wtorek, 31 sierpnia 2010

Warcholskie prowokacje

Kuźmiuk słusznie przywołuje analogię z lat osiemdziesiątych:

Mieczysław Rakowski, w 1983 roku na spotkaniu w słynnej sali BHP Stoczni Gdańskiej z jej pracownikami zapytał, czy może zdjąć marynarkę i krawat, a na szum z sali dodatkowo zapytał czy na tym krawacie będą go wieszać? Tłum zgromadzony w sali odpowiedział przeciągłym „taaak”. Od tej pory w reżimowej telewizji puszczano tylko ten fragment debaty pokazując krwiożerczość stoczniowców.

Mi natomiast wystąpienie Henryki Krzywonos skojarzyło sie raczej ze słynnym "Wstyd mi, za tych z Radomia".

Warcholstwo nie zostało wyplenione ani w 1976 roku, ani wcześniej, ani później i dalej sie szerzy. Jaruzelski miał szansę zaprowadzić porządek ale ja zmarnował, choć i tak uratował przecież świat przed III wojną światową. Wiele osób pamięta pewnie jeszcze inne hasła w rodzaju "gdzie drwa rąbią tam wióry lecą", czy "prawdziwi komuniści zawsze będą szykanowani". Także dzisiaj, Partia realizuje szczytne ideały Sierpnia, a warcholstwo spać nie daje.

Nawet w latach 50-tych, nawet "najwięksi" intelektualiści dali sobie wmowić, że innej drogi nie ma, że innego wyjścia nie ma, że tak trzeba. Ale nawet wtedy byli wewnętrznie wolni ludzie, którzy wiedzieli, że to nie jest normalna sytuacja, że tak nie można. Dzisiaj też są tacy. Tak jak w latach 80-tych, nie widać ich w mediach. Widać ich w internecie, ale także coraz częściej na ulicznych płotach:


Czasem po przełamaniu oporów w trakcie długotrwałych podchodów, także w prywatnych rozmowach. Zniewolony umysł to nie literacka fikcja Miłosza. To twarde fakty współczesności.

Linki:
http://niepoprawni.pl/...relacja-ze-zjazdu-solidarnosci...
http://lubczasopismo.salon24.pl/sensito/...strajk-...-1980-r

Jeszcze wspomnienie Andrzeja Kołodzieja w reakcji na wystąpienie Henryki Krzywonos:
http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt10136.html

Gdzie są dzisiaj i jaką mają przyprawioną gębę eksperci, którzy cieszyli się faktycznym zaufaniem strajkujących: Kaczyński, Staniszkis, Olszewski? Nie mówiąc o pozycji innych niepokornych i naprawde niezależnych jak Gwiazda czy Walentynowicz.

Dlaczego z taką upartością bierzemy udział w przekręcaniu faktów?

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Dużo się zmieniło przez 30 lat, nieprawdaż?

"To było dokładnie 30 lat temu. Wieczorem 27 sierpnia dotarłem do bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej, wówczas imienia Lenina, i zobaczyłem drewniany krzyż otoczony modlącymi się ludźmi, pod którym paliły się dziesiątki zniczy i świec.

Następnego ranka przeszedłem przez furtkę obok słynnej bramy, która tonęła w kwiatach okalających portret Jana Pawła II i pod którą zbierały się w ciągu dnia setki, tysiące, a w końcu dziesiątki tysięcy mieszkańców Trójmiasta. Przepustkę otrzymałem bez problemu, w przeciwieństwie do ekip „Trybuny Ludu” i TVP, których nie wpuszczono, „bo kłamią”. Przepustka to był wąski skrawek papieru, na którym wypisano ręcznie moje nazwisko oraz tytuł pisma („Tygodnik Demokratyczny”) i który podstemplowano pieczątką Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Po miesiącu podpisał ją Lech Wałęsa, którego poprosiłem o to na jego pierwszej w Warszawie konferencji prasowej...

To było najbardziej niepozorne świadectwo akredytacji, wyjątkowo chałupniczo wykonana przepustka, jaką otrzymałem w karierze dziennikarskiej. A jednocześnie chyba każdy, kto ją otrzymał, przeczuwał, że trzyma w ręku przepustkę do historii. Był to zarazem glejt całkowitego bezpieczeństwa, gwarantujący pomoc, życzliwość i serdeczność prostych ludzi, zwanych wcześniej przez szeptaną, partyjną propagandę „robolami”, którym zależy tylko na kiełbasie.”

