czwartek, 30 grudnia 2010

THC niszczy racjonalne myślenie

"Gazeta Wyborcza" znów mruga do młodzieży: walczcie o legalizację narkotyków, my wam pomożemy. Ofiarami narkotyków też się zajmą? Reportaż szokuje. To wyraźne wsparcie dla działań ucznia, który chce legalizacji narkotyków - na szczęście wciąż nielegalnych, i jednocześnie wyraźne potępienie działań szkoły, która chce bronić innych uczniów przed narkotykami. – tak komentuje krótki reportaż zamieszczony w Gazecie Wyborczej portal wPolityce.pl

Muszę przyznać, że zawsze wpadam w konsternację, gdy słucham opinii na temat „narkotyków” i zażywających ich „ćpunów”. Stereotypowe myślenie, które owocowało jeszcze nie tak dawno szokiem, jaki wywoływały informacje o dobrze zarabiających, schludnie ubranych alkoholikach, pokutuje do dzisiaj. Nie chcę zacytowanych opinii portalu traktować jako przejawu hipokryzji i antyagorowego zacietrzewienia. Uważam, że jest to raczej przejaw swego rodzaju niedoinformowania. Nie chcę również wchodzić w szczegółową pseudonaukową argumentację czy opowiadać się po którejś ze stron. Chcę tylko zasygnalizować kilka kwestii, które sprawiają, że sprawa nie jest tak jednoznaczna jak jest przedstawiana.

1. Ofiary narkotyków. Czy liczne ofiary nałogu alkoholowego są przyczynkiem do dyskutowania kwestii delegalizacji tej używki? Czy ofiary agresji wyzwalanej przez alkohol są argumentem do ograniczania jego sprzedaży? Czy zakaz palenia w miejscach publicznych powodującego raka tytoniu jest przejawem konserwatywnej idei odpowiedzialności za samego siebie, czy raczej lewackiego przekonania, że społeczeństwo wie lepiej co jest dobre dla jednostki?

2. Delegalizacja, depenalizacja. W latach 30-tych w USA wprowadzono prohibicję kierując się słusznymi moralnymi przesłankami. Jak to się skończyło wszyscy wiemy. Dopiero ponowne zalegalizowanie alkoholu umożliwiło skuteczne rozprawienie się z mafią, która była jedynym beneficjentem wprowadzenia prohibicji. W tym kontekście warto brać pod uwagę argument, że depenalizacja pewnych używek mogłaby ograniczyć czarny rynek i dostarczyć Państwu funduszy niezbędnych do zwalczania skutków ich nadużywania.

3. Kontrola handlu. Regulowany rynek używek umożliwia Państwu kontrolę ich jakości. Być może pamiętają jeszcze niektórzy te społeczne akcje apelujące o nie picie alkoholu z niepewnego źródła. „Bimber przyczyną ślepoty” – bo tylko państwowy monopol jest w stanie dostarczyć dobrego jakościowo produktu, który nie zawiera nawet śladowych części chemicznych zanieczyszczeń powodujących niepożądane skutki. W opinii użytkowników tego nielegalnego czarnego rynku głównym problemem i źródłem szkodliwości dostępnych produktów nie jest marihuana lecz chemiczne świństwa, które się do niej dodaje.

4. Uzależnienie. Siła fizycznego uzależnienia jaką wywołuje marihuana jest ciągle przedmiotem badań naukowców. Istnieją badania, które wręcz negują efekt fizycznego uzależnienia wywoływanego przez THC. Oczywiście stwierdzono też wywoływanie przez THC objawów psychotycznych i innych ciężkich zaburzeń psychicznych, ale kto z nas nie ma znajomego, który po alkoholu zmienia się nie do poznania, często w sposób wybitnie agresywny? O uzależnieniu psychicznym zaś możemy mówić nie tylko w przypadku stosowania fizycznych używek, ale w przypadku nadużywania dowolnych aktywności ludzkich. Kto nie słyszał o uzależnieniu od czekolady, Internetu czy seksu? Przesada jest tak samo zła bez względu na przedmiot.

