiek analizy, która mogłaby często w dwu zdaniach wykazać brak jakiegokolwiek związku między poszczególnymi elementami światopoglądu. W efekcie nikt już nie przestrzega reguł porządkujących funkcjonowanie plemiennej grupy, bo wszystkie reguły jako równoważne zostały de facto unieważnione. Zaś sprzeczności między zasadami są nonszalancko pomijane. Dawniej nazywano to po prostu głupotą. Dzisiaj w celu zamaskowania głupoty używa się różnych dość oczywistych formuł, które są kupowane jako najwyższe mądrości legitymizujące nawet największe bzdury. "To zależy, jak na to spojrzeć", "świat nie jest czarno-biały", "należy dostrzegać także drugą stronę medalu" itd. itp.

Odczułem też na własnej skórze siłę, z jaką pewne sfery rzeczywistości wtłaczane są w nowe przestrzenie tabu. Jedną z takich przestrzeni niewątpliwie stała się sfera wartości. Ludzie chronią się przed atakiem alogicznego nonsensu poprzez ucieczkę od tematu. Jeśli ktoś zaczyna mówić o wartościach - nie jest przy tym istotne jakich - to momentalnie jest nokautowany zamykającymi wszelką dyskusję konstatacjami w stylu: "nie, znowu o krzyżu?" albo "nie mam ochoty rozmawiać o polityce", czy też "jasne, Kaczyński jest bogiem i na tym skończmy". Nie jest przy tym istotne, czy zaczyna się rozmowę od jakiegoś polityka, czy od wydarzeń historycznych, czy też od jakiegokolwiek innego tematu, dotykającego nawet w subtelny sposób sfery wartości. Ostatnio przydarzyło mi się to, gdy chciałem, nawiązując do Kołakowskiego, pogadać o poważnym traktowaniu zasad demokracji.

W konsekwencji zniszczenia tej pierwotnej potrzeby zachowania światopoglądowej spójności, czy też raczej wobec zniszczenia narzędzi umożliwiających rozpoznanie braku tejże spójności, przestają dziwić głosy sytuujące np. sprawstwo zbrodni w jej ofierze. Nikogo nie obchodzi, kto zaczął, bo trzeba przecież myśleć o przyszłości. Poza tym, teraz już przecież i tak nie dojdziemy do tego, kto zaczął, więc nie ma sensu się kłócić, bo to zgoda buduje. Z tego właśnie powodu nie ma sensu nauczanie historii w szkołach, nie ma sensu dochodzenie przyczyn katastrofy smoleńskiej, nie ma sensu dopatrywanie się związków między słowami polityków, a czynami szaleńców. Związki bowiem nie istnieją! Istnieją tylko producenci i konsumenci. Drogi, pozwalające dojechać do pracy. Zdrowa żywność pozwalająca dłużej pracować i/lub dłużej cieszyć się życiem. To jest przecież istotne, a nie jakieś pseudofilozoficzne dyrdymały.

Pisałem już o kulturowych tendencjach do zamykania (się) w gettach. To są procesy, nad którymi już nikt zdaje się nie panować. Brak świadomości czy celowe działanie - nie ma to już znaczenia wobec rozpędzonego pociągu ideologicznych walców. Niestety nie zmienimy rzeczywistości deklaracjami łódzkimi. Nie zmienimy rzeczywistości składaniem kwiatów przez prezydenta, premiera, marszałka. Jedyną szansą zmiany, czy też raczej ocalenia resztek rozumu, jest wewnętrzna walka o zachowanie samodzielności myślenia każdego z nas z osobna. Przetrwanie umiejętności stosowania zasad logiki w myśleniu i umiejętności rozpoznawania absurdów. Brak zaufania do plotek i poleganie na własnych ocenach. Czy ufamy pani spod magla? Media trzeba traktować z jeszcze mniejszym zaufaniem. Przekupka na bazarze rozprzestrzenia plotki z reguły w dobrej wierze: po prostu przekazuje to co usłyszała. Media realizują niestety określoną spójną strategię. Warto przy tym także pamiętać, że media to jednak coś więcej niż zbieranina dziennikarzy. Dziennikarze są ludźmi, media są instytucją. Dlatego należy sprawdzać sprawozdania i nie ufać tym ludziom, którzy choć raz skłamali, a będąc nakrytym na kłamstwie nie chcieli się z niego wycofać. To są żołnierze. Wśród dziennikarzy należy jednak dostrzegać także osoby. Tworzyć sieci osób godnych zaufania. Starać się przetrwać ten czas światopoglądowego zamętu, w którym całe ubranie wywinięte jest na lewą stronę.

