piątek, 30 lipca 2010

Czymże jest demokracja? - w obronie Migalskiego

Bawią mnie wszystkie głosy oburzenia na ostatnie blogowe wykwity Marka Migalskiego. To pokazuje jak głęboko przeorana jest nasza pseudo-demokratyczna świadomość, jak zniszczona została nasza polska tradycyjna skłonność do dyskusji. Owszem, gdzie dwu Polaków tam trzy zdania. Ale być może właśnie dzięki temu nie kupowaliśmy różnych wizji świata, które wiedziały za człowieka lepiej. Być może dlatego właśnie w Polsce znajdowały schronienie zastępy Arian, Żydów i wszelkich innych nowinek światopoglądowych. Dopiero gdy w dyskusje zaczęły się mieszać obce pieniądze i agentura, wtedy zaczęło się wszystko sypać, aż polski Sejm zaakceptował rozbiory.

Dzisiaj mamy świadomość i mentalność przeoraną latami PRL-u tak głęboko, że jest to dla wszystkich przezroczyste. Tacy jesteśmy i trudno. A może jednak nie? Pokutuje ciągle u nas peerelowska doktryna strachu i źle rozumianej lojalności. Ojawia się to tym, że nawet najgłupszy pomysł jesteśmy w stanie łyknąć jeśli jest on rzucony przez przełożonego. Jeśli coś mówi Prezes, PREZES! to to jest święte i niedyskutowalne. Tak jest w polityce, tak jest w pracy, tak jest w życiu.

A w życiu!!! Może warto przywrócić ludziom zdolność do dyskutowania? Przywróćmy odwagę głoszenia poglądów odmiennych tylko w niewielkim stopniu. Przywróćmy ludziom odwagę głoszenia odmiennych poglądów we własnym środowisku. Istniejąca obecnie dwubiegunowa płaszczyzna sporu jest wybitnie sztuczna i bardzo wygodna. Szufladkowanie zwalnia z myślenia, nie trzeba wsłuchiwać się w argumenty, etykieta załatwia sprawę zastępując rozumienie. W PRL-u było: za kim jesteś? za Partią czy za Solidarnością? A dziś są PO-wcy i PiS-iory oraz czerwone SLD-owskie niedobitki. Demokracja nie polega na przyklejaniu adwersarzowi odpowiedniej łatki. Demokracja polega na dochodzeniu do najlepszego rozwiązania w drodze dyskusji. Słuchamy argumentów i albo mamy kontrargumenty albo nie. Niby oczywiste, ale…

Demokracja powinna być w każdym z nas. Wszędzie. W domu, w przedszkolu i w zagrodzie. Demokracja to zastanawianie się, czy bardziej potrzebuję książkę czy dwie paczki papierosów? Czy jeść po raz 10 z rzedu pierogi, czy raczej jakieś warzywa? Przywróćmy sporowi jego normalność i naturalność. Przywróćmy dyskusji jej miejsce. Pogląd, że ze ślepego wpatrywania się w przełożonego wyniknie coś dobrego jest z gruntu fałszywy.

Migalski mierził mnie swoimi kampanijnymi wpisami, które były egzaltowaną infantylną propagandą ocierającą się o kpine z politycznego dyskursu. Jednak mam wrażenie, że Migalskiemu chodzi dziś o coś więcej niż osiągnięcie doraźnego celu. Chodzi o dodanie odwagi niegłupim ludziom do zabrania głosu. Mógł Poncyliusz, może Migalski, mogę i ja! Nie lękajcie się! Miej swoje zdanie, tylko umiej je uzasadnić.

Warto co jakiś czas przypominać hendekalog inteligenta Leszka Kołakowskiego:
http://tygodnik.onet.pl/36,0,30265,hendekalog_inteligenta,artykul.html

wtorek, 20 lipca 2010

Sellin w Trójce - polemika

Jarosław Sellin z Polski Plus stwierdził dzisiaj rano w Trójce, że przygoda Polski Plus pokazuje wyraźnie, że nie ma w Polsce zapotrzebowania na alternatywną centro-prawicową partię. Brałem udział od samego niemalże początku w procesie tworzenia się Ruchu Obywatelskiego Polska XXI. Brałem w tym udział jako człowiek z ulicy. To doświadczenie było bardzo pouczające.

Być może zbiorę się w końcu aby opisać bardziej szczegółowo mechanizmy, które doprowadziły do fiaska tego przedsięwzięcia. Sygnalizowałem pewne sprawy w notkach pisanych na bieżąco: Ruch Obywatelski? oraz Chorobliwy monopolizm Platformy. Jednak nieco głębszy opis mechanizmów funkcjonowania „działaczy” ciągle we mnie dojrzewa. A konkretnych przykładów snobistyczno-korporacyjnego zamknięcia środowiska na nowych ludzi mam całkiem sporo. Bo do ruchu dołączali pełni entuzjazmu ludzie, którzy chcieli brać udział w tworzeniu nowej jakości. Tych ludzi było bardzo dużo i entuzjazmu było bardzo dużo. Niestety, w pewnym momencie ludzie zaczynali jak od ściany się odbijać od starych wyjadaczy tworzących „struktury”.

To nie brak zapotrzebowania jest przyczyną upadku projektu Polski Plus. Zamknięcie na obywatela, sekowanie innego zdania, niedopuszczanie do aktywności „obcych” – to są prawdziwe przyczyny odsunięcia się ludzi od Ruchu Polska XXI i w następstwie od Polski Plus. Istniejąca od samego początku hipokryzja w wypowiedziach twórców Ruchu sygnalizowała, że ten twór to nic nowego, że to te same zasady i ci sami ludzie pod innym szyldem. Przykładem była choćby początkowa deklaracja, że Ruch nie ma zamiaru przekształcać się w partię polityczną, podczas gdy dla każdego było jasne od samego początku, w jakim kierunku to zmierza i że prędzej czy później bez przekształcenia w partię polityczną nic się nie zrobi. Zmiana nazwy z Polska XXI na Polska Plus, by twierdzić, że to jest nowa jakość wzbudził protesty nawet wśród działaczy ścisłego kierownictwa.