Dużo się zmieniło przez te 30 lat. Dziś już nikt nikogo nie nazywa „robolem, któremu zależy tylko na kiełbasie, najlepiej na koszt państwa”, nieprawdaż? Dziś nie ma prasy, która kłamie. Człowiek nie jest odarty ze swojej godności i nie musi się niczego wstydzić. Może chodzić po ulicy z podniesionym czołem obojętnie czy ma na głowie bejsbolówkę czy moherowy beret. Obojętnie czy ma pod pachą Gazetę Wyborczą czy Nasz Dziennik – jest równoprawnym obywatelem z pełnią praw, gwarantowanych wolnością słowa. Może bez obaw modlić się w dowolnym miejscu i dowolnym wyznaniu, co gwarantuje mu konstytucja. Ma dostęp do wszelkich informacji o stanie państwa i systemów monitorujących poczynania władzy.

***

„Rzeczy prawdziwe, to znaczy zgodne z rzeczywistością, to znaczy autentyczne, dzieją się na ogół wówczas, kiedy jest spełniona wola zbiorowa i są wyrażone ludzkie treści, i gdy nie musi się postępować wbrew społecznym odczuciom i pojęciom. Wtedy ludzie chętnie przychodzą sami, nie trzeba ich spędzać ani obstawiać, tuby i kordony stają się wówczas zbędne. Przychodzą na miejsce swojej prawdy, która ma naturalność światła dziennego. Tego wieczoru [...] ludzie przyszli [...] i obejrzeli siebie. Wielotysięczny tłum zobaczył siebie, utwierdził się w poczuciu własnej obecności. Tłum [...] niekierowany z zewnątrz, [...] przyszedł ze wszystkich dzielnic tylko dlatego, że chciał być tutaj. Po co – po to, żeby popatrzyć i zobaczyć. Tak samo ja po to tutaj przyszedłem. Jednakże sam fakt równoczesnego przybycia tysięcy ludzi bez wezwania już był mocno zastanawiający. Odzwyczajono ich od tego, że są żywym ogółem, uczyniono wiele, aby ich przekonać, że stanowią bierną masę, której ruchami się steruje. Przyszli tu [...] nie uświadamiając sobie, że swoim przybyciem przeprowadzili dowód własnego istnienia. 

[...] Jeślibym miał określić jednym słowem moje przeżycia na widok tego, czemu się przyglądam od kilku dni, powiedziałbym: zdumienie. Nie tym jedynie, że nad placem Zwycięstwa dominują krzyże, i nie tylko, że władza milczy, jakby schowana przed narodem. Zdumiewa najbardziej myśl, że swoją prawdę naród tak umiejętnie chronił i przechowywał. Tak długo i tak umiejętnie. Nasuwa się ciężkie podejrzenie. Czy nie za pochopnie sądziło się tę masę, widząc w niej bezwład i słabość lub dopatrując się w jej zniewoleniu codzienną wegetacją – braku zasobów duchowych.”


Powyższy fragment to zapis dziennika Kazimierza Brandysa, fragmenty rozdziału „1979. Czerwiec”, opisującego refleksje w okolicach warszawskiej wizyty Papieża. Jakże różny jest ten zapis od dzisiejszych doświadczeń, nieprawdaż? Dzisiaj ludzie nie muszą się widzieć, żeby móc się policzyć, mogą manifestować swoje poglądy i swobodnie je dyskutować w powszechnie dostępnych medialnych kanałach przepływu informacji, na których kształt sami mają wpływ. Nikt nie stara się nawet wmawiać komukolwiek, że szara masa tłumów jest bezwolnym bydłem, które podlega sterowaniu jakiś ciemnych sił. Obywatele kraju nad Wisłą są pełnoprawnymi podmiotami korzystającymi ze swoich praw do brania udziału w kształtowaniu życia własnej zbiorowości.

W przeciwieństwie do Polski gierkowskiej, nie ma żadnego niebezpieczeństwa że przyszłe pokolenia będą spłacały długi zaciągane przez rządzących tu i teraz, wszak system społecznej kontroli działa bardzo dobrze. Gospodarka rozwija się bez przeszkód a drobni przedsiębiorcy nie są traktowani jak gierkowscy badylarze, lecz zgodnie ze stanem faktycznym jak najwyższe dobro tego kraju, które ma największy udział w wytwarzaniu PKB. Nie ma żadnych barier rozwoju dla biznesu, a pracownicy są traktowani jak podmiotowi partnerzy, bez których zaangażowania ten rozwój byłby niemożliwy.