Trzeba być gotowym. Przyjdzie pora, to osoby z działającym kompasem wskażą drogę...

wtorek, 19 października 2010

Sprzedać duszę, by kupić skórę

Zaczyna się fizyczne dorzynanie watah. Brawa dla partii rządzącej, brawa dla Palikota, Niesiołowskiego, Wajdy, Kutza, Sikorskiego, Tuska za uzywanie języka miłości! Jestem pod wrażeniem! Kto następny? Dalej uważacie, że polityka nie ma wpływu na Wasze codzienne życie? O naiwności! Jakże ty silna!

Stawiacie znak równości między "spieprzaj dziadu" Lecha Kaczyńskiego, a "Jeszcze jedna bitwa, dorżniemy watahy" Radka Sikorskiego? Palikot zaś stwierdził, że Kaczyńskiego należy zastrzelić, wypatroszyć, a skórę wystawić na sprzedaż. Nie wątpię, że nabywców znajdzie się wielu i jeszcze licytacje zrobią. Mówicie, w Łodzi to był jakiś zaburzony szaleniec. Niewiadomski też był szaleńcem. Ilu jeszcze trzeba takich szaleńców, by spadły Wam klapki z oczu? By dotarło do Was wreszcie, że w każdej zbiorowości są tacy szaleńcy i że dlatego właśnie trzeba ważyć każde słowo? Dla mnie ta jedna śmierć to za dużo. I nie dam się przekonać, że nic się nie stało, że to jednostkowy nieistotny przypadek, a my dalej przed kamerami możemy swobodnie dorzynać watahy i patroszyć wilki. Nie. Nie wolno. Nikomu!

Pisałem o prowokowaniu rewolucji tutaj. Ale nie sądziłem, że tak szybko i w tak dosłowny sposób się to zacznie. Chciałbym, by to był koniec, a nie początek, niestety po tym, co obserwowaliśmy od czasu pogrzebów, już w to nie wierzę. Zresztą festiwal odwracania kota ogonem trwa w najlepsze. W Emiratach Arabskich, gdy taksówkarz zgwałci pasażerkę, to ofiara idzie do więzienia, bo samotnie jadąc taksówką sprowokowała taksówkarza do zakazanego cudzołóstwa. My zdaje się wyznajemy inny system wartości, ale nie jestem już tego taki pewny słuchając wypowiedzi prof. Bartosia o Kaczyńskim: "Złodziej krzyczy łapać złodzieja", albo premiera polskiego rządu, który myli skutek z przyczyną: "Liczę na to, że wszyscy w Polsce otrzeźwiejemy, i że żadna śmierć nie będzie powodem do tego, że negatywne emocje i zło będą brały górę nad dobrem" - nikt jak dotąd chyba nie zwrócił uwagi, że to negatywne emocje są powodem śmierci a nie na odwrót.

Czas na protest. Aktywny protest. Nie tylko w Łodzi, ale w całej Polsce. Tak dalej być nie może. Autorzy zbrodniczych sugestii muszą zostać wyeliminowani z życia publicznego. Wyeliminowani naszymi głosami. Naszym wspólnym głosem. Inaczej szaleńcy wejdą również do naszych domów, wypatroszą, a skóry wystawią na sprzedaż. Bzdury? Powiedzcie to rodzinie Marka Rosiaka. I śpijcie dalej spokojnie, pusto śmiejąc się przy śniadaniu z tych, którzy nie widzą w tym nic śmiesznego.

Pojedynek na miny

W sierpniu 2008 roku wojnę w Gruzji widziałem jako rosyjski test użycia militarnego argumentu w polityce zagranicznej. Test całkowicie oblany przez społeczność międzynarodową, którego wynik daje zielone światło do agresywnych działań także w innych regionach globu. Po dwóch latach ocena impotencji wielkich organizacji międzynarodowych się nie zmieniła, natomiast analiza interesów może dawać inny ciekawy obraz regionu euroazjatyckiego. Trudno jest zrozumieć to, co się dzieje także w Polsce bez zrozumienia jak widzą swoje interesy poszczególni aktorzy geopolitycznej sceny. Pozwólmy sobie zatem na chwilę relaksu i pofantazjujmy trochę na temat interesów dwóch naszych największych sąsiadów.