Drugim przykładem była kwestia JOW, które na początku były sztandarowym punktem programu Ruchu Polska XXI i który przyciągnął do Ruchu wiele osób. Z chwilą dokooptowania Ludwika Dorna Polska Plus stwierdziła jego ustami, że JOW to absurd w polskim systemie parlamentarnym i na pewno nie będzie próby zmiany ordynacji. Czy można dać lepszy przykład zignorowania poglądów własnego środowiska?

Nie zmieniło mi się wrażenie, które miałem w styczniu 2009 roku, że celem Ruchu Polska XXI nie była aktywizacja a kanalizacja resztek aktywności obywatelskiej. Działania Ruchu wpisują się doskonale w proces zniechęcania obywateli do aktywności poprzez uświadamianie im, że ich poglądy, przekonania i pasje są nic nie warte i w ogóle nieistotne wobec politycznej gry ścisłego kierownictwa partii. To jest prawdziwa przyczyna fiaska Polski-Plus, a nie brak zapotrzebowania na kolejne prawicowe ugrupowanie.

Nowe twarze a nie nowe szyldy – politycy na emeryturę!

poniedziałek, 19 lipca 2010

Rewolucyjna prowokacja władzy

W poprzedniej notce zwróciłem uwagę na zniechęcającą do aktywności funkcję formy naszego politycznego dyskursu. Zniechęcenie, będące efektem intelektualnej, formalnej i aksjologicznej degrengolady języka współczesnej polityki, jawi się nie tyle jako efekt uboczny postpolityki, ile staje się jej celem głównym. To oczywiście tylko poznawcza hipoteza, dzisiaj chciałbym zająć się inną równie (nie)prawdopodobną hipotezą. Podobnie jak poprzednia, nie ma ona charakteru lokalnego, a związana jest z sytuacją w całym euroamerykańskim kręgu kulturowym. Żeby jednak ją właściwie zrozumieć, należy zasygnalizować kilka kontekstów.

Istnieją różne teorie spiskowe na temat zamachów na WTC. Funkcjonują w obiegu nawet takie, które nawet jeśli o organizację tego wielce doniosłego symbolicznie wydarzenia nie oskarżają amerykańskich służb specjalnych, to głoszą, że stało się to za cichym przyzwoleniem CIA oraz FBI, które nie interweniowały pomimo pozwalającej na interwencję wiedzy. Jaka jest prawda – może dowiedzą się nasze wnuki, jedno jest pewne. Ten zamach niewątpliwie zapoczątkował pewne zmiany w funkcjonowaniu społeczeństw, które wyglądają na nieodwracalne.

Wiadomo, że w sytuacji gospodarczego krachu, aby nakłonić społeczeństwo do zgody na niezbędne, ale drakońskie reformy i posunięcia, doprowadza się m.in. do hiperinflacji. Ludzie są w stanie zgodzić się na każde cięcia, gdy dzisiejsza pensja jutro zamienia się w wartość pudełka zapałek. Katastrofa gospodarcza Polski pod koniec lat 80-tych nie uzasadniała aż takiego poziomu hiperinflacji. Nie chcę jednak analizować ekonomii PRL-u, tylko zwrócić uwagę na fakt, że pewne wydarzenia, pewne kluczowe czy drastyczne zmiany są możliwe tylko w określonych społecznych warunkach. 

Jeszcze jedno zastrzeżenie. Obserwując i zastanawiając się nad genezą i celem takich a nie innych zachowań poszczególnych polityków, daleki jestem od dwu rzeczy: po pierwsze nie wierzę, że zachowania poszczególnych polityków są przejawem jedynie osobistych frustracji, urazów, fobii, uprzedzeń, przekonań, wiary czy wielu innych indywidualnych rzeczy. Polityk mówi to, co ma mówić. Będzie się starał powiedzieć to własnymi słowami, by zachować przed samym sobą pozory autonomiczności i podmiotowości, ale treść zawsze będzie zgodna z tym, co zostało ustalone z własnym zapleczem. Palikot czy Kurski to przykłady oczywiste. Natomiast zdziwienie Tuska różnymi ruchami Komorowskiego pokazuje tylko, że środowisko decyzyjne Komorowskiego niekoniecznie jest tożsame ze środowiskiem decyzyjnym Tuska. Pytania, które należy zadać to: jakie to środowiska, które jest silniejsze i w jakim zakresie.

Po drugie, nie wierzę jednocześnie, że polityk musi znać wszystkie uwarunkowania przyczynowe oraz realne konsekwencje podejmowanych kolektywnie decyzji. Jak pokazuje przypadek Zatoki Świń, grupa ludzi z bardzo dobrymi intencjami podjęła jedną z najbardziej niebezpiecznych, złych i nieprzemyślanych decyzji, która na skutek daleko idących reperkusji doprowadziła świat na skraj nuklearnej katastrofy. Jednak fakt trwania polityka w nieświadomości możliwych konsekwencji nie zmienia innego faktu, że wewnętrzna logika takich zbiorowych działań daje się opisać i zdefiniować. Niestety jest to możliwe z reguły raczej po fakcie, dlatego każda próba analizy na bieżąco jest obarczona sporym ryzykiem machnięcia na nią ręką i włożeniem jej do szufladki spiskowej teorii dziejów. Korzystając jednak z okazji, że (jeszcze) nie mieszkamy w Chinach, pomimo inwigilacji Internetu przez agendy rządowe, pomimo zastraszających kampanii informacyjnych o tym, że „każdy ruch w sieci zostawia ślad”, pozwolę sobie na tę chwilę zabawy, która może pomóc pozbierać myśli.

