niedziela, 15 sierpnia 2010

Trzy wieki tuskomatołków?

Przeczytałem w Rzepie recenzję prozy Tadeusza Korzeniewskiego, w efekcie czy może w afekcie, pobiegłem natychmiast do internetowej księgarni, by w paru kliknięciach złożyć zamówienie i po jakimś czasie delektowałem się kilkoma kartkami oprawionymi dla kurażu w twarde oprawki. Połknąłem Korzeniewskiego w kilka godzin, rzuciłem się więc z rozpędu na weekendowy Plus-Minus, gdzie znalazłem kolejne teksty dotykające do żywego osobiste sfery moich chorych zainteresowań.

Na początek Ziemkiewicz, który cytując całkiem ciekawie śpiewającą Marię Peszek, być może wbrew własnym intencjom udowadnia, że Polska jako osobne państwo, czy nawet osobny naród, w zasadzie nie ma racji bytu. W połączeniu bowiem z opisem traktatu ryskiego dokonanym przez Piotra Zychowicza, daje ten cytat spójny obraz nie do końca świadomej, ale jednak rezygnacji Polaków z własnej podmiotowości na międzynarodowej scenie. Przedstawianie, w prywatnych rozmowach między Polakami, mentalności i funkcjonowania takich krajów jak Czechy, jako wzoru zachowania Polski i Polaków, także nie jest niczym innym jak poniżającym redukowaniem własnej podmiotowości. Poniżającym i negującym wysiłek, ambicje i dokonania przeszłych pokoleń, uwłaczającym naszej 1000-letniej historii, redukującym ofiarę przegranych i wygranych narodowych powstań do lokalnych awantur rozwydrzonych terrorystów podjudzonych awanturniczą lekturą Sienkiewicza.

W tym kontekście tekst Krasnodębskiego o tym, że świadectwem braku funkcjonowania państwa jest „niewyjaśniona tragiczna śmierć lżonego za życia prezydenta” a nie tkwiący jak zadra na sumieniu „drewniany krzyż pod Pałacem” - jest rzeczywiście jakąś nadętą, egzaltowaną i archaiczną diagnozą, przejawem anachronicznej walki z wiatrakami w epoce jutrzenki nowego ładu, gdzie nikomu na niczym innym nie powinno zależeć, prócz pielęgnacji własnego ogródka. Ważne jest „tu i teraz” – żeby zacytować naszego Premiera.

„Chcesz pokoju – szykuj się do wojny”. Młodzi, inteligentni, wykształceni nie tylko nie znają często tej maksymy, nie tylko nie starają się zrozumieć, co jej autor miał na myśli, ale nie rozumiejąc o czym mowa odrzucają ją a priori, bo przecież pacyfizm i pokój, a tu jakaś wojna. A przecież do zrozumienia jej pacyfistycznego właśnie wydźwięku nie potrzeba dużo bystrości, inteligencji i dobrej woli. Okazuje się jednak, że to minimum mimo wszystko pozostaje poza zasięgiem całkiem sporej grupy osób.

W tym kontekście nie dziwi, że diagnozy Krasnodębskiego, czy opisy Ziemkiewicza budzą taki opór, taką niechęć, nawet jeśli nie do osoby autora, to do samego zapoznania się z tymi tekstami. Nie tylko intelektualny spokój mógłby zostać zakłócony, ale i samozadowolenie oraz poczucie własnej intelektualnej wartości mogłyby zostać narażone na szwank w sytuacji, gdy tezy nie dość, że sprzeczne z poukładanym światopoglądem, to jeszcze nie do końca zrozumiałe.

Z tej bezmyślności wyedukowanych w systemie 3 razy Z (Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć) korzystają liczne Dyzmy będące marionetkami sił dziwnych i urojonych, którym to siłom fikcyjność własnego istnienia w niczym nie przeszkadza realnie oddziaływać na polityczną rzeczywistość. Świat idzie do przodu pomimo licznych analogii i zapożyczeń, cały czas działają wciąż te same jednakowe mechanizmy. Opisy powstające nie raz i w różnych czasach, nie tracą na aktualności, lecz mało komu otwierają oczy. Wyspiański, Witkacy, Gombrowicz, Korzeniewski… Oddajmy na moment głos temu ostatniemu, który w 1976 roku opisywał spotkanie Imka z trzema duchami. Po rozprawieniu się z duchem Konstrukcji i duchem Karola przyszła pora na ducha Kraju:

„Duch Kraju siedział lękliwie i czekał na pierwsze pytanie.
 - A ty co tak się marszczysz. Oczy rozbolą – Imek.
 Ale duch Kraju nie ustaje w obywatelskim marszczeniu twarzy, jakby już tam na niego cała telewizja patrzała.
 - Nie, nie – mówi – ale kraj potrzebuje, serc, umysłów do pracy, dużo już zrobiliśmy, ale i dużo jest do zrobienia, musimy się troszczyć, musimy się jednoczyć, musimy się wszyscy zjednoczyć we wspólnej trosce o dobro naszego kraju, naszej ojczyzny, wiecie, idzie o to…
 - Przestań ty najpierw tyłek temu swojemu Saszy lizać, wtedy porozmawiamy o kraju.
 W samą dychę. Duch z mety wyparował.”