1) Rosja się rozpada.

Postępująca degeneracja rosyjskiego organizmu państwowego jest dość szeroko znanym faktem. Od lat nieremontowana infrastruktura rozpada się na naszych oczach skutkując coraz poważniejszymi awariami, z których dowiadujemy się tylko o największych w rodzaju katastrofy w Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej na syberyjskim Jeniseju. Brak jest jakichkolwiek większych inwestycji poza budowaniem surowcowych linii przesyłowych oraz poszukiwaniem nowych złóż. Polityka personalna sprawia, że nikt z namaszczonych przez Kreml wielkich oligarchów nie myśli o poważniejszych inwestycjach i remontach, bo przykład Chodorkowskiego jest nadto wymowny. Skorumpowane społeczeństwo jest coraz bardziej zatomizowane. Dziennikarze ujawniający niewygodne fakty są likwidowani, co nie działa korzystnie na obywatelską odwagę. Służbom bezpieczeństwa nadaje się większe uprawnienia niż miało KGB, a milicja nie jest w stanie zrobić nic innego niż brać łapówki i haracze. Zdesperowani Rosjanie biorą sprawiedliwość we własne ręce i z bronią idą do lasu. Piją także na potęgę, co odbija się zarówno w długości życia jak i w katastrofalnie ujemnym przyroście naturalnym.

Co ciekawe, obecne rosyjskie władze wydają się w dalszym ciągu stosować politykę Stalina, który nie liczył się zupełnie z materiałem ludzkim, podporządkowując wszystko realizacji imperialnych celów politycznych. W przeciwieństwie do Stalina jednak, Putin nie uruchamia żadnych nowych "sztandarowych budów socjalizmu". Zamiast tego mamy propagandowe pokazówki w rodzaju osobistego sprawdzania w batyskafie, że na dnie Bajkału nie stwierdzono żadnych zanieczyszczeń, czy ratowania dziennikarzy przed szalonym tygrysem. Troska o ekologię nie idzie jednak w parze z troską o wyjaśnianie przyczyn różnych katastrof w celu ich neutralizacji w przyszłości. Przyczyny katastrofy Kurska pozostaną nieznane, podobnie jak przyczyny zaskakująco wielu katastrof samolotowych na terenie Rosji. Wszak jednakowe we wszystkich przypadkach wytłumaczenie, że zawinił pilot, mechanik, kucharz jest wygodne dla umarzających sprawę organów ścigania, ale pozostaje mało wiarygodne nawet dla przeciętnie inteligentnego obserwatora. Przygoda dzieci z biesłańskiej szkoły także nie pomaga w budowaniu zaufania do rosyjskich służb bezpieczeństwa, a liczne akty terrorystyczne, jak atak na Dubrowce, czy wysadzenie bloków na moskiewskim osiedlu podtrzymuje atmosferę zagrożenia uzasadniając milicyjne restrykcje i włączając Rosję do grona państw „walczących z terroryzmem”.

Rosyjscy politycy najwyższego szczebla nie myślą o modernizacji kraju, powtarzając znaną także u nas mantrę, że rosyjskie społeczeństwo potrzebuje silnej władzy, zaś zachodnie demokratyczne standardy są mu po prostu obce. Różnice kulturowe mają uzasadniać obcokrajowcom unikalne zjawisko homo sovieticus. Zatomizowane, nie ufające nikomu społeczeństwo jest w stanie zintegrować jedynie wizja powszechnego zewnętrznego zagrożenia oraz odziedziczony w spadku po ZSRR i czasach carskich mit Wielkiej Rosji. Rosyjski imperializm jest ostatnim powodem do dumy dla Rosjan, których patriotyzm każe wiernie czekać na czasy, gdy odpowiedni ludzie znajdą się wreszcie na odpowiednich miejscach. Jak w czasach socjalizmu: idea jest dobra, tylko ludzie nie dorośli. Wódz nieustannie myśli o swoich dzieciach, tylko ci cholerni urzędnicy ciągle nawalają. Dlatego rezygnując z technologicznej modernizacji rosyjskie władze nie mogą pozwolić sobie na rezygnację z wojennej retoryki. Poczucie zagrożenia przez zewnętrznych i wewnętrznych wrogów oprócz integracji społecznej jest także świetnym wytłumaczeniem dla katastrofalnego stanu gospodarki. Jak można cokolwiek zrobić, jak ciągle atakują naszych? Ale my im pokażemy gdzie ich miejsce. Dlatego wybuchają moskiewskie bloki mieszkalne i dlatego trzeba było upokorzyć Gruzję.