Ok., wiem, że na razie nie wychodzę poza banały. Co to ma wszystko wspólnego z obecną sytuacją w Polsce? Wracając zatem do naszego szambiarskiego podwórka, nie mogę uwolnić się od wrażenia, że od jakiegoś czasu przygotowywany jest grunt pod rewolucję. I nie będzie to oddolna rewolucja poprowadzona przez jakiegoś nowego Leppera czy sprawniejszego Rydzyka. Będzie to sterowana rewolucja, podobna do tego co się dzieje niedostrzegalnie, ale bardzo konsekwentnie w USA i stamtąd rozlewa się na resztę świata.

Po zamachach na WTC ludzie zaczęli zgadzać się na rzeczy, przeciwko którym wcześniej protestowaliby na każdym rogu. Inwigilacja poczty, odciski palców na lotniskach, paszporty biometryczne, bazy DNA, skanery twarzy na dworcach… Google idzie na wojnę z Chinami o wolność Internetu, ale mam wrażenie, że to tylko zasłona dymna wobec własnego społeczeństwa, które zaczyna mieć wątpliwości, czy USA nie dryfują nieco za bardzo w kierunku chińskiego modelu kontroli. Dlatego w ostatnim czasie mogliśmy zaobserwować szereg pozorowanych działań w obronie wolności przepływu informacji i poszanowania dla praw człowieka w Chinach i gdzie indziej, ze strony różnych międzynarodowych koncernów. Idzie to w parze z poklepywaniem się chińskich przywódców z euroamerykańskimi prezydentami, co jest jasnym sygnałem: wiesz jak jest – każdy musi zachowywać swoje pozory.

Światowy kryzys bankowy jasno uwidocznił różnicę podejścia do problemów i słabości poszczególnych gospodarek. O ile Amerykanie i Europejczycy skupili się na ratowaniu gigantów, którzy często stanowili przyczynę kryzysu, o tyle np. Chiny wpompowały olbrzymią kasę w rozpoczęcie tworzenia nieistniejącego dotychczas systemów ubezpieczeń społecznych. Kasa ta i tak wróci na rynek, ale struktura gospodarczo-społeczna rozpocznie niezbędne reformy. O ile Ameryka skupiła się na ratowaniu sprawcy, o tyle Chiny wykonały klasyczną ucieczkę do przodu.

Przypadek Grecji pokazał w jak katastrofalnym stanie jest gospodarka strefy euro. Tuż za Grecją czai się Portugalia, Hiszpania, Belgia, Włochy i cała reszta. Z drugiej strony Rosja sypie się od jakiegoś czasu, choć podobnie jak w Eurolandzie, stara się przekonać Rosjan, że wsio w pariadkie. Zaś stara zasada mówi, że w sytuacji kryzysu najskuteczniejszym działaniem jest ucieczka w konflikt. Gruzja w 2008 roku uświadomiła wszystkim, że wymachiwanie szabelką na obcym terytorium w przypadku Eurolandu nie wchodzi w grę. Choćby tylko werbalnie. Gdyby politycy rzeczywiście podejmowali decyzje, nie dopuściliby do tak jawnego okazania słabości i pełnej kapitulacji, nawet bez słabego tupnięcia nogą. To co się stało w Gruzji stanowi bardzo jasny sygnał dla całego świata. Pisałem o tym już w 2008 roku. Nie można bowiem nazywać jakimkolwiek działaniem żałosnego marszczenia czoła przez Sarkozego, czy bezradnych eskapad środkowoeuropejskich prezydentów. Osłabionej Ameryce wystarczą na razie Irak i Afganistan, co zapewnia świetny rynek zbytu dla przemysłu zbrojeniowego. Z tego powodu wojna w Afganistanie nie skończy się jeszcze długo. Afgańskie złoża uranu, o których nie mówi się prawie wcale i trudno znaleźć na ten temat jakiekolwiek informacje, sprawiają, że nadzieja na szybkie uwolnienie amerykańskiego wojska dla działań w innym regionie jest raczej płonna.

Sytuacja gospodarcza socjalnego Erolandu, w połączeniu problemami imigracyjnymi (w Niemczech jest już podobno 18 mln Turków), możliwość zawirowań w słabszej części Europy wschodniej, która w na razie niezauważalny sposób oddawana jest wpływom rosyjskim oraz ewolucyjna zmiana stosunków sił geopolitycznych na świecie - wszystko to razem sprawia, że Unia Europejska przypomina mi sytuację dziecka w domu zalewanym przez powódź, które weszło na szafę i bezradnie przygląda się wdzierającej się do środka wodzie.

