czwartek, 29 kwietnia 2010

Przekroczone granice wojewódzkich figur

Nigdy nie dyskutuj z debilem, bo sprowadzi Cię do swojego poziomu i pokona doświadczeniem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jedyna właściwa reakcja na wyczyny chamskich bezczelnych prostaków, czyli pełne współczucia wzruszenie ramion - nic nie da. Ale próby intelektualnego sparringu na argumenty także nie przyniosą żadnych rezultatów poza ekwilibrystycznymi popisami erystyki. Już dawno bowiem w dyskusji nie chodzi o to, by zrozumieć otaczający nas świat, ale o to by potwierdzić przynależność do określonego plemienia. Klasyczne greckie dialogi zastąpione zostały tokowaniem nastroszonych głuszców.

Żyjemy w świecie gdy kolejne awangardy artystyczno-społeczne przekroczyły już wszystkie granice. Dokonało się kilka rewolucji kulturalnych, które pokazały człowiekowi po raz kolejny, że przesada w każdym temacie jest po prostu groźna. Wspomniane awangardy przetarły następnym pokoleniom ścieżki, które dziś są kilkupasmowymi autostradami. Rewolucje wyzwoliły nas spod władzy licznych stereotypów, przesądów i symbolicznej przemocy. Kobiety mają takie same prawa jak mężczyźni, nikt poważny w Europie nie myśli o zabijaniu w imię boże, nikt nikogo nie skazuje na więzienie za "sodomię". Ograniczenia naszych przodków - nas już nie dotyczą.

W XX wieku mieliśmy dwa rzuty artystycznej awangardy. W okresie międzywojennym oraz na przełomie lat 50 i 60. Z obu awangard artyści wyszli z poczuciem dotarcia do granic. Granic których już nie tyle nie wolno przekraczać, ile nie ma sensu przekraczać. To dlatego nasi naczelni muzyczni awangardziści, z Pendereckim i Kilarem na czele, zwrócili się w stronę tradycji, by tą tradycję przetwarzać, wykorzystując zdobycze nowatorów. Ale przecież nie o muzyce chcę pisać!

Żyjemy w czasach, gdy granice wolności dotarły na krańce świata i spotkały się ze swoim przeciwieństwem. Frommowska "wolność od" zaczęła niczym mityczny starożytny smok zjadać własny ogon. Jesteśmy wolni od wszelkich ograniczeń. Wolni od hamulców. Wolni od politycznej poprawności. Możemy mieszać z błotem kogo chcemy. To główny korpus. Istnieją też ogony. Ogony, które trzeba chronić. Trzeba chronić od zakusów tych sił, które chcą utrzymać ogony na przeznaczonym dla nich miejscu: krańce korpusu. Zwinięty w kłębek smok już dawno przestał rozróżniać, gdzie jest początek, gdzie koniec. Czy chronimy gejów przed potępieniem kościoła? Czy chronimy kościół przed atakami gejów? Stracone azymuty doprowadzają nas do absurdów, które całkiem poważnie są analizowane przez różnego rodzaju Kaliszów, Nałęczów, Wajdów i Wałęsów.

Ten bełkot związany z pomieszaniem wartości ma nas przekonać, że nie ma sensu mieszać się w sprawy wspólne, w sprawy publiczne. Jesteśmy za ciency w uszach by zrozumieć zawiłe mechanizmy polityki, funkcjonalnych mechanizmów instytucji i skomplikowanych procesów społecznych. Wobec równoprawnie funkcjonujących schematów, definiujących otaczającą rzeczywistość, wybieramy sobie jakiś i sprowadzamy swoje społeczne istnienie do przybrania określonych partyjnych barw na wzór piłkarskich klubów. Bez refleksji. Bez namysłu. Czysto emocjonalnie. Bo przecież polityka to gnój. Bo wszyscy politycy są i tak tacy sami. Bo wszystkim chodzi tylko o jedno.

Awangardowi kompozytorzy w pewnym momencie zrozumieli, że dalsze komplikowanie lub upraszczanie struktur prowadzi w zasadzie do tego samego efektu: do białego szumu. Gęstwina dźwięków przy odpowiednim stopniu kondensacji staje się jednolitą masą jak białe światło. Gdy ten szum ściszymy otrzymamy np. Johna Cage'a 4:33 na milczący fortepian i publiczność. Awangardowi kompozytorzy zrozumieli, że samoograniczenie nie musi oznaczać niewoli, że samoograniczenie może przynieść wyzwolenie.