2. Niemiecka hegemonia.

Analitycy coraz częściej zauważają niemieckie dążenie do europejskiej hegemonii. Złośliwi pozwalają sobie nawet na daleko idące żarty, że Unia Europejska to faktyczna realizacja hitlerowskiego planu Europy zjednoczonej wokół Wielkich Niemiec. Traktat lizboński otwarcie nazywany jest absolutnym majstersztykiem niemieckiej polityki – przyznaje on bowiem z mocy prawa najważniejszą rolę w Unii Niemcom. Warto z tej perspektywy spojrzeć na poczynania tego kraju w ostatnich latach.

Z bardzo wielu różnych powodów Rosja jest strategicznym partnerem Niemiec. Rosja stanowi potężny rynek zbytu dla niemieckich technologii oraz jest niewyczerpanym źródłem surowców nie tylko energetycznych. W interesie Niemiec leży jednak słaba Rosja, której rola sprowadza się do surowcowego zaplecza. Rosja zmodernizowana byłaby niebezpiecznym konkurentem, co w połączeniu z imperialnymi ambicjami tworzyłoby bardzo niebezpieczną mieszankę. Rosja natomiast potrzebuje sojusznika w Europie, zwłaszcza w sytuacji gdy na dalekim wschodzie Chiny podniosły zdecydowanie głowę, a w Azji Centralnej byłe sowieckie republiki wykorzystują wojnę w Afganistanie do żonglowania sojuszami. Ukraina pomimo olbrzymiej "mniejszości" rosyjskiej stara się prowadzić własną niezależną politykę, bowiem ukraińscy Rosjanie doskonale rozumieją, że ich interesy będą lepiej zabezpieczone w ramach państwa ukraińskiego niż w dręczonej patologiami Rosji. Natomiast Republika Federalna traktowana jest jako najważniejszy sojusznik zarówno w Waszyngtonie, Paryżu, Warszawie jak i przede wszystkim w Moskwie. Jak zauważa Rokita, Premier Putin nawet nie stara się ukryć swoich marzeń o tym, aby „dwa wielkie historyczne narody” – Rosjanie i Niemcy – stworzyły polityczne fundamenty nowego europejskiego porządku.

Niemcy są jednak mocno obciążone wizerunkowo i nie mogą sobie pozwolić na otwarte i jawne działania hegemona. Jak zatem ma wyglądać sprawowanie przez Berlin tej „subtelnej europejskiej hegemonii”? Niemcy będą po prostu umiejętnie wykorzystywali traktat lizboński, którego są głównymi inicjatorami. – Mniej więcej do roku 2020 nastąpi przekazanie spraw zagranicznych i obronności pod wspólną europejską kuratelę. Dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu swojej pozycji największego unijnego płatnika i obsadzeniu swoimi ludźmi kluczowych unijnych stanowisk będą miały decydujący wpływ na poczynania UE – analizuje Gunther Hellmann, badacz przyszłości niemieckiej polityki zagranicznej na Uniwersytetu Goethego we Frankfurcie nad Menem. Oczywiście berliński hegemon nikomu nie będzie niczego otwarcie narzucać. – Niemcy zdają sobie sprawę, że otwarte dążenie do dominacji doprowadziło do wybuchu obu wojen światowych. Z kolei okres powojennego zaangażowania w integrację europejską i powściągliwość przyniosły krajowi dobrobyt i polityczną wiarygodność. Sprawdzonych sposobów nie zmienia się przecież bez potrzeby – uważa berliński publicysta Michael Stuermer. Powyższe fragmenty przytoczone za Dziennikiem pokazują, że mimo wszystko wypuszczane są co jakiś czas kontrolne baloniki sprawdzające poziom społecznej wrażliwości na zarysowane zjawisko. Pomimo wojennego doświadczenia pierwszej połowy XX w. mam wrażenie, że hegemoniczna rola Niemiec przyjmowana jest raczej jako pewien rodzaj naturalnej kolei rzeczy niż sytuacja zagrożenia.