5. Szkodliwość. Badania naukowe wykazują zarówno pozytywne jak i negatywne skutki zażywania różnych substancji. Nadużywanie kawy wywołuje nadciśnienie i w konsekwencji prowadzi do zawału. Zaś małe ilości kawy (jedna mała czarna dziennie) ma właściwości antyrakowe. Podobnie małe ilości alkoholu zapobiegają chorobie wrzodowej i poprawiają krążenie, obniżając ryzyko zawału. O szkodliwości alkoholu w nadmiarze nie trzeba wspominać. Problemem jest zatem nie tyle używanie, ile nadużywanie, przy czym granica między jednym a drugim bywa bardzo cienka.

6. Kwestie kulturowe. W pustynnych krajach arabskich marihuana jest kulturowo akceptowanym składnikiem obyczaju gościnnego w zastępstwie nielegalnego tam alkoholu. Pamiętam fragment programu telewizyjnego w którym na szkoleniu dla jadących do Afganistanu żołnierzy uświadamiano ich, że jeśli gospodarz poczęstuje gościa haszyszem, odmowa jest traktowana jak obraza. Dziś takich reportaży w telewizji nie widzę, ale i telewizji nie oglądam, więc może gdzieś się to pojawia. Jednak warto zauważyć, że u nas alkohol nie ma aż takiej mocy i wszyscy rozumiemy, że ktoś nie spróbuje naszej domowej wiśniówki, bo „prowadzi” albo „jest na antybiotyku”. Jednak sam brak ochoty często nie jest jednak mimo wszystko pretekstem wystarczającym – „no co ty? Ze mną się nie napijesz?”

Wymieniłem te kilka kwestii na szybko tylko po to, by przypomnieć, że sprawa nie jest tak oczywista. Ja rozumiem obawy gradacyjności pewnych żądań, pewnych idei. Dzisiaj legalizujemy małżeństwa homoseksualne, jutro zgadzamy się na adopcję dzieci przez homoseksualne pary. Dzisiaj zgadzamy się na In-vitro jutro zgodzimy się na eugenikę. Rozumiem obawy, że legalizacja pewnych używek pociągnie za sobą żądanie legalizacji twardych narkotyków. Jednak sprawy nie są czarnobiałe i nie uważam, że depenalizacja plucia na chodnik w Singapurze automatycznie pociągnie za sobą przyzwolenie na uprawianie miłości w miejscach publicznych.

We wspomnianym na wstępie reportażu można się dopatrzeć postaw antyklerykalnych: oto ksiądz jest odporny na wszelkie argumenty i niby ugiął się pod naciskiem międzynarodowych organizacji, ale dalej hardo się stawia. Można zarzucić autorom, że nie stawiając pewnych pytań nie pogłębiają tematu. Jednak w moim odczuciu reportaż nie jest żadną pochwałą narkotyków i zasługuje co najwyżej na przemilczenie, a nie na polemikę zaiste w stylu… Gazety Wyborczej właśnie.

10 komentarzy:

  1. Igor, nie zgadzam się.
    Przypadek dopalaczy ewidentnie pokazał, że run na dragi będzie gigantyczny. Przypadek dopalaczy pokazał też, że nieco wbrew badaniom mówiącym jak łatwo jest kupić narkotyki, dostęp do nich wcale nie jest taki łatwy. Dzieciarnia kupowała "mieszanki" ziołowe po 50 PLN za gram, czyli znacznie więcej od czarnorynkowej ceny marihuany.
    Uważam też, że gadka o nieszkodliwości marihuany to tylko jeden z mitów. Oczywiście jest ona pewnie mniej szkodliwa niż dajmy na to denaturat, ale nie jest prawdą, że nie szkodzi (podstawowa szkoda to silny syndrom amotywacyjny) czy że nie uzależnia.
    Oczywiście czasem być może jest nawet wskazana (wzmaga apetyt, działa nieco przeciwólowo czy przecidepresyjnie), ale są to dosyć wyjątkowe przypadki. To trochę tak jak by gloryfikować aspirynę czy tusipect, bo w pewnych przypadkach są "zdrowe".
    Moim zdaniem wrzucanie kolejnej substancji psychoaktywnej poprzez jej legalizację jest absolutnie nie wskazane.
    Czym innym jest depenalizacja posiadania niewielkich ilości: kilka gram na własny użytek, czy 2 krzaki na swoje potrzeby. Ale posiadanie większych ilości powinno być karane mandatami, nie mówiąc o ilościach hurtowych (grzywny).