Przyszedł już czas, abyśmy zaczęli poszukiwać sposobów na powrót do prostych wartości. Wyzwalać się już nie mamy od czego. Wyzwolenia trzeba szukać w samoograniczeniu.
[...]

 moja wyobraźnia
 to kawałek deski
 a za cały instrument
 mam drewniany patyk

[...]

uderzam w deskę
 a ona podpowiada
 suchy poemat moralisty
 tak - tak
 nie - nie

Z.H.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Kalisz, ty komuchu!

Od samego początku, od 10 kwietnia, ścierają się ze sobą dwa popędy: instynkt miłości (zwany także instynktem przedłużenia gatunku, ale nie jest to w tym przypadku najlepsze określenie) i instynkt śmierci. Eros i Thanatos splecione w nierozerwalnym uścisku szaleją, rzucając nas o ścianę na przemian nadzieją na odmianę jakości publicznego dyskursu i przerażającą wizją grzęźnięcia w bagnie. Jak wykazuje doświadczenie, na naszym łez padole miłość rzadko wygrywa ze śmiercią. Nawet liczne wyjątki nie zmienią statystyki.

Zanim przejdę do rzeczy zaznaczę tylko, że w moim odczuciu wybory prezydenckie w 2005 roku, były wyborami, w których obaj kandydaci drugiej tury mieli takie samo moralne prawo ubiegania się o najwyższy urząd w Państwie. Wreszcie poczułem się jak w prawdziwej demokracji, bo żaden rezultat nie był uwłaczający dla elementarnego poczucia przyzwoitości. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na inną, historyczną już rzecz: na początku rządów PiS-u pojawiały się bardzo nieliczne głosy, że jednym z celów politycznych jest wchłonięcie, czy też zagospodarowanie partii politycznego protestu. Jak wiemy, po wyborach w 2007 roku cel został osiągnięty: zarówno Samoobrona jak i LPR praktycznie zeszły z politycznej sceny. Warto o tym pamiętać, tym bardziej, że nie są rzadkie głosy sugerujące, że z Kaczyńskim współdziała ręka w rękę Tusk, by zostawić na polskim podwórku tylko dwie partie: PO i PiS, co nie jest złym pomysłem. Żeby to osiągnąć potrzebna jest równowaga między tymi ugrupowaniami, stąd słowa Tuska, wypowiedziane tuż po katastrofie, o osobistym odczuciu smoleńskiej tragedii. Polska scena polityczna będzie mogła normalnie funkcjonować tylko jeśli oczyścimy ją z resztek ludzi, którzy samą swoją obecnością podważają wiarygodność odwoływania się do pewnych wartości. Mowa oczywiście o osobach, które brały udział w haniebnym podtrzymywaniu przy życiu władzy Polskiej Rzeczpospolitej "LUDOWEJ". Chodzi oczywiście o najwyższą kadrę partyjną a nie o wszystkich szarych specjalistów w niepolitycznych dziedzinach.

Hipokryzja i programowe niszczenie znaczenia pojęć odbywa się nieustannie. Pora na znaczący przykład. 21 kwietnia Tomasz Nałęcz powiedział w radiu TokFM:

"Wraca przerażające widmo czwartej Rzeczpospolitej. I to jeszcze mniej sympatyczne, bo jest to próba ubrania tego widma w traumę smoleńską. Jego zdaniem PiS będzie chciało wykorzystać atmosferę po tragedii dla podjęcia zdecydowanej ofensywy politycznej. Nałęcz wnioskuje to z mów pogrzebowych Jarosława Kaczyńskiego i na porównaniach śmierci delegacji państwowej ze śmiercią oficerów zamordowanych w Katyniu. - To jest tak jakby relikwie narodowe wynieść na targowisko. A to dopiero początek."

Tuż po tej wypowiedzi odezwał się Michał Boni, który przytomnie stwierdził (nawiązując do różnych nieodpowiedzialnych wybryków na pogrzebach, a nie do słów Nałęcza):

"Przy niektórych uroczystościach żałobnych (czuję) trochę smutku, że tak szybko w niektórych przypadkach przechodzimy od żałoby do polityki. To chyba nie jest dobre. Powinniśmy więcej czasu poświęcić na skupienie żałobne."