Świat idzie do przodu. Różnica między powyższym opisem a sytuacją dzisiejszą polega na tym, że dzisiaj Premier i Ministrowie nie mają nawet cienia tego poczucia przyzwoitości, która w 1976 roku wobec zauważenia prostego oczywistego faktu kazała duchowi zniknąć, uznać porażkę własnej postawy. Po 35 latach takie pojęcia jak honor, przyzwoitość, prawda dalej nie istnieją, zatem bez cienia żenady można wpychać się ze swoim „musimy się wszyscy zjednoczyć we wspólnej trosce o dobro naszego kraju” i trwać, TRWAĆ, TRWAMAĆ na zdobytych pozycjach, nikomu nie potrzeba już nawet nic tłumaczyć ani uzasadniać, bo wszyscy już kupili ten prosty fakt, że dbając o własny ogródek dbamy o dobrość kraju. Nieważne którego, bo życie przecież mamy jedno.

Przykład traktatu ryskiego pokazuje, że być może pękło coś w Polakach bezpowrotnie znacznie wcześniej i znacznie bardziej niż jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić. Być może rzeczywiście jedyną możliwością przetrwania jest zredukowanie Polski do roli czeskiego kraju balansującego pośród potężnych obcych sił, na które nie ma się najmniejszego wpływu. Widać wyraźnie, że frakcja tuskomatołków bezkrytycznie i afirmatywnie akceptująca taki stan rzeczy jest niezwykle silna i liczna. Widać również, że zrozpaczona i bezsilna frakcja niepodległościowców miota się nieporadnie jak spanikowana tonąca w gęstym bagnie ofiara losu.

Pytanie pozostaje otwarte, czy i co zrobi schowana zrezygnowana i niema dotychczas grupa Polaków faktycznie zajmująca się swoimi ogródkami, trzymająca się z dala od pseudosporów polskiego piekiełka. Jest ona przecież liczniejsza niż obie zwalczające się w swojej fikcyjnej wojnie frakcje razem wzięte. Czy będzie miała ochotę i predyspozycje, by przejąć zarządzający i organizacyjny nadzór nad ogółem ogródków? Czy też uzna, że właściwy geopolitycznie moment jest na tyle odległy, że trzeba zapewnić przetrwanie temu co ważne, w myśl starej rosyjskiej zasady „tisze jediesz, dalsze budiesz”? Pytanie…

Chciałbym podzielać wiarę Ziemkiewicza, że tak jak na początku XIX wieku tak i teraz „Nasz naród jak lawa / Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa / Lecz wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi / Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. Chciałbym wierzyć, że będziemy w stanie odrzucić tą nieprzydatną skorupę plugastwa i wydobyć z głębi nową Elitę, Elitę prawdziwą, która będzie nie tylko rozumieć sens wartości, która będzie nie tylko używać do opisu tych wartości adekwatnych pojęć, ale będzie także umiała swoje idee skutecznie wdrożyć w życie.

2 komentarze:

  1. Droga Elito Moralna,
    Zgadzam się z Elitą w całej rozciągłości. Pielenie ogródka to prozaiczna czynność, którą nie powinniśmy się zajmować, kiedy ojczyzna wzywa. Co tam bród i bałagan, co tam brak plonów warzywnych i bieda, co tam szpetota i brzydota, kiedy Wielka Sprawa przez W i S czeka! Ludzie pielący wykazują się godną pogardy przyziemnością wynikająca z klapek założonych im na oczy przez wraże siły rosyjskie, niemieckie i takie, o których nawet nie wiemy. Musimy zrobić coś, żeby ci ludzie z bielmem na oczach, wpatrzeni w swoje banalne grządki, wreszcie na owe oczy przejrzeli. Elito, czekamy na Twą interwencję - niech zbudzą się ci, dla których dobrobyt ważniejszy od wartości. Niech zobaczą, że nie Polska bogata, tylko Polska moralna to cel życia każdego Polaka. Bo co to jest, żeby mieszkaniec naszej zacnej ojczyzny zajmował się swoim dobrobytem, swoimi sprawami, zamiast życie poświęcić dla rzeczy bezcennych - czyli odrzucenia skorupy plugastwa. Elito, zbudź się i walcz! Naród czeka - oby nie za długo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak rozumiem anonimie, dla Ciebie istnieje jedynie alternatywa rozłączna: albo pielenie ogródka albo czytanie ze zrozumieniem? Albo dobrobyt albo moralność? Składam zatem najserdeczniejsze wyrazy współczucia.

    Taki prosty fakt - że jedno nie wyklucza drugiego, a wręcz przeciwnie, trudno jest zajmować się własnym ogródkiem, gdy nieustannie depczą go buty przechodniów - jest chyba dość oczywisty, ale jak widać nie dla wszystkich. To smutne.

    Natomiast co do samej tylko formy komentarza Anonima to zacytuję jeszcze jedno zdanie z sms-a, który otrzymałem jakiś czas temu: "Nabijanie się z innych zawsze uważałam za dowód prostactwa".

    OdpowiedzUsuń

Nie bądź anonimowy. Podaj chociaż swoje imię.
( opcja: Nazwa/adres URL - wystarczy pole Nazwa )