    Z wyrazami szacunku,

    Marson

    OdpowiedzUsuń
  2. Zastanawiam się zatem z czym się nie zgadzasz? Bo ja w żadnym zdaniu ani nie gloryfikuje marihuany, ani nigdzie nie żądam jej legalizacji. Wskazuję jedynie na niejednoznaczność pewnych ocen. Ty natomiast w jednym zdaniu piszesz "że gadka o nieszkodliwości marihuany to tylko jeden z mitów" (polemizując ze zdaniem, którego nie napisałem), by w następnym zdaniu stwierdzić wyraźnie, że słuszna byłaby depenalizacja "kilka gram na własny użytek, czy 2 krzaki na swoje potrzeby".

    Mi chodzi jedynie o jednakowe kryteria i argumenty. Natomiast o co Tobie chodzi - pozostaje dla mnie zagadką. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. punkt 5 odczytałem jako kwestionowanie szkodliwości działania MJ;
    co do legalizacji napisałeś: "W tym kontekście warto brać pod uwagę argument, że depenalizacja pewnych używek mogłaby ograniczyć czarny rynek i dostarczyć Państwu funduszy niezbędnych do zwalczania skutków ich nadużywania." [z resztą tutaj pomyliłeś pojęcia: depenalizacja to zniesienie kar za posiadanie narkotyków i to nie przyniesie żadnych funduszy, legalizacja to zezwolenie na handel, obłożenie podatkami, koncesjami itp.) z resztą dosyć śmieszny wydaje mi się argument, że najpierw trzeba coś zalegalizować, po to, żeby móc następnie zdobyć środki na walkę z tym co zalegalizowano;
    legalizacja MJ wpłynie na znaczny wzrost konsumpcji; konsumentami zapewne nie będą tylko stare pryki, ale (domniemuję po klienteli dopalaczy) młodzież; młodzież, która wbrew obiegowej opinii, na razie ma problem z zakupem i dostępem do towaru, nawet jak zna dilera, to diler nie zawsze ma towar, część nie kupuje, bo nie chce wchodzić w konflikt z prawem; tak więc jestem zdecydowanym przeciwnikiem legalizacji;
    co do depenalizacji to można się zastanawiać czy karanie posiadania każdej ilości narkotyków ma sens; bodajże 70 procent skazanych za posiadanie narkotyków to osoby mające do 1 grama. I tutaj oczywiści pojawia się pytanie czy rujnować komuś życie za posiadanie paru dżojtów. Ale to jest zupełnie inna kwestia...

    OdpowiedzUsuń
  4. A może mylimy obaj legalizacje z koncesjonowaniem? Spór o słowa jest ważny, ale jeszcze raz powtórzę: w moim wpisie nie poruszam kwestii słuszności czy nie takiego albo innego rozwiązania. Przypominam tylko, że pewne argumenty przeciwko różnym używkom są bagatelizowane gdy chodzi o jedne a wyolbrzymiane gdy chodzi o inne. Wolałbym jednak przykładać jednakową miarkę do różnych rzeczy by móc je adekwatnie oceniać. Stąd przypomnienie o szkodliwych skutkach kofeiny, alkoholu i innych. Stąd przypomnienie negatywnych skutków wprowadzonej ze szczytnych pobudek prohibicji. Stąd przywołanie różnic kulturowych, jako chyba jedynego sensownego argumentu za utrzymaniem obecnego stanu rzeczy: alkohol umiemy używać, innych substancji byśmy się musieli nauczyć. (Jednak znowu przewrotność mojej natury każe mi przywołać przypadek kawy, która pojawiła się w Polsce dopiero po powrocie Sobieskiego spod Wiednia...)

    OdpowiedzUsuń
  5. OK, rozumiem to, ale sąd nad używkami nie jest sądem nad ludźmi; proszę o prostą odpowiedź: po co wrzucać na rynek kolejną substancję tudzież ułatwiać jej funkcjonowanie?