No cóż, panu Nałęczowi najwyraźniej zabrakło tego żałobnego skupienia. Co wywołało w nim takie przerażenie? Słowa Jarosława Kaczyńskiego, które w II RP byłyby czymś oczywistym i bezdyskusyjnym:

"Wierzymy, że Olek i Leszek [Kaczyński] oraz ich współtowarzysze, przypatrując się nam z góry pogrążonym w żalu, wołają do nas: Nie lękajcie się! Róbcie swoje, kontynuujcie nasze dzieło tak, żebyśmy nie musieli się za was wstydzić. [...] Nie będziecie się wstydzić. Wytyczoną drogą ku Rzeczpospolitej lepszej, dostojniejszej, sprawiedliwszej wkrótce pójdą dziesiątki, setki i tysiące najlepszych jej synów. Musimy podjąć tak nagle przerwane ich dzieło. Być może przegramy, być może owoców naszej pracy nie doczekamy, być może nie uda nam się jeszcze tym razem powrót do Polski. Ale musimy dać świadectwo. Tak jak pokolenie rozstrzelane w katyńskim lesie, i ci, którzy zginęli 70 lat później, chcąc oddać im hołd."

Dlaczego reakcja na takie słowa bardziej pasuje do rosyjskiej cenzury z okresu zaborów niż do patriotycznego polityka niepodległego Państwa? Niechcący to Nałęcz definiuje dyskurs w kategoriach bogo-ojczyźnianych. To on i jemu podobni, z redakcją Wiodącego Tytułu Prasowego na czele, ustawiają wypowiedź Kaczyńskiego w sytuacji zniewolenia zaborów, zamiast niepodległego polskiego państwa. Nawoływanie, by współcześni kontynuowali pracę dla ojczyzny z wiernością, jaką okazali nam polegli katyńscy oficerowie jest wywoływaniem "demonów patriotyzmu"??? Dla kogo polski patriotyzm jest piaskiem w trybach? To retoryczne pytanie też zostało już przeanalizowane nie raz i nie dwa, choć ciągle za mało. Dezawuowanie wartości trwa w najlepsze, rzucając nas od ściany do ściany, sprawiając, że obolali ludzie tracą azymut. Nieuprawnieni do tego próbują nieustannie zawłaszczać pojęcia, by użyć ich w odwróconym znaczeniu.

Pokazuje to ostatni wywiad z Kaliszem, który w rozmowie z Mazurkiem stwierdza:

RK: Po tej tragedii niech nikt nie waży się mówić o nas postkomuniści. Pomijając, czy były do tego podstawy, bo moim zdaniem nie było, to myślenie zostało całkowicie zanegowane przez tę tragedię smoleńską.
RM: To gdyby ktoś na Pana albo na kolegów z SLD mówił "ty komuchu", to co?
RK: To jakby nie miał szacunku dla grobów i tragicznie zmarłych. Dla nas, ludzi lewicy, Katyń też jest i zawsze był symbolem.


Czy tylko mnie to oburza? Jak to się ma do słów Nałęcza o "wykorzystywaniu atmosfery po tragedii dla podjęcia zdecydowanej ofensywy politycznej"? Jakoś nie wierzę, że Nałęcz miał na myśli, ubliżających polskiej historii, słów Kalisza. Niestety słowa Kalisza są kolejnym dowodem na to, że ludzie związani z PRL-em, "komuchy" jak nie chce Kalisz, powinni jak najszybciej zniknąć z polskiego życia publicznego. Tak, niech w polskim sejmie jak najszybciej zostanie tylko socjalistyczny gospodarczo i konserwatywny obyczajowo PiS oraz liberalna gospodarczo i lewicowa obyczajowo PO. Nie można spierać się o wartości, gdy pojęcia używane są w oderwaniu od słownikowych definicji.

piątek, 23 kwietnia 2010

Bat na dziennikarskich partaczy

Zakusy Platformy na IPN są rzeczą wiadomą, ale że robienie idiotów z czytelników kwitnie w najlepsze - pokazuje kolejny artykuł GW-Tok.fm. Czytamy w nim m.in.:

List Śniadka to nie jedyny przypadek nacisku na Komorowskiego ws. ustawy, której sprzeciwiło się PiS. We wtorek skierowania jej do TK zażądał od marszałka także prezydencki minister Andrzej Duda.
By ubiec marszałka (który ustawę najpewniej podpisze) i samodzielnie wybrać prezesa Kolegium IPN już zapowiedziało konkurs, który jednak najpewniej nie zostanie rozstrzygnięty - termin składania zgłoszeń mija w maju, a termin na podjęcie przez Komorowskiego decyzji w sprawie nowelizacji upływa 30 kwietnia.

