piątek, 9 lipca 2010

Po co było się bić z Hitlerem?

Byłem ostatnio w Paryżu. Piękny i monumentalny, historyczny, stary ale i nowoczesny, miejscami kameralny i jednocześnie niezwykle rozległy. W swojej masie stawał się jednak coraz bardziej nudny: można jechać długo metrem z jednego końca miasta na drugi, wysiadasz i znowu te same monumentalne XIX-wieczne kamienice. Obojętnie, czy powstały 100, 200 czy 300 lat temu - ich stylistyka jest bardzo podobna. Monumentalna monotonia. Takie pierwsze wrażenie zblazowanego turysty.

Następnie przyszła druga refleksja, która towarzyszyła mi również w czeskiej Pradze. Patrząc na te wszystkie kilkusetletnie pałace, rzędy kamienic, zadbane historyczne fasady przychodziła mi do głowy jedna myśl: a może to jednak był błąd że nie poddaliśmy się Hitlerowi w ciągu tygodnia, jak Francuzi?

Czytając tekst Piotra Lisiewicza z Gazety Polskiej przyznaję, że dziele jego pasje i frustracje. Poziom oderwania od podstawowych zasad spajających ludzką wspólnotę sprawia, że ta wspólnota balansuje na krawędzi anomii. Wystarczy już bardzo niewiele, aby zerwać ostatnie nici, które powstrzymują ludzi przed agresją, gwałtem, kradzieżą, przed wszystkim co w normalnych warunkach nazywamy przestępstwem. Jeśli można kłamać w żywe oczy, jeśli można jawnie łamać prawo, jeśli można to robić bezkarnie pod warunkiem poparcia dla ideologii relatywizującej wszystko michnikowszczyzny – to jaki ja mam interes domagać się prawdy, sprawiedliwości i szacunku tak po prostu?

Czytając tekst Lisiewicza, nie sposób nie zauważyć, że poziom frustracji przekroczył poziom umożliwiający merytoryczną dyskusję. Tekst jest erupcja tej frustracji i przerażenia, i jeśli można w nim się dopatrzeć jakichś faktów czy diagnoz, to zdecydowanie giną za kurtyną emocjonalnego jazgotu. To nie jest tekst dziennikarza. To jest tekst dla Leppera, do wygłaszania na wiecu.

Otwarcie Polski na świat sprawiło, że młodzi ludzie zaczęli masowo jeździć po świecie. Ponoć jesteśmy najbardziej turystycznym narodem w Europie. Patrząc na nienaruszone mury francuskiej stolicy można dojść do wniosku, że honorowa postawa naszych przodków nie przyniosła nam wiele dobrego. Cały kraj trzeba było budować niemalże od nowa, a wszyscy najlepsi synowie narodu wyginęli jak dinozaury. Zaś pozostałe przy życiu dzieci, nie mają wcale ochoty przyznawać się do tego dziedzictwa, a wręcz mszczą się na naiwnych i butnych przodkach, kastrując pamięć o nich, jak curunia głównego bohatera Seksmisji.

Ja rozumiem to podejście zagubionych ludzi, którzy przekonują mnie, że najważniejszy jest przecież własny dobrobyt, że tym własnym dobrobytem budujemy nasz kraj, który jest sumą wszystkich dobrobytów. Natomiast wszystkie głosy przypominające o wartościach, o zasadach, są przejawem anachronizmu, katolickiego wstecznictwa i nie powinny wychodzić poza akademickie bądź klasztorne dysputy. Co więcej przypominanie o wartościach jest bezpośrednią ingerencją państwa w sumienia obywateli, co jest z gruntu naganne i trzeba to tępić. Przyznaję, że jako nieochrzczony agnostyk, pozostający poza katolicką wspólnotą jestem za każdym razem tak samo poruszony dehumanizacją podobnych sądów.

Witkacy opisywał w Nienasyceniu pigułki Murti-Binga. Pigułki mongolskiego filozofa, które przenoszą światopogląd - wystarczy je połknąć i naraz świat staje się taki jak trzeba. Pigułki te były narzędziem opanowania umysłów przez chińskich najeźdźców. Współczesnej wersji tych tabletek nie trzeba sobie aplikować i zatruwać żołądka. Nie trzeba nawet o nich pamiętać. Dzisiaj światopogląd Murti-Binga bez naszej wiedzy i woli wsącza się w nasze umysły.  „Wszędzie gdzie się nie spojrzę - chcę sobie zrobić dobrze”. To jedyna rzecz jaka jest godna naszych wysiłków: codzienny onanizm wzmacnia organizm.

Ja rozumiem to podejście i patrząc na nienaruszone fasady Paryża również się zastanawiam: o co mi właściwie chodzi? I po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że najwyższa pora, by zacząć głośno mówić o gruntownej reorganizacji systemu nauczania. Historię, religię, etykę, polonistykę itp. bezużyteczne przedmioty powinno się, jeśli nie zlikwidować, to zdecydowanie zredukować. Położyć trzeba natomiast większy nacisk na matematykę oraz języki obce, ze szczególnym uwzględnieniem rosyjskiego i niemieckiego.

***

Myślałem też o tym, by napisać dwa słowa o konsekwencjach opisywanej wyżej konformistycznej metodologii rozwoju, ale doszedłem do wniosku, że dla myślących te konsekwencje są oczywiste, a użytkownicy Murti-Binga na te konsekwencje najnormalniej w świecie się godzą.

Nie dziwi już także, że zwrócenie uwagi na pewne oczywiste dla naukowca mechanizmy reprodukowania stereotypów, zmusza do podania z pozoru obiektywnej informacji, która zawiera całkiem czytelną ocenę redaktora, przy jednoczesnym zdezawuowaniu autora analizy poprzez przywołanie odpowiedniego stereotypu nawiedzonej katechetki. Komentarz nie jest zbyteczny. To sprawa dla Rady Etyki Mediów, ale ona jak wiele innych instytucji w naszym fikcyjnym polskim państwie, nie tylko nie ma skutecznych narzędzi, ale nawet nie ma zamiaru zajmować się tym, do czego została powołana.

http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/205902,pozegnanie-z-honorem
http://www.ipsir.uw.edu.pl/.../artykulowypowiedziachPalikota.doc
http://wiadomosci.gazeta.pl/...Palikota_tekst_profesor_UW_na_stronie.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie bądź anonimowy. Podaj chociaż swoje imię.
( opcja: Nazwa/adres URL - wystarczy pole Nazwa )