***

Zastanawia tylko dlaczego w tych jakże sprzyjających, pogodnych i pożądanych okolicznościach co chwila wychodzą na powierzchnię jakieś dziwne pomruki niezadowolenia...

„"TVP", "Bazylika" czy "Precz z TVN" - takie okrzyki rozległy się na Rynku Głównym, gdy na telebimach trwała transmisja TVN. Zgromadzeni przed telebimem ludzie domagali się w ten sposób włączenia obrazu z telewizji publicznej, a nie TVN. Część osób chciała oglądać obraz bazyliki, tymczasem w TVN trwały rozmowy komentatorów. - Chcieliśmy oglądać bazylikę i trumny prezydenckiej pary, a nie rozmowy dziennikarzy. Przyjechaliśmy tu z daleka, by uczestniczyć w pogrzebie, a oglądamy rozmowy w studiu - tłumaczył nam mężczyzna stojący przed telebimem w okolicach ul. Szewskiej. Gdy wygaszono telebimy, na Rynku rozległy się oklaski.”

niedziela, 29 sierpnia 2010

Fanatyzm, prawda i konsekwencja

Borusewicz: Walczyliśmy o coś innego, a tu wyszły najgorsze instynkty. Fanatyzm. […] Były oczywiście fanatyczne postawy i w Sierpniu, ale one były spychane na margines.
Redaktor: Mówi pan marszałek o obrońcach krzyża, ale z drugiej strony też są radykalne zachowania. Pewien poseł z Lublina mówi, że byłby szczęśliwy, gdyby w tym roku umarł Jarosław Kaczyński.
Borusewicz: Ale to są głosy indywidualne, których swoja drogą nie pochwalam.”


Warto zwrócić uwagę na to co jest tak naprawdę powiedziane w tym fragmencie rozmowy z Bogdanem Borusewiczem. W stawianym nam za wzór Sierpniu 1980 postawy fanatyczne były spychane na margines. Powinniśmy takie postawy spychać na margines również i dzisiaj. Pewien poseł z Lublina zatem też powinien zostać usunięty na margines jako fanatyczny głos indywidualny, którego autorytet Sierpnia zresztą nie pochwala. To dobrze. To bardzo dobra zapowiedź. Tym bardziej, że fanatyzm wśród kierownictwa rządzącej partii jest prawdziwym zagrożeniem, w przeciwieństwie do fanatyzmu przygodnych przechodniów zatrzymujących się pod pałacem namiestnikowskim. Mam nadzieję że tak jak w Sierpniu 1980 pan marszałek jest równie dobrze poinformowany i teraz.

Jednak kwestia opinii o dominancie społecznego zbiorowiska pod smoleńskim krzyżem pokazuje, że pan marszałek czerpie swoja wiedzę na ten temat z naszych wiodących mediów. Gdyby wybrał się pod krzyż, by wsłuchać się w tą zbiorowość, być może zobaczyłby, że po pierwsze obrońcy krzyża wcale nie stanowią większości, po drugie liczba agresywnych fanatyków nie jest tam wyższa niż w polskim Sejmie. To stawia pod smutnym znakiem zapytania wiarygodność pana marszałka w kwestii marginalizacji fanatyków wśród polskich posłów.

Fanatyzm i najgorsze instynkty nie są cechą tylko jednego posła z Lublina. W wywiadzie opublikowanym w weekendowej Rzepie, Stefan Niesiołowski konstatuje w swoim jakże wyrafinowanym cywilizacyjnie zachodnio-europejskim stylu:

„Klasycznym szkodnikiem jest Jarosław Kaczyński, który od 20 lat w każdej niemal sprawie zajmuje stanowisko destrukcyjne, szkodzące Polsce. [...] Jest klasycznym przykładem człowieka, który nie ma żadnych zahamowań, żadnych zasad, żadnych wahań. Byle tylko dorwać się do władzy. Niewiele takich elementów jest u Palikota.”