Zasadność rozpisania konkursu i wyższość tego rozwiązania nad innymi wykazał już Krzysztof Leski w swojej notce, nie będę zatem się rozpisywał.

Zastanawiam się tylko, co trzeba zrobić, by takie oczywiste manipulacje przestały mieć miejsce w czymś co nazwać można podobno dziennikarstwem? Rada Etyki Mediów jest ciałem fikcyjnym (co pokazała sprawa Kataryny). Czy jest jakiś sposób na pokazanie Redakcjom, że czytelnicy dostrzegają propagandę? Czy są jakieś przepisy prawa, które pozwalają zaskarżyć dziennikarza, który w informacyjnym tekście nie oddziela w wyraźny sposób komentarza od treści informacji? Przecież to jest złamanie podstawowej dziennikarskiej zasady obiektywizmu. Naprawdę nie ma żadnej instancji, do której można sie zwrócić ze skargą na nierzetelnego fachowca? Może w takim razie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów - w końcu taki artykuł to jak przeterminowany jogurt w supermarkecie!

(Uprzedajac komentarze - wiem, że ci użyteczni idioci wykonuja tylko to, co im zadano - nie uważam jednak by to cokolwiek i kogokolwiek tłumaczyło)

czwartek, 22 kwietnia 2010

Granice prawdziwych sojuszy

Zasłona dymna związana ze smoleńska katastrofą rośnie coraz bardziej, podsuwane są i dementowane coraz to nowe hipotezy. Nie zauważyłem jeszcze jednego wątku związanego z krakowskim pogrzebem. A pokazał on przecież wyraźnie, układ sił i interesów w naszej solidarnej Europie oraz pozostałych państwach naszej jakże wspaniałej planety.

Nie chcę się rozpisywać i udowadniać stawianych tez, tylko zwrócić uwagę na pewną możliwość interpretacji:

Jak pokazał premier Maroka i prezydent Gruzji, można było dolecieć zarówno z Rzymu, jak i z USA. To są fakty już szeroko przedyskutowane.

Delegacja niemiecka z prezydentem Niemiec doleciała śmigłowcem, co było niewykonalne dla tkwiącej na południu Europy Kanclerz Merkel. Premier Maroka doleciał. Kanclerz Merkel nie. To nie jest kwestia obiektywnych czynników, tylko brak chęci.

Jednak co z Saakashvilim, który (nie tylko zawstydził prezydenta USA, nie tylko skompromitował Berlusconiego i Sodano, ale) utknął na lotnisku w Rzymie, skąd nie chcieli go wypuścić? Jak powszechnie wiadomo Putin z Berlusconim mają wille ściana w ścianę bodajże na Sardynii, gdzie robią wspólne imprezki. W Rzymie przetrzymali Gruzina i tak za krótko, bo otarł sie jednak o rękaw Miedwiediewa na krakowskim lotnisku. Wyobrażacie sobie przekazanie znaku pokoju miedzy tymi dwoma? Gruzin nie miał prawa zdążyć.

Obecność Miedwiediewa można potraktować jako wyraz solidarności i zmiany politycznego wektora. Ale w połączeniu z faktem, że praktycznie nikt z ważnych przywódców zachodniej Europy nie dotarł (chociaż mógł), natomiast obecne były praktycznie wszystkie byłe demoludy - robi się interesująco ;-)

Warto zrobić sobie mapę realnych i prawdziwych sojuszy, jakie można było zobaczyć podczas krakowskich uroczystości. Nie łudźmy się, że było to wydarzenie jedynie kondolencyjnie kurtuazyjne. Naiwnością jest przekonanie, że to jedynie odruch serca. To jest twarda polityka, przewidująca różne scenariusze: gdyby jednak się okazało (co jest politycznie nierealne), że są poszlaki wskazujące na terrorystyczną ingerencję - nie ma co liczyć na jakiekolwiek wsparcie Zachodu. Ale przecież wspierać oczywiście chcemy, a nieobecność to przez wulkan. Brak reakcji wobec agresji na Gruzję nie był grzechem zaniechania, nie był wypadkiem przy pracy. Świat jest kolonialnie podzielony jak niegdyś Ameryka między Portugalię i Hiszpanię. Tylko dzisiaj mapy już nie są jawne...

Warto nie ukrywać faktu, że my, maluczcy, mamy tego świadomość...