poniedziałek, 18 października 2010

Salonowo-urodzinowe reminiscencje

Pierwszy raz byłem na urodzinach Salonu24 i długo się oswajałem, nikogo wcześniej nie znając. Po kilku piwach i wielu papierosach udało się znaleźć jakieś punkty zaczepienia, bo i goście nie byli z tych co to nie mają nic do powiedzenia. Zanim jednak doszło do właściwych kuluarów, produkowali się ci, którzy mieli dostarczyć pretekstu do dalszych dyskusji. I dostarczyli.

Na Migalskiego rzeczywiście wszyscy ostatnio wsiedli i jadą po nim jak po łysej kobyle. Jednak nie ma się co dziwić, wszak o ile widok pogującego punkowca jest całkiem logiczny i akceptowalny, o tyle widok pogującego policjanta na służbie wprowadzałby już pewien dysonans. O ile blogerzy, komentatorzy, czyli obywatele po prostu mają prawo po Migalskim jeździć, o tyle Migalski jeżdżący po swoich wyborcach wygląda dość kuriozalnie. Migalski najwyraźniej nie rozumie wielu rzeczy i skupiając się na politycznych ideach nie bierze w ogóle pod uwagę kwestii komunikacyjnych, społecznych, PR-owskich właśnie. W wymiarze konkretnej osoby, a nie na poziomie idei określonej formacji. Pisała na ten temat Janina Jankowska.

Podejście do obywatela, który nie zawsze jest tak doskonały jak poseł Migalski, to jedno. Druga sprawa to przyjmowanie krytyki i umiejętność konstruktywnej reakcji. Bo to przecież nie sam fakt krytykowania Prezesa jest niesmaczny w ostatnich tekstach Migalskiego. To merytoryczny ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Nie przedmiot, a jakość rozważań jest nie do przyjęcia. List do Prezesa, pomijając sposób i okoliczności, w treści był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Wpis o prof. Królu był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Aż tu nagle bach! Tekst o ufolach. No takie rzeczy są kompromitujące. Gdy na środowej promocji książki próbowałem to wyjaśnić, Migalski mnie zbył sztampową konstatacją, że jak wali w PO to dobrze, a jak wali w PiS to źle, a on jest po prostu obiektywny. Po czym mnie przeprosił, bo ma telefon albo musi udać się na stronę. W sobotę, udało mi się jakoś inaczej wyartykułować zarzut braku merytoryki, na co usłyszałem, że to cenna uwaga i że dziękuje. I co? I mamy pourodzinowy tekst o patałachu prezesie. No klasyczny syndrom odrzucenia. Świetna polemika Rekontry - polecam.

Migalski udowodnił w sobotę, że jako polityk nie istnieje. Nie każdy nadaje się do każdego zawodu. Ja pilotem bym być nie mógł, bo noszę okulary. Aktorem też nie będę, bo się za bardzo denerwuję. Migalski nie będzie politykiem, bo nie nawiązuje kontaktu z otoczeniem. Dlaczego Pan się tak żali na agresywne komentarze? Ja się wcale nie żalę! Jasne. I nie mam czerwonego sweterka. Podręcznikowy wręcz przykład działania obronnego mechanizmu zaprzeczania, który pomaga może Migalskiemu funkcjonować, ale na który odbiorca na pewno się nie złapie. Przynajmniej nie tutaj. Przykro patrzeć, jak rzekomo przenikliwy analityk sceny politycznej jest aż tak nieświadomym podstawowych ludzkich mechanizmów, że pozwala się ponieść osobistym urazom, nie przyjmując do wiadomości, że nikt w zaprzeczanie nie wierzy.

To prawda, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, że dobiera sobie współpracowników jakiegoś takiego pośledniego sortu. Gdy obserwowałem Dorna na spotkaniach Polski XXI, która przekształcała się w Polskę Plus, zrozumiałem jak mógł wyglądać konflikt z Kaczyńskim i że to nie Kaczyński był tu wiodącą konfliktogenną stroną. Podobnie teraz z Migalskim. Kaczyński niewątpliwie prowadzi partię wodzowsko, niedemokratycznie, korporacyjnie ją zamyka, ale to nie zmienia faktu, że próba Migalskiego odnalezienia się w tej sytuacji  tylko go skompromitowała jako polityka.
Migalski w swoich deklaracjach dotyczących przyszłości nie zamyka się na pomysły medialne, komentatorskie ale również animacyjne. Komiks Niewolnika, nie tylko świetnie oddaje sytuację na Rozdrożu, ale też ilustruje przyszłość Migala jako dzielnego kolegę po fachu dla Kuby Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. Naprawdę jest w tym dobry, jest asertywny i to jest dziedzina w której ma szanse się spełnić ;-)

Drugi z gości, Arłukowicz, udowodnił z kolei, że nie ma ucieczki od historii, przed czym tak uparcie uciekają politycy tzw. lewicy. Gdyby bowiem nie majątek PZPR, gdyby nie kolosalne pieniądze z FOZZ, które w końcu poszły na tworzenie wiodących obecnie koncernów medialnych, być może polska lewica miałaby twarz Walentynowicz, Gwiazdy i Bugaja, a nie Millera, Kwaśniewskiego i Jaruzela. Historyczne obciążenie jakie ma SLD, nawet jeśli cała kasa i infrastruktura partyjna uległa obecnie amortyzacji, to obciążenie jest niestety ciągle silne i świadczy o tym nie tylko świadomość osób, którzy urodzili się już w „wolnej” Polsce, ale także siła zakłopotania i rozdrażnienia pomieszanego z cichym oburzeniem, w jakie wpędza polityków związanych z SLD temat PZPR-owskiego spadku. Aczkolwiek rozdrażnienie to okazywane jest przez takiego Arłukowicza w daleko bardziej delikatny, kulturalny, polityczny po prostu sposób niż ma to miejsce u Migalskiego. Natomiast nazywanie lewicą jednej z najbardziej merkantylnych partii w Polsce jest już nawet nie żałosne (bo nieuczciwe wobec lewicowej ideologii), jest po prostu śmieszne. Nawet jeśli poszczególne osoby mają naprawdę czyste intencje i szczerze lewicowe przekonania.

Na koniec jeszcze kilka luźnych refleksji. Czesław Bielecki to klasa sama w sobie. Nie ma się do czego przyczepić więc się nie czepiam. Co do samego spotkania zaś to spodziewałem się, że będą dużo większe tłumy i że dużo dłużej potrwa faza grupowych dyskusji. Poza tym atmosfera spotkania była naprawdę wyśmienita i też dziękuję wszystkim za ciekawe nocne rozmowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie bądź anonimowy. Podaj chociaż swoje imię.
( opcja: Nazwa/adres URL - wystarczy pole Nazwa )