Jak wiadomo bycie zastępcą przewodniczącego rządzącej partii nie jest w najmniejszy sposób przejawem dążenia do władzy. Podobnie jak deklaracje założenia własnej partii, czy chełpienie się bliskimi stosunkami z obecnym prezydentem oraz własnym wpływem na politykę rządu Tuska. Dlatego Niesiołowski może z pełną swobodą stwierdzić, bez obawy ośmieszenie i skompromitowanie własnej osoby, że Palikot twierdzący jakoby Lech Kaczyński był pijany na pokładzie samolotu skompromitował się jako polityk:

„Powtarza plotki. A polityk traci uznanie, jeśli powtarza plotki. Zrobiono badanie, wykluczono alkohol. I Palikot się ośmieszył.”

To bardzo cenna uwaga. Zwłaszcza w ustach kogoś kto sam dementuje swoje słowa w tym samym wywiadzie. W jednej chwili bowiem stwierdza Niesiołowski po trzykroć:

Niesiołowski: Generalnie krytyka Lecha Kaczyńskiego była słuszna. Moim zdaniem to najgorszy, oczywiście w demokratycznej Polsce, prezydent. Bo trudno go porównywać do Bieruta.
Subotić: Gorszy niż Aleksander Kwaśniewski?
Niesiołowski: Gorszy, zdecydowanie.
Subotić: Gorszy niż Lech Wałęsa?
Niesiołowski: Oczywiście. Nie ma porównania.”


By za chwilę bez cienia zażenowania zadeklarować:

To jeszcze nie pora, bym dokonywał analizy prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Pozostanę przy swoim zdaniu i tego zdania będę bronił trochę później. Najwcześniej za rok. Żałoba już minęła, ale jednak jest za wcześnie.”

Co więcej, Niesiołowskiemu nie tylko nie przeszkadza zaprzeczanie samemu sobie, ale także nie będzie w najmniejszym stopniu kompromitowało go kłamstwo albo żenujący brak wiedzy. Stwierdza np. o Wawelu:

"Do tej pory była powszechna akceptacja tego miejsca i wszystkich tam pochowanych."

pomijając najwyraźniej kontrowersje choćby z Piłsudskim albo Słowackim. Mówiąc o wojnie polsko-polskiej:

"Pomiędzy ZChN a Unią Wolności nie było wojny domowej, nawet nie było jej pomiędzy AWS a SLD. Taką wojnę wprowadził PiS"

najwyraźniej nie zauważając słynnej deklaracji Andrzeja Wajdy. Inne drobne niekonsekwencje sobie daruję, myślę że widoczny nawet dla przeciętnego laika lapsus w odpowiedzi na niemal każde pytanie jest wystarczająco kompromitujący. Wszak polityk, który powtarza plotki się ośmiesza i traci uznanie. A co się dzieje z politykiem, który kłamie w co drugim zdaniu i przeczy samemu sobie w jednym wywiadzie? Tak, macie rację: walczy z demonicznym fanatyzmem społeczeństwa!

piątek, 27 sierpnia 2010

JOW i bzdura bezosobowych poglądów

Wielokrotnie przy opisach ordynacji większościowej pada hasło „prawdziwego prawa Duvergera” mówiącego o tym, ze przy jednomandatowych okręgach wyborczych liczba partii politycznych zawsze dąży do dwóch. Jak większość tzw. „prawdziwych praw” tak i to hasło wzbudza mój niepokój. Pomijając logiczny błąd wielkiego kwantyfikatora, to przykład Wielkiej Brytanii pokazuje że liczba partii wcale nie musi wynosić dwie oraz, co więcej, może powstać sytuacja konieczności zawarcia klasycznej koalicji między partiami. Upada jednocześnie przy okazji główny zarzut przeciwników JOW, jakim jest niebezpieczeństwo zdominowania Sejmu przez jedno ugrupowanie, które uzyska we wszystkich okręgach 51% głosów. Chciałbym się jednak przez moment zatrzymać na kwestii idei ordynacyjnej.

Potoczna opinia mówi, że w ordynacji proporcjonalnej wybieramy poglądy, zaś w ordynacji większościowej wybieramy ludzi. 

Po pierwsze, powtórzę taką małą uwagę techniczną: jednomandatowe okręgi wyborcze nie oznaczają automatycznie ordynacji większościowej. W przypadku wprowadzenia JOW zapisana w naszej konstytucji zasada proporcjonalności wyborów do Sejmu i Senatu nie byłaby naruszona, zatem nie trzeba zmieniać konstytucji aby te nieszczęsne JOW-y wprowadzić. Zostało to ładnie przedstawione m.in. w tym artykule.