Nie inaczej jest u nas. Mit zielonej wyspy na czerwonym oceanie Europy jest niebezpieczny niezależnie od tego czy jest prawdziwy czy fałszywy. Jeśli jest prawdziwy, staje się niebezpieczny dla Eurolandu, bo pokazuje, że względnie duże zamknięcie rynku i własna waluta może być remedium na globalistyczne zawirowania. Jest to potencjalnie świetną pożywką dla wszelkiej maści ruchów separatystycznych, negujących wartość integracji, która jak w przypadku Słowacji czy krajów nadbałtyckich po pierwszej euforii przyniosła spore straty. Jeśli natomiast jest fałszywa, stawia to w bardzo trudnym położeniu nie tylko polski rząd, nie tylko całą polską gospodarkę, która być może dzięki temu przetrwała niewzruszona, że Polacy nie uwierzyli w żaden kryzys. Gdy świadomość ta w końcu do Polaków dotrze, załamie się kolejny duży wbrew pozorom europejski rynek i ostatnia wizerunkowa szalupa ratunkowa podtrzymująca nadzieję, ze obecny kryzys nie oznacza krachu. Wobec zaś znanej polskiej krewkości, wobec tego podskórnego wrzenia, które wibruje, na razie skutecznie tłumione paradoksalnie pokładami wysokim poziomem pospolitego zdrowego rozsądku – może dojść do znacznie poważniejszego wybuchu niż w Grecji, gdzie nerwy spowodowane są ekonomią. U nas natomiast oprócz znacznie gorszych warunków socjalnych, nagromadzone są olbrzymie pokłady społecznej frustracji związanej z ciągnącym się od PRL-u i nieprzerwanym wcale w 89 roku poczuciem silnej konfliktowej opozycji między władzą a obywatelem.

W takich okolicznościach polityka miłości, którą Donald Tusk podbił i trzyma do dziś za serca szerokie rzesze polskiego społeczeństwa, skuteczna do pewnego momentu zmieniła swój wektor o 180 stopni po katastrofie smoleńskiej. Do tego momentu było to drobne kopanie politycznego przeciwnika po kostkach pod stołem i bogobojne wznoszenie oczu do nieba na widoku. Kochajmy się, bo zgoda buduje. Po względnym spokoju żałoby po katastrofie smoleńskiej, politycy Platformy zarzucili maskę miłości i ubrali nową maskę świętego oburzenia na agresję PiS. Z kolei pisowska maska męczeńskiego pokoju nieco popsuła Platformie szyki, ale nie sprawiła, że główny nurt uległ jakiejkolwiek zmianie. Działania nakierowane na sprowokowanie przeciwnika wreszcie odniosły skutek i teraz można już z pełnym uzasadnieniem nie tylko kopać się po kostkach, ale również okładać pięściami po głowie.

Nie jest moim celem ocenianie czy obrona kogokolwiek. Widać gołym okiem, że PiS nie pozostaje dłużny i swoimi różnymi nieprzemyślanymi i niedyplomatycznymi wypowiedziami dostarcza amunicji do tej zastępczej wojny mającej zamaskować realne problemy. Krótki okres trzymania języka za zębami minął i teraz obie strony zgodnie rozwijają skrzydła. Dopiero w tym momencie niestety mogę dojść do sedna tego co chciałbym przekazać.

Nie wiadomo o co tak naprawdę toczy się gra. Pisałem już, że poziomy: oderwania od faktów, pomieszania pojęć i dekonstrukcji zasad - posunęły się tak daleko, że sytuacja straciła jakąkolwiek możliwość racjonalnego wytłumaczenia. Wszystkie obecne partie polityczne w podobnym stopniu uczestniczą w tej dekonstrukcji pojęć i promowaniu absurdu. Jedna wersja mówi o procesie zniechęcania społeczeństwa do polityki, w celu korporacyjnego zamknięcia środowiska władzy. Jednak równie prawdopodobna wydaje się być wizja przygotowywania gruntu pod rewolucję. Poziom agresji, frustracji i wspomnianego absurdu jest taki, że nie tylko bliscy znajomi, ale nawet bliscy krewni skaczą sobie do gardeł. Dyskusja przestaje być możliwa i niebezpiecznie zbliża się do momentu, gdy nie pozostaje nic innego jak cios między oczy. Zaczynam odnosić nieodparte wrażenie, że w końcu jakiś niezrównoważony psychicznie chory człowiek zrobi realną krzywdę osobie publicznej i będzie to ten oczekiwany pretekst: Patrzcie z kim mamy do czynienia! Zagrożenie terroryzmem jest nie tylko ze strony Talibów, ale także ze strony polskich oszołomów! Należy wprowadzić stan wyjątkowy, wyłapać agresywne jednostki, by normalne społeczeństwo mogło normalnie funkcjonować. Itd. Itp.

Obawiam się, że na tym się nie skończy i albo frustracja w końcu wybuchnie i naprawdę poleje się krew, albo Polacy po raz pierwszy zachowają się jak bracia Czesi i pukając się w głowę, zamkną się w swoich ogródkach, pokornie godząc się na ograniczenie wolności w zamian za bezpieczeństwo. Zupełnie inną kwestią jest to, czy ta rewolucja zostanie sprowokowana u nas, czy zacznie się w zupełnie innej części Europy lub świata.

Chcę wierzyć, że teoria o procesie zamykania społeczeństwa w gettach jest bliższa rzeczywistości, niż teoria rewolucyjna. Niestety jedno nie musi się kłócić z drugim, te hipotezy nie wykluczają się, a mogą  uzupełniać. Chciałbym się mylić i spokojnie pracować na swoją emeryturę. Ale też staram się nie przywiązywać zanadto do rzeczy, bo historia uczy nas, że okres pokoju jest raczej wyjątkiem niż regułą. Zaś okres pokoju przez kilka pokoleń pod rząd zaczyna się kłócić z rachunkiem prawdopodobieństwa.

piątek, 16 lipca 2010

Pomóżmy wrócić Rodakom do Polski

Skupieni na stenogramach i kolejnych ekskrementach wylatujących z naszych mediów nie dostrzegamy różnych inicjatyw i realnych spraw do załatwienia. Taka sprawą jest niewątpliwie kwestia umożliwienia powrotu do Ojczyzny Polakom mieszkającym nie z własnej woli w krajach byłego ZSRR. Zajmował się tą sprawą Maciej Płażyński, który zginął w katastrofie Smoleńskiej. W obecnym Sejmie był posłem niezrzeszonym, dlatego nie można zwrócić się do jego partyjnych kolegów, by zajęli się ustawą, nad która pracował i którą miał złożyć w kancelarii Sejmu po powrocie z uroczystości katyńskich. Sprawę tej ustawy przejął syn Macieja, Jakub Płażyński, który powołał Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej "Powrót do Ojczyzny". Na stronie internetowej Jakub Płażyński pisze:

12 kwietnia 2010 mój ś.p. ojciec, Maciej Płażyński, miał złożyć w kancelarii Sejmu projekt nowej ustawy repatriacyjnej. Smoleńska katastrofa przekreśliła jednak Jego plany. Podjąłem się ich kontynuacji, ponieważ, czuję się związany wolą Ojca.