Mimo wszystko Berlin musi za wszelką cenę odwracać uwagę od głównego celu i kierować ją w inną stronę. Dlatego nieustannie podtrzymywane jest poczucie rosyjskiego zagrożenia. Zarówno w celu tworzenia pretekstów do wewnątrzeuropejskich sojuszy, jak i przede wszystkim w celu odwrócenia uwagi od budowania hegemonicznej roli Niemiec w Zjednoczonej Europie. Europa przedstawiając Rosję jako nieobliczalny kraj zdolny do każdej niegodziwości, wycina konkurencyjne integracyjne narracje oraz zacieśnia więzy, budując z kolei w samej Rosji wrażenie, iż tylko Niemcy, ze swoim historycznym bagażem i racjonalnym podejściem są w stanie zrozumieć rosyjskie stanowisko. Jak relacjonuje Staniszkis, "Niemcy z fundacji Adenauera mówili mi: – Tusk, może w sposób kosztowny dla was, dla waszej godności, realizuje pewną linię Merkel, która równocześnie skonsolidowała udziały państwa w tych firmach, które współpracują z Rosją, ale nie chce, żeby coraz bardziej zatomizowane społeczeństwo rosyjskie reanimować. Każdy konflikt mógłby na nowo skonsolidować Putina z Miedwiediewem, którzy walczą na noże o przyszłą prezydenturę. A chodzi o coś odwrotnego. Usypianie i otoczenie Rosji, przyspieszanie jej rozmontowania. Rosja jest pojęciowo, technicznie, instytucjonalnie w stanie rozpadu. Oczywiście to ma poważne konsekwencje także dlatego, że np. Ukraina nie jest integrowana, bo Zachód, widząc nieuchronny konflikt z Rosją w jakiejś fazie, spodziewając się, że tam dojdzie w niedalekiej przyszłości do rządów wojskowych, żeby tę sytuację opanować, mówi: nie integrujemy Ukrainy, bo nie będziemy w stanie jej obronić. Taka jest normalna dyskusja fachowców o Rosji." Aby zapewnić skuteczność tej narracji rosyjskiego zagrożenia, musi być ona prowadzona na zewnątrz Niemiec, by ci mogli grać rolę rzeczowego rozjemcy i mediatora.

W tym ujęciu niechęć do ukraińskiej integracji z Europą ma bardzo racjonalne podstawy, ale czynnik opisywany przez Staniszkis nie jest jedyny. Ukraina w strukturach europejskich niechybnie zawiązałaby sojusz z Polską, bo mamy bardzo zbieżne cele i interesy. Samo w sobie byłoby to już dużym zagrożeniem dla planów zarówno hegemonicznych Niemiec jak i imperialnej Rosji. Przeciwdziałanie powstaniu takiego "jagiellońskiego" sojuszu jest wspólnym strategicznym celem opisywanych partnerów. Stąd doprowadzanie do kuriozalnych kryzysów gazowych z jednej i punktowanie prawnych i politycznych niedociągnięć Ukrainy z drugiej strony.

3. Otaczanie Rosji - czy konflikt jest nieunikniony?

Niemiecka frustracja po I wojnie światowej była jednym z czynników, które w wyniku skomplikowanych procesów doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. Staniszkis zauważa, że "USA i Unia prowadzą bardzo systematyczną politykę okrążania Rosji. To, co się dzieje na centralnym Kaukazie, nowa sytuacja Gruzji, nowa sytuacja Grupy Szanghajskiej mogącej ewentualnie zastąpić NATO w Afganistanie i ostre negocjowanie z Rosją przez podmioty gospodarcze, np. o współwłasność złóż, jest tego wyrazem. Na Ukrainie głównym aktorem UE jest konsorcjum gazowe, widać więc, że UE już rezygnuje z całej dekoracji politycznej." W tym ujęciu także Turcja jawi się jako pośrednik i łącznik z tureckojęzycznymi krajami Azji Centralnej, które z kolei cały czas szukają swojej drogi i sposobu wyjścia z gospodarczego uzależnienia od rosyjskich kanałów transportowych dla surowców energetycznych. Chiny także nie zasypiają gruszek w popiele kolonizując wyludniające się syberyjskie miasta i lasy. To z kolei jest potwierdzeniem dla rosyjskich fobii i w gruncie rzeczy nie da się już rozpoznać, czy otaczanie Rosji bardziej jest efektem wrogich intencji sąsiadów, czy też jest bardziej zasłoną dymną putinowskiej propagandy mającej ukryć realne słabości tego kolosa na glinianych nogach. Ciągle żywa jest także frustracja spowodowana rozpadem ZSRR i upadkiem imperialnej roli Rosji jako opozycyjnego wobec USA bieguna podzielonego świata. Dlatego nie należy bagatelizować militarnych incydentów, które teraz i w przyszłości oprócz dyscyplinowania krnąbrnych sąsiadów będą potwierdzaniem mocarstwowych ambicji Rosjan.