Po drugie zaś przyznam, że nie bardzo rozumiem, co mają na myśli osoby wypowiadające pogląd o wybieraniu podczas wyborów poglądów. Po to przecież jest 460 posłów, aby była różnorodność tych poglądów. W jednej sprawie dany poseł ma takie zdanie, w innej inne zdanie. Może opierać się na opiniach swoich partyjnych kolegów lub innych autorytetów, ale zawsze powinna to być suwerenna decyzja posła. Jest on człowiekiem, myślącym i odpowiedzialnym, a demokracja w teorii przynajmniej powinna zapewniać warunki dla zbiorowego podejmowania decyzji, których zdroworozsądkowość jest podzielana przez największą liczbę osób. Idea dyscypliny partyjnej niszczy demokrację, zwalniając posłów z obowiązku myślenia, z odpowiedzialności za swoje decyzje, które są wynikiem nie ich wewnętrznego przekonania lecz decyzji wąskiego grona partyjnego kierownictwa. 

***

Zastanawiam się cały czas, po co obecnie jest aż tylu posłów, skoro i tak reprezentując 4 tylko partie polityczne reprezentują 4 rodzaje poglądów? Może wystarczyłoby tylko tylu posłów ile jest partii przekraczających próg wyborczy i, podobnie jak to się dzieje w spółkach akcyjnych, osoby te miały by taki procent liczby głosów do dyspozycji, jaki procent poparcia uzyskały w wyborach? Byłoby to rozsądniejsze, oszczędniejsze i racjonalniejsze. Członkowie rządu, powoływani spośród przygotowanych do tego fachowców, byliby takimi samymi urzędnikami, jak każdy inny pracownik administracji państwowej. Czy naprawdę musimy zatrudniać tak liczną rzeszę posłów, z których żaden nie mówi tego co myśli, powtarzając frazesy zgodne z linią partii? Czy naprawdę musimy utrzymywać te spersonifikowane lecz bezwolne procentowe głosy charakterystyczne dla walnego zgromadzenia akcyjnej spółki?

A może jest tak, że dokonując wyborczych decyzji oceniamy nie poglądy, lecz ludzi właśnie i ich działania? Jeśli w latach 90-tych wróciło do władzy SLD, to czy dlatego, że społeczeństwo nagle zmieniło poglądy na „lewicowe”? Czy raczej dlatego, że było zmęczone wojną na górze poszczególnych osób z tzw. środowiska postsolidarnościowego? Może wyborcy stwierdzili, że zagłosują na ludzi, którzy może i nie są uczciwi, ale przynajmniej się nie kłócą i potrafią rządzić, bo mają w tym doświadczenie. Trudno, że PRL-owskie, ale lepsze takie niż żadne. Z tych samych powodów następnie SLD straciło władzę. Nie dlatego, że nagle wszyscy stali się zatwardziałymi katolikami i/lub liberałami, ale dlatego, że zobaczyli, że członkowie SLD okazali się ludźmi bardziej niż w najgorszych przewidywaniach tą władzę wykorzystującymi.

Zmierzam do tego, że nie ma poglądów oderwanych od ludzi; że poglądy to jedno, a konsekwencja w ich realizacji to drugie. Każdy z osobna ma jakieś poglądy i są to w przypadku jednej osoby poglądy różne w różnych kwestiach. Jeśli jestem liberałem, nie oznacza to, że odmawiam sobie prawa do krytyki wulgarności w miejscu publicznym w imię źle rozumianej tolerancji. Jeśli jestem ateistą, nie oznacza to, że był muszę być antyklerykałem. Nie podzielam w najmniejszym stopniu poglądów Marka Jurka, ale jestem pełen uznania dla formy prezentowania przez niego swoich poglądów. Jeśli wybieramy człowieka jako naszego przedstawiciela, to po pierwsze dlatego, że podzielamy przynajmniej część jego poglądów i po drugie dlatego, że wierzymy, że dochowa wierności deklarowanym ideałom i po trzecie, dlatego że wierzę, że ten konkretny człowiek jest w stanie zachować się rozsądnie w danej sytuacji. Głosując na człowieka, a nie na partię nie rezygnuję z wybierania poglądów, a otrzymuję dodatkowo możliwość decyzji o formie reprezentacji tychże poglądów.