Za Uralem, głównie w Kazachstanie, żyją jeszcze tysiące polskich ofiar sowieckich czystek etnicznych. My Polacy, mamy więc wobec nich szczególny obowiązek: zapewnienia im jak najszybszego powrotu do Ojczyzny. Niestety nie służy temu obecna ustawa repatriacyjna. Przede wszystkim dlatego, że nakłada zbyt duże obciążenia na samorządy zamiast na polskie państwo. Trzeba ją zmienić. Dlatego społeczny komitet "Powrót do Ojczyzny", którego mam zaszczyt być pełnomocnikiem, złożył w Sejmie projekt nowej ustawy o repatriacji.

Aby jednak nowe przepisy mogły został uchwalone, konieczne jest ich wsparcie przez 100 000 naszych obywateli. Z tego powodu zwracam się do tych, którym nie jest obojętny los Polaków wypędzonych z kresów. Wesprzyjcie nasz projekt własnym podpisem.

Myślę, że jest to sprawa, którą nasze Państwo powinno załatwić już dawno. Jest to sprawa, która nie wymaga dużego poświęcenia. Każdy z nas może wydrukować kartę i zebrać podpisy wśród najbliższej rodziny i znajomych. Na stronie internetowej jest mapka punktów, gdzie można oddać podpisane karty. Pokażmy, że solidarność Polaków to nie tylko puste i wytarte hasło z podręczników najnowszej historii.

Strona inicjatywy - http://www.repatriacja.org.pl
Opis założeń i uzasadnienie - http://www.repatriacja.org.pl/ust.htm
Karta podpisów - http://www.repatriacja.org.pl/pobierz/karta.pdf
Mapka punktów, gdzie można oddać podpisane karty - http://www.repatriacja.org.pl/punkty.htm

Rozpropaguj akcję wśród znajomych.

czwartek, 15 lipca 2010

Monopol władzy jest OK

Naprawdę serdecznie i szczerze mam dość oglądania, czytania i słuchania wszelkich przejawów toczącej się wojny polsko-polskiej. Jak widz horrorów zerkam jednak nieustannie przez szpary między palcami, powodowany ciekawością biorącą górę nad obrzydzeniem. Gdy jednak przychodzi przerwa na reklamy i zamiast w telewizor zerkam na drzewa, chwilowe wyciszenie produkuje nieco refleksji.Bo przecież nie o wojnę żadną tu chodzi. Nie o zdobycie elektoratu. Nie o polityczne wpływy. Gra toczy się o coś znacznie poważniejszego. Można by zwalać wszystko na kwestię osobistych ułomności poszczególnych polityków czy dziennikarzy, na brak ich wyczucia, nieporadność czy złą wolę. Jednak problem nie dotyczy tylko polityków i ich niewłaściwych odzywek. Cel jaki jawi się na horyzoncie tych pozornie chaotycznych działań, cel, który nie jest przez większość aktorów publicznej sceny rozpoznany i zdefiniowany, tym celem jest zamknięcie jak największej liczby ludzi w gettach.

Dawno temu zastanawiałem się po co program pierwszy polskiego radia nadaje co godzinę komunikaty o liczbie wypadków drogowych, rabunków i innych nieszczęść. Zrozumiałem, gdy dotarło do mnie jak często moja Babcia przestrzega mnie przed nocnymi spacerami, jazdą samochodem i innymi nieodpowiedzialnymi zachowaniami. Otóż komunikaty programu pierwszego były i są częścią zakrojonej na dużo szerszą skalę akcji zatrzymywania emerytów w domu. Wiadomo wszakże, że gdy problemu nie widać to go nie ma, a skoro na ulicach pogłowie staruszek jest niskie, to pozwala trwać młodzieży rozpędzonej w produkcyjnym wieku, w fałszywym przekonaniu, że społeczeństwo wcale się nie starzeje, a bycie emerytem zdarza się mało komu. „Żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo”.

Cała ta tak zwana palikotyzacja polityki ma podobne i pokrewne cele. Po pierwsze im więcej osób przecież zniechęcimy nie tylko do polityki jako takiej, ale do jakiejkolwiek aktywności społecznej, im więcej osób będzie przekonanych, że polityka to szambo i nic poza tym, tym łatwiej będzie korporacyjnie zamknąć środowiska władzy dla określonych synekur.

Po drugie, budując atmosferę absurdu, niszcząc jakiekolwiek resztki płaszczyzn dialogu, rozmontowując wspólnoty pojęć budowane latami pracowicie przez filozofów, pozbawiamy sensu dialog i dyskusję jako taką. Jeśli bowiem zwykłe ordynarne pospolite chamstwo nazywamy odwagą mówienia niewygodnej prawdy, jeśli jawne kłamstwo i manipulację nazywamy dziennikarską rzetelnością i poszukiwaniem obiektywnej prawdy, zaś w drugą stronę jeśli zwracanie uwagi na logiczne sprzeczności w jakiejś wypowiedzi nazywamy ksenofobicznym przegięciem i paranoją spiskową – to przecież jasne jest że dyskutować się w takich warunkach nie da.