Pytanie, które po Gruzji wisi ciągle w powietrzu, czyli "kto następny?", jest cały czas otwarte. Wobec całkowitej bierności Zachodu, Rosja nie ma żadnych powodów, żeby zrezygnować ze stosowania tego instrumentu w polityce zagranicznej. W zasadzie pytanie nie brzmi czy, ale kiedy i kogo zaatakuje Rosja. Polityczne, militarne i gospodarcze otaczanie Rosji jest faktem. Chiny wybudowały i cały czas budują dalsze rurociągi z Kazachstanu omijające Rosję. W ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy Rosja dostała przy okazji gruzińskiego konfliktu delikatny policzek, gdy żadne z państw należących do Grupy nie uznało niepodległości Osetii i Abchazji. Ujawnione podczas tego konfliktu słabości militarne rosyjskiej armii spowodowały w końcu aktywne działania modernizacyjne. Jasne jest bowiem, że Zachód nie zareaguje, ale jasne także się stało, że Rosja nie musi poradzić sobie z poważniejszym przeciwnikiem, dlatego myśląc poważnie o instrumencie siłowym, trzeba go dość pilnie unowocześnić.

Jak otwarcie przyznają cytowani przez Staniszkis niemieccy eksperci, polityka otaczania i osaczania Rosji, w oczekiwaniu na spowodowany gospodarczą degeneracją rozpad, jest nieoficjalną, ale niespecjalnie ukrywaną doktryną w podejściu do tego kraju. Nic dziwnego, że Rosja czuje się zagrożona. Wielkie państwo z wymierającym społeczeństwem i sypiącą się gospodarką leży między kowadłem mocarstwowych ambicji a młotem fatalnego międzynarodowego PR-u. Zdaje sobie sprawę, że tylko uległość jest w stanie ten wizerunek ocieplić, ale na uległość nie może i nie chce sobie pozwolić. Pozostaje jej zatem granie roli narzuconej przez historię i światową opinię publiczną.

Dla Niemców w Europie to idealna sytuacja. Rosyjskie zagrożenie barbarzyństwem oraz obrona zachodniej cywilizacji pod kulturowym przewodnictwem Niemiec jest starą śpiewką, odgrzewanym kotletem, na który "światła" Europa ciągle daje się nabierać. Niemiecki protekcjonizm naruszający idee solidarności unijnej, ujawnił się podczas kryzysu, gdy bez żenady przyznawano kolosalną pomoc niemieckim zakładom przemysłowym. Bałtycka rura podobnie narusza zasadę solidarności energetycznej, a były kanclerz również bez żenady zostaje członkiem rady nadzorczej NordStream-u. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo przecież zagrożeniem dla Europy jest dzika Rosja, a nie leżące w centrum kulturalne Niemcy. Dezinformacja, manipulacja, propaganda i odwracanie uwagi to kolejna płaszczyzna niemiecko-rosyjskiego sojuszu interesów. Istniejąca od czasów Zimnej Wojny siatka rosyjskich agentów wpływu, rozsiana po całej Europie nie próżnuje. Pytanie jednak czy w dalszym ciągu są to agenci rosyjscy? Mimo wszystko lekcja została odrobiona i dlatego udaje się kierować uwagę opinii publicznej na żonę Sarko, czy proszki Kaczyńskiego, zamiast na analizę interesów poszczególnych krajów.