***

Jednym z potocznych zarzutów wobec JOW, to niebezpieczeństwo zapełnienia Sejmu Stokłosami. Przyznam, że nie trafia do mnie ten argument, bo obecna ordynacja umożliwiła realizację innego scenariusza: zapełnienia Sejmu Palikotami, Niesiołowskimi, Kutzami, Kurskimi, Kaliszami i innymi. To jest ta reprezentacja poglądów społeczeństwa? Wystarczy prześledzić liczby głosów na poszczególnych kandydatów w poszczególnych okręgach, by zobaczyć, że niektórzy posłowie zwycięskiej partii weszli do Sejmu po uzyskaniu kilkuset głosów, a inni nie weszli do Sejmu po uzyskaniu kilkunastu tysięcy głosów. To ma być sprawiedliwa proporcjonalna reprezentacja społeczeństwa? Wolne żarty! JOW nie musi wyeliminować z Sejmu Palikotów czy Stokłosów, ale argument, że w przypadku wprowadzenia JOW Sejm może zostać zdominowany przez takie indywidua, to jawna obraza i dosadna manifestacja pogardy dla wyborców oraz niepoważne traktowanie demokracji. 

Głosując na człowieka głosuję także na jego poglądy. Po to jest 460 posłów, aby w Sejmie były reprezentowane różne poglądy. Prawdopodobieństwo zdobycia 100% mandatów przy 51% poparcia jest takie samo jak obecnie zdominowanie Sejmu przez bezpartyjnych. Społeczeństwo dokonuje wyboru. Teraz też jest sporo ugrupowań, które nie mają parlamentarnej reprezentacji i nikt nad tym nie płacze. 47% wyborców, którzy poszli na ostatnie wybory nie będzie miało swojego reprezentanta na urzędzie prezydenta. Czy to jest powód do podnoszenia przez kogokolwiek pomysłu zdywersyfikowania urzędu prezydenta? 

Wybierając konkretnego człowieka mamy szansę rozliczyć tego konkretnego człowieka. Jeśli obecnie uznamy, że np. taki Palikot nie spełnia naszych oczekiwań jako reprezentant narodu, nie mamy żadnej możliwości wpłynięcia na jego pozycje na partyjnej liście decydującej o obecności w Sejmie. Gdyby zaś były JOW-y, odpowiednio skonstruowana kampania mogłaby przekonać mieszkańców jego okręgu, że wstyd jest mieć takiego posła. Tym bardziej, że w rodzinnym Lublinie Palikot nie ma chyba poparcia przekraczającego 50%.

***

Jednomandatowe okręgi wyborcze to mocno dyskusyjny temat i kontrowersyjne rozwiązanie. Wbrew temu, co sądzą jego krytycy, zwolennicy JOW nie traktują tego rozwiązania jako remedium na wszelkie bolączki demokracji. Wprowadzenie JOW musiałoby być poprzedzone szeroką dyskusją na temat dodatkowych warunków i szczegółowych rozwiązań. Dotychczasowa dyskusja polega na tym, ze o JOW rozmawiają albo zdeklarowani przeciwnicy JOW w studiu, albo jego zdeklarowani zwolennicy na internetowych blogach – taka sytuacja jest parodią demokracji. Dyskusja na ten temat nie może się także odbywać w warunkach jakiejkolwiek kampanii wyborczej czy doraźnych marketingowych działań jednej partii. Grozi to kolejnym legislacyjnym i ordynacyjnym bublem, który niczego nie usprawni, a zmieni tylko prawne furtki. Szanse na wprowadzenie JOW raczej oceniam jako nikłe w ciągu najbliższych kilkunastu, jak nie kilkudziesięciu lat, jednak dyskusja powinna się toczyć, abyśmy podczas ewentualnego referendum w przyszłości mogli decydować świadomie, a nie na podstawie obiegowych stereotypów i/lub uprzedzeń.

Dlatego wydaje mi się, że wysiłek zwolenników JOW, których podobno jest niemało, powinien iść przede wszystkim właśnie w kierunku jak najszerszej popularyzacji tematu DYSKUSJI o JOW. Sami woJOWnicy powinni się być może zastanowić nad rezygnacją z budzącej opór propagandowej agitacji na rzecz wprowadzenia JOW w życie. Powinniśmy natomiast nieustannie żądać od mediów organizowania rzetelnych paneli, w których brali by udział w równych siłach zwolennicy i przeciwnicy JOW