Dawniej oszczercę, kłamcę albo pomawiacza wyzwałoby się na ubitą ziemię i albo go skarciło, albo zastrzeliło, jeśliby okazywał się niereformowalny. Dzisiaj jest to zabronione i dlatego można każdego zmieszać z błotem. Okazuje się że nawet milczeć można agresywnie. Jak na taką sytuację reagują rozsądni ludzie? „Nie będę przecież się zniżał do jego poziomu, macham ręka i zajmuję się swoimi sprawami. Nie ma sensu zmieniać świata, bo to porywanie się z motyką na słońce”. I o to właśnie chodzi w tym doprowadzaniu spraw do absurdu.

Obedrzeć każdy rodzaj publicznej aktywności z godności, szacunku i intelektualnej uczciwości. W tym kierunku działała michnikowszczyzna, ale w te cele wpisują się również wszelkie tańce z gwiazdami, big brothery i wizyty u Wojewódzkiego, w których nie ma żadnej treści, bo treść jest przecież niepożądana. Doprowadzić do sytuacji, gdy na samą myśl, że można by coś zrobić dla innych, co nie daj Boże dojdzie do prasy – w rozsądnych ludziach wywoła taką gęsią skórkę, że wrócą szybciutko do swoich czterech ścian lub czterech rogów warzywnego ogródka. W te cele wpisują się gadające głowy powielające w nieskończoność dyrdymały, by przekonać nas, że jesteśmy mądrzejsi od pana profesora z telewizji, a widocznie nawet profesor, gdy wchodzi do studia zamienia się w kretyna, więc od telewizji należy trzymać się z daleka.

Z prezydentem Kwaśniewskim rzadko się zgadzam, ale ostatnio ostudził zapędy jakiegoś krewkiego dziennikarza słowami, które od dłuższego czasu kołaczą mi się po głowie: to nie monopolizacja władzy przez Platformę Obywatelską jest zagrożeniem. Monopol władzy jest narzędziem, które pozwala skutecznie rządzić. Rząd jednopartyjny uniemożliwia zwalanie winy na koalicjanta. Prezydent z tej samej formacji w naturalny sposób lepiej z rządem współpracuje. To jest dobra dla demokracji sytuacja i wcale nie niebezpieczna.

Problem naszej demokracji i naszego niemałego wcale kraju polega na zupełnie czymś innym. Oprócz opisywanej już długo i równie jałowo fasadowości podstawowych instytucji trójpodziału władzy, oprócz fikcji funkcjonowania systemu społecznej kontroli, czyli tzw. czwartej władzy, jest jeszcze problem najbardziej podstawowy. A ponieważ jest to problem najtrudniejszy do rozwiazania, ludzie starają się nauczyć z nim jakoś żyć i funkcjonować w tych warunkach braku podstawowych zasad, zaczynając traktować ten stan jako naturalny.

Problemem tym jest wspomniana dekonstrukcja podstawowych pojęć porządkujących sferę publicznego dyskursu. Absolutnie wszyscy zaczynają się łapać w te sidła twierdząc np. że Kaczyński naraża się na ataki, bo coś niewłaściwie powiedział, albo inteligentni ludzie przekonują mnie, że Palikot jest potrzebny bo mówi rzeczy, których inni boją się powiedzieć. Dużo można zarzucić zarówno PiS-owi jak i PO, każdy czasem chlapnie coś głupiego. Jednak żeby dyskusja była konstruktywna i skuteczna, musi mieć choć luźny związek z faktami, z rzeczywistością. Proporcje muszą być zachowane. Przecież wystarczy z uwagą wczytać się w napisane słowa, przeczytać prosty tekst ze zrozumieniem, by zauważyć, jaka jest prawda. Ja coraz częściej mam ochotę odpowiadać, że Kopernik była kobietą!!! Bo jeśli Kaczyński w swoich wypowiedziach jest agresywny, a Palikot tylko głośno mówi to, co myślą prości ludzie - to żyjemy w bunkrach z Seksmisji. Ja wychodzę. (I o to właśnie IM chodzi) ;-)

Dalszy ciąg tekstu w notce: Rewolucyjna prowokacja władzy.

piątek, 9 lipca 2010

Po co było się bić z Hitlerem?

Byłem ostatnio w Paryżu. Piękny i monumentalny, historyczny, stary ale i nowoczesny, miejscami kameralny i jednocześnie niezwykle rozległy. W swojej masie stawał się jednak coraz bardziej nudny: można jechać długo metrem z jednego końca miasta na drugi, wysiadasz i znowu te same monumentalne XIX-wieczne kamienice. Obojętnie, czy powstały 100, 200 czy 300 lat temu - ich stylistyka jest bardzo podobna. Monumentalna monotonia. Takie pierwsze wrażenie zblazowanego turysty.

Następnie przyszła druga refleksja, która towarzyszyła mi również w czeskiej Pradze. Patrząc na te wszystkie kilkusetletnie pałace, rzędy kamienic, zadbane historyczne fasady przychodziła mi do głowy jedna myśl: a może to jednak był błąd że nie poddaliśmy się Hitlerowi w ciągu tygodnia, jak Francuzi?