4. Reasumując te pobieżne i powierzchowne political-fiction.

Rosja politycznie broni się przed okrążeniem, rozbijając wszelkie możliwe koalicje typu Partnerstwo Wschodnie itp. Wszelkie akcje militarne mają na celu utrzymanie armii w stanie gotowości, podtrzymanie mitu Wielkiej Rosji, integrację wewnętrzną poprzez wytwarzanie poczucia konieczności silnej władzy w warunkach politycznego kryzysu. Stan gospodarczy jest w takiej sytuacji przedstawiany własnemu społeczeństwu jako efekt zewnętrznego osaczenia, a nie wewnętrznej indolencji.

Niemcy także realizują politykę imperialną. Podtrzymując mit rosyjskiego zagrożenia odwracają uwagę od procesu realizacji idei Wielkich Niemiec. W przeciwieństwie do Rosjan jednak, strefy wpływów budowane są nie na jawnej płaszczyźnie politycznej tylko poprzez sieci biznesowe. Podobnie jak w przypadku Rosji starają się neutralizować wszelkie możliwe koalicje, w których nie mają znaczącego głosu i które mogłyby prowadzić własną, niezależną od niemieckich interesów politykę.

Sojusz niemiecko-rosyjski - Rosja stanowi gigantyczny rynek zbytu dla niemieckiej technologii oraz źródło surowców. W interesie Niemiec leży słaba Rosja. Rosja broni się przez atak, w ten sposób dodatkowo integrując się wewnętrznie. Cele Niemiec to osłabianie sąsiadów, by nie mieć przeszkód dla niemieckiego protekcjonizmu oraz zabezpieczanie rynków zbytu poprzez niszczenie konkurencji = ekspansja. Cele Rosji to walka z wewnętrznym rozkładem oraz wewnętrzna integracja poprzez imperialną politykę zagraniczną = Rosja.

Można, a nawet trzeba wziąć pod uwagę możliwość, że w tym geopolitycznym uścisku to Niemcy są faktycznym, choć cichym agresorem, podczas gdy Rosja miota się bezsilnie, jak topielec w gęstym bagnie. W tym ujęciu słowa Karaganowa nie muszą brzmieć jak próba politycznego przejęcia Europy, ale jak rozpaczliwe wołanie o pomoc.

poniedziałek, 18 października 2010

Salonowo-urodzinowe reminiscencje

Pierwszy raz byłem na urodzinach Salonu24 i długo się oswajałem, nikogo wcześniej nie znając. Po kilku piwach i wielu papierosach udało się znaleźć jakieś punkty zaczepienia, bo i goście nie byli z tych co to nie mają nic do powiedzenia. Zanim jednak doszło do właściwych kuluarów, produkowali się ci, którzy mieli dostarczyć pretekstu do dalszych dyskusji. I dostarczyli.

Na Migalskiego rzeczywiście wszyscy ostatnio wsiedli i jadą po nim jak po łysej kobyle. Jednak nie ma się co dziwić, wszak o ile widok pogującego punkowca jest całkiem logiczny i akceptowalny, o tyle widok pogującego policjanta na służbie wprowadzałby już pewien dysonans. O ile blogerzy, komentatorzy, czyli obywatele po prostu mają prawo po Migalskim jeździć, o tyle Migalski jeżdżący po swoich wyborcach wygląda dość kuriozalnie. Migalski najwyraźniej nie rozumie wielu rzeczy i skupiając się na politycznych ideach nie bierze w ogóle pod uwagę kwestii komunikacyjnych, społecznych, PR-owskich właśnie. W wymiarze konkretnej osoby, a nie na poziomie idei określonej formacji. Pisała na ten temat Janina Jankowska.

Podejście do obywatela, który nie zawsze jest tak doskonały jak poseł Migalski, to jedno. Druga sprawa to przyjmowanie krytyki i umiejętność konstruktywnej reakcji. Bo to przecież nie sam fakt krytykowania Prezesa jest niesmaczny w ostatnich tekstach Migalskiego. To merytoryczny ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Nie przedmiot, a jakość rozważań jest nie do przyjęcia. List do Prezesa, pomijając sposób i okoliczności, w treści był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Wpis o prof. Królu był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Aż tu nagle bach! Tekst o ufolach. No takie rzeczy są kompromitujące. Gdy na środowej promocji książki próbowałem to wyjaśnić, Migalski mnie zbył sztampową konstatacją, że jak wali w PO to dobrze, a jak wali w PiS to źle, a on jest po prostu obiektywny. Po czym mnie przeprosił, bo ma telefon albo musi udać się na stronę. W sobotę, udało mi się jakoś inaczej wyartykułować zarzut braku merytoryki, na co usłyszałem, że to cenna uwaga i że dziękuje. I co? I mamy pourodzinowy tekst o patałachu prezesie. No klasyczny syndrom odrzucenia. Świetna polemika Rekontry - polecam.