    Marson

    OdpowiedzUsuń
  6. "po co wrzucać na rynek kolejną substancję tudzież ułatwiać jej funkcjonowanie?" - to jest dobre pytanie ;-) Ja nie znam na to pytanie odpowiedzi. Argumenty kulturowe są jednak jak dla mnie na razie najracjonalniejsze. Jednak idąc tym tropem także wpadamy we wnyki: był swego czasu bunt przed włoszczyzną. Po co sprowadzać z nowego świata ziemniaki? Po co kawa? Po co jogurty? Świetnym źródłem bakterii jelitowych w naszym klimacie jest przecież rodzima kwaszona kapusta...

    Nie wiem po co... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. "przypadek kawy, która pojawiła się w Polsce dopiero po powrocie Sobieskiego spod Wiednia"
    Nie tylko w Polsce, ale i w samym Wiedniu - podobno zasługa Polaka ;)

    A co do meritum: trzeba przyznać, że jest w tym pewna hipokryzja - penalizacja posiadania maihuany vs pełna dostępność alkoholu.
    Co do ofiar, można by pytanie sformułować mocniej: ile osób zginęło w ostatnim roku czy 10 lub 20 latach z rąk osób będących pod wpływem alkoholu? A z ręki kogoś będącego po zażyciu marihuany (nawet biorąc poprawkę na popularność obu specyfików)?

    OdpowiedzUsuń
  8. Hehe, pod Wiedniem wśród łupów znaleziono worki z zielonymi ziarnami. Myślano, że to pasza dla wielbłądów. Jedynie polski szpieg, Jerzy Franciszek Kulczycki, który znał Turków wiedział do czego to służy. Zaanektował te worki i otworzył pierwszą w Wiedniu kawiarnię.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie zgadzam się. W artykule GW jest bowiem przypis o tym jak to dyrektor szkoły wzywa rodziców do wpłynięcia na decyzję syna, ale rodzice są bardzo nowocześni i uważają, że on "ma prawo". Tedy dyrektor doszedł do wniosku, że on też ""ma prawo" i wyrzucił go ze szkoły. I o tym jest ten artykuł w GW i to - słusznie - jest powodem zaniepokojenia portalu wpolityce.pl . O model wychowania: czy dyrektor szkoły ma prawo wyrzucić ucznia za jego postawę poza szkołą? W tradycyjnym modelu wychowania odpowiedź brzmi: tak! To kwestia zależności między Mistrzem a czeladnikiem: tak długo jak jesteś moim czeladnikiem musisz przestrzegać pewnych reguł, inaczej ja przestanę być Twoim Mistrzem. Młodzież nie jest od tego by dyktować dorosłym co jest dobre, słuszne, co złe. jest właśnie po to by ją indoktrynować, wychowywać na pożytecznych obywateli. Stąd ten triumf Wyborczej: nie dyrektor salezjańskiego liceum decyduje o tym kto będzie się uczył w jego szkole. I niech teraz jakiś inny dyrektor spróbuje podskoczyć! To identyczna sprawa jak ta z Legutką i "sprawą krzyża" w jednym z wrocławskich liceów. I też niezupełnie chodziło o krzyż, chodziło o to czy młodzież ma prawo do organizowania "czadu" z poparciem GW, czy uznać ich (jak Legutko czy ja) za smarkaczy, którzy wypowiadają się o sprawach o których NIE MOGĄ mieć pojęcia i bardziej im chodzi o zadymę niż o "sprawę". Tedy z tego punktu widzenia nie jest to sprawa, którą można zignorować, przeciwnie; to element walki o model wychowania społeczeństwa, który przegrywamy a GW bynajmniej nie bezinteresownie wspiera młode pułki potencjalnych janczarów...

    OdpowiedzUsuń
  10. tylko wiesz Igor, Danone to nie trawsko;
    ostatnio w Newsweek był artykuł o legalizacji dragów; dramatyczne podejście; zmniejszanie popytu poprzez zwiększanie podaży - gdzie tu logika?

    OdpowiedzUsuń

Nie bądź anonimowy. Podaj chociaż swoje imię.
( opcja: Nazwa/adres URL - wystarczy pole Nazwa )