Czytając tekst Piotra Lisiewicza z Gazety Polskiej przyznaję, że dziele jego pasje i frustracje. Poziom oderwania od podstawowych zasad spajających ludzką wspólnotę sprawia, że ta wspólnota balansuje na krawędzi anomii. Wystarczy już bardzo niewiele, aby zerwać ostatnie nici, które powstrzymują ludzi przed agresją, gwałtem, kradzieżą, przed wszystkim co w normalnych warunkach nazywamy przestępstwem. Jeśli można kłamać w żywe oczy, jeśli można jawnie łamać prawo, jeśli można to robić bezkarnie pod warunkiem poparcia dla ideologii relatywizującej wszystko michnikowszczyzny – to jaki ja mam interes domagać się prawdy, sprawiedliwości i szacunku tak po prostu?

Czytając tekst Lisiewicza, nie sposób nie zauważyć, że poziom frustracji przekroczył poziom umożliwiający merytoryczną dyskusję. Tekst jest erupcja tej frustracji i przerażenia, i jeśli można w nim się dopatrzeć jakichś faktów czy diagnoz, to zdecydowanie giną za kurtyną emocjonalnego jazgotu. To nie jest tekst dziennikarza. To jest tekst dla Leppera, do wygłaszania na wiecu.

Otwarcie Polski na świat sprawiło, że młodzi ludzie zaczęli masowo jeździć po świecie. Ponoć jesteśmy najbardziej turystycznym narodem w Europie. Patrząc na nienaruszone mury francuskiej stolicy można dojść do wniosku, że honorowa postawa naszych przodków nie przyniosła nam wiele dobrego. Cały kraj trzeba było budować niemalże od nowa, a wszyscy najlepsi synowie narodu wyginęli jak dinozaury. Zaś pozostałe przy życiu dzieci, nie mają wcale ochoty przyznawać się do tego dziedzictwa, a wręcz mszczą się na naiwnych i butnych przodkach, kastrując pamięć o nich, jak curunia głównego bohatera Seksmisji.

Ja rozumiem to podejście zagubionych ludzi, którzy przekonują mnie, że najważniejszy jest przecież własny dobrobyt, że tym własnym dobrobytem budujemy nasz kraj, który jest sumą wszystkich dobrobytów. Natomiast wszystkie głosy przypominające o wartościach, o zasadach, są przejawem anachronizmu, katolickiego wstecznictwa i nie powinny wychodzić poza akademickie bądź klasztorne dysputy. Co więcej przypominanie o wartościach jest bezpośrednią ingerencją państwa w sumienia obywateli, co jest z gruntu naganne i trzeba to tępić. Przyznaję, że jako nieochrzczony agnostyk, pozostający poza katolicką wspólnotą jestem za każdym razem tak samo poruszony dehumanizacją podobnych sądów.

Witkacy opisywał w Nienasyceniu pigułki Murti-Binga. Pigułki mongolskiego filozofa, które przenoszą światopogląd - wystarczy je połknąć i naraz świat staje się taki jak trzeba. Pigułki te były narzędziem opanowania umysłów przez chińskich najeźdźców. Współczesnej wersji tych tabletek nie trzeba sobie aplikować i zatruwać żołądka. Nie trzeba nawet o nich pamiętać. Dzisiaj światopogląd Murti-Binga bez naszej wiedzy i woli wsącza się w nasze umysły.  „Wszędzie gdzie się nie spojrzę - chcę sobie zrobić dobrze”. To jedyna rzecz jaka jest godna naszych wysiłków: codzienny onanizm wzmacnia organizm.

Ja rozumiem to podejście i patrząc na nienaruszone fasady Paryża również się zastanawiam: o co mi właściwie chodzi? I po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że najwyższa pora, by zacząć głośno mówić o gruntownej reorganizacji systemu nauczania. Historię, religię, etykę, polonistykę itp. bezużyteczne przedmioty powinno się, jeśli nie zlikwidować, to zdecydowanie zredukować. Położyć trzeba natomiast większy nacisk na matematykę oraz języki obce, ze szczególnym uwzględnieniem rosyjskiego i niemieckiego.

***

Myślałem też o tym, by napisać dwa słowa o konsekwencjach opisywanej wyżej konformistycznej metodologii rozwoju, ale doszedłem do wniosku, że dla myślących te konsekwencje są oczywiste, a użytkownicy Murti-Binga na te konsekwencje najnormalniej w świecie się godzą.

Nie dziwi już także, że zwrócenie uwagi na pewne oczywiste dla naukowca mechanizmy reprodukowania stereotypów, zmusza do podania z pozoru obiektywnej informacji, która zawiera całkiem czytelną ocenę redaktora, przy jednoczesnym zdezawuowaniu autora analizy poprzez przywołanie odpowiedniego stereotypu nawiedzonej katechetki. Komentarz nie jest zbyteczny. To sprawa dla Rady Etyki Mediów, ale ona jak wiele innych instytucji w naszym fikcyjnym polskim państwie, nie tylko nie ma skutecznych narzędzi, ale nawet nie ma zamiaru zajmować się tym, do czego została powołana.

http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/205902,pozegnanie-z-honorem
http://www.ipsir.uw.edu.pl/.../artykulowypowiedziachPalikota.doc
http://wiadomosci.gazeta.pl/...Palikota_tekst_profesor_UW_na_stronie.html

poniedziałek, 5 lipca 2010

Przemieszczony rasizm

W trakcie kampanii wyborczej wszedłem w pewien spór z osobą, której argumenty były, jak to często się zdarza przy pseudopolitycznych sporach, nieracjonalne, nieadekwatne i ubliżające. Próbowałem najpierw wskazać ich wewnętrzną niekonsekwencję i niespójność, ale podobnie jak w przypadku Niesiołowskiego, nie zrażało to w najmniejszy sposób tejże osoby. Próbowałem w różny sposób powstrzymać nieprzyjemne dla mnie, napastliwe kolejne rewelacje, przesyłane mi mailem, sms-em i innymi kanałami. Najpierw prosiłem o zachowanie minimum logiki i odnoszenie się do wypowiedzianych przeze mnie argumentów, zamiast zużytych klisz i schematów funkcjonujących w prasowym obiegu. Następnie zacząłem stosować równie absurdalne argumenty odwrócone w druga stronę, żeby pokazać, że taka droga do niczego sensownego nie doprowadzi. W końcu, zrezygnowany i zdesperowany wszedłem w role osoby, którą rozmówca chciał we mnie widzieć i zaserwowałem serię ironicznych żartów, przekraczających w równym stopniu co dyskutant, wszelkie granice dobrego smaku i wyczucia. Nie mam nic przeciwko ostrej wymianie zdań, nie mam problemu z dostosowaniem poziomu języka i argumentacji do rozmówcy, z reguły okazuje się jednak, że ostrość sądów jest do zaakceptowania tylko w jedną stronę. Osoba ta zerwała w końcu ze mną kontakt, co pozwoliło mi na nabranie oddechu i zastanowienie się nad całą sytuacją.

Powyższy opis nie jest spowodowany chęcią odreagowania frustracji, będącej wynikiem porażki komunikacyjnej z jedna konkretna osobą. Powyższy opis jest przykładem dość typowej sytuacji niemerytorycznego, plemiennego sporu, który toczy się niemal na każdym rogu. Jest to spór w którym argumenty odnoszące się do pochodzenia, wykształcenia, wysokości pensji są do przyjęcia gdy chcemy zdyskredytować jedną stronę, ale potępiamy i wyśmiewamy te same argumenty jeśli padają one w drugą stronę. Bardzo wygodnym w ostrzejszej dyskusji zarzutem jest m.in. stosowanie argumentu ad personam. Jeśli używa się formy "wyborcy danej opcji to niewykształceni, słabo zarabiający głupole", to stwierdza się demograficzny fakt. Gdy natomiast użyć formy "głosujesz na tą opcję bo jesteś niewykształconym słabo zarabiającym głupolem" - to już jest nie do przyjęcia, bo to jest argument ad personam. Przyznaję natomiast, że nie widzę wielkiej różnicy w poniżającym charakterze jednego i drugiego określenia.

Wpadła mi ostatnio w rękę książeczka Slavoja Żiżka pt. "Kruchy absolut". Książka traktuje o relacjach marksizmu z chrześcijaństwem, co juz samo w sobie jest tematem ciekawym. Jednak jak to u Żiżka, możemy co i rusz natknąć się na fragmenty, które doskonale pasują do różnych innych, nie związanych z głównym tematem aspektów rzeczywistości. Już na stronie 15 znalazłem interesujący fragment który pozwolił mi zrozumieć strukturę opisywanego wyżej zjawiska:

"Przykład Kusturicy pozwala nam rozpoznać logikę przemieszczonego rasizmu. Ponieważ Bałkany sa w sensie geograficznym częścia Europy, zamieszkiwana przez białą ludność, to rasistowskie klisze - których nikt dzisiaj, w tych naszych politycznie poprawnych czasach, nie śmiałby stosować do ludnosci afrykańskiej bądź azjatyckiej - mogą być do woli przypisywane właśnie ludziom z Bałkanów. Walki polityczne na Bałkanach porównuje sie do śmiesznych operowych intryg; Ceausescu przedstawiano jako współczesną reinkarnacje hrabiego Drakuli... Co więcej, jest tak, jakby w obrębie samego rejonu bałkańskiego Słowenia była najsilniej wystawiona na ten przemieszczony rasizm, ponieważ jest najbliżej Zachodniej Europy. Gdy w wywiadzie na temat swojego filmu Underground Kusturica potępił Słoweńców jako naród austriackich parobków, nikt nawet nie zareagował na jawny rasizm tego stwierdzenia, był on do przyjęcia, ponieważ "autentycznie" egzotyczny artysta ze słabiej rozwiniętej części byłej Jugosławii atakował jej najbardziej rozwinięta część..."

Wracając na nasze polskie podwórko, tacy politycy, jak Palikot, Niesiołowski i jeszcze paru innych, demolują polski dyskurs publiczny nie tylko swoim chamstwem i grubiaństwem. Demolują przede wszystkim głowy telewidzów epatując ich na co dzień przemieszczoną na politycznego przeciwnika niezwykle agresywna formą RASIZMU. Rasizmu, który usprawiedliwia i pozwala na żarty w stylu "powinniśmy pozwolić wyjechać wszystkim pisiorom do Chicago, a następnie zabrać im pozwolenia na powrót". Już widzę, co by się działo (i popierałbym to oburzenie), gdyby zamiast pisiorów, ktoś użył określeń "Żydzi" albo "geje"? Ten przemieszczony rasizm jest przezroczysty do tego stopnia, że nawet jeśli jakoś podskórnie wyczuwam niestosowność pewnych "argumentów" i "diagnoz", to nie jestem w stanie odpowiednio zareagować nazywając rzecz po imieniu. A przecież bez przywrócenia wartości zasadom europejskiego dziedzictwa kulturowego - dialogu, tolerancji, walki z wykluczeniem - nie będzie żadnej modernizacji naszego kraju w każdym możliwym aspekcie.

p.s. Pytanie do prawników: można wytoczyć proces za szerzenie treści faszystowskich lub antysemickich. Czy nie można z tych samych powodów wytoczyć procesu osobie publicznej za szerzenie treści anty-wiejskich, anty-warszawskich, czy anty-polskich? Dlaczego bałkanizujemy nasz kraj, wyłączając Polaków z zasad europejskiej kultury dyskursu? Jak pokazuje doświadczenie, samo nawoływanie o przywrócenie kultury dyskursu nie odnosi najmniejszych rezultatów.