Migalski udowodnił w sobotę, że jako polityk nie istnieje. Nie każdy nadaje się do każdego zawodu. Ja pilotem bym być nie mógł, bo noszę okulary. Aktorem też nie będę, bo się za bardzo denerwuję. Migalski nie będzie politykiem, bo nie nawiązuje kontaktu z otoczeniem. Dlaczego Pan się tak żali na agresywne komentarze? Ja się wcale nie żalę! Jasne. I nie mam czerwonego sweterka. Podręcznikowy wręcz przykład działania obronnego mechanizmu zaprzeczania, który pomaga może Migalskiemu funkcjonować, ale na który odbiorca na pewno się nie złapie. Przynajmniej nie tutaj. Przykro patrzeć, jak rzekomo przenikliwy analityk sceny politycznej jest aż tak nieświadomym podstawowych ludzkich mechanizmów, że pozwala się ponieść osobistym urazom, nie przyjmując do wiadomości, że nikt w zaprzeczanie nie wierzy.

To prawda, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, że dobiera sobie współpracowników jakiegoś takiego pośledniego sortu. Gdy obserwowałem Dorna na spotkaniach Polski XXI, która przekształcała się w Polskę Plus, zrozumiałem jak mógł wyglądać konflikt z Kaczyńskim i że to nie Kaczyński był tu wiodącą konfliktogenną stroną. Podobnie teraz z Migalskim. Kaczyński niewątpliwie prowadzi partię wodzowsko, niedemokratycznie, korporacyjnie ją zamyka, ale to nie zmienia faktu, że próba Migalskiego odnalezienia się w tej sytuacji  tylko go skompromitowała jako polityka.
Migalski w swoich deklaracjach dotyczących przyszłości nie zamyka się na pomysły medialne, komentatorskie ale również animacyjne. Komiks Niewolnika, nie tylko świetnie oddaje sytuację na Rozdrożu, ale też ilustruje przyszłość Migala jako dzielnego kolegę po fachu dla Kuby Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. Naprawdę jest w tym dobry, jest asertywny i to jest dziedzina w której ma szanse się spełnić ;-)

Drugi z gości, Arłukowicz, udowodnił z kolei, że nie ma ucieczki od historii, przed czym tak uparcie uciekają politycy tzw. lewicy. Gdyby bowiem nie majątek PZPR, gdyby nie kolosalne pieniądze z FOZZ, które w końcu poszły na tworzenie wiodących obecnie koncernów medialnych, być może polska lewica miałaby twarz Walentynowicz, Gwiazdy i Bugaja, a nie Millera, Kwaśniewskiego i Jaruzela. Historyczne obciążenie jakie ma SLD, nawet jeśli cała kasa i infrastruktura partyjna uległa obecnie amortyzacji, to obciążenie jest niestety ciągle silne i świadczy o tym nie tylko świadomość osób, którzy urodzili się już w „wolnej” Polsce, ale także siła zakłopotania i rozdrażnienia pomieszanego z cichym oburzeniem, w jakie wpędza polityków związanych z SLD temat PZPR-owskiego spadku. Aczkolwiek rozdrażnienie to okazywane jest przez takiego Arłukowicza w daleko bardziej delikatny, kulturalny, polityczny po prostu sposób niż ma to miejsce u Migalskiego. Natomiast nazywanie lewicą jednej z najbardziej merkantylnych partii w Polsce jest już nawet nie żałosne (bo nieuczciwe wobec lewicowej ideologii), jest po prostu śmieszne. Nawet jeśli poszczególne osoby mają naprawdę czyste intencje i szczerze lewicowe przekonania.

Na koniec jeszcze kilka luźnych refleksji. Czesław Bielecki to klasa sama w sobie. Nie ma się do czego przyczepić więc się nie czepiam. Co do samego spotkania zaś to spodziewałem się, że będą dużo większe tłumy i że dużo dłużej potrwa faza grupowych dyskusji. Poza tym atmosfera spotkania była naprawdę wyśmienita i też dziękuję wszystkim za ciekawe nocne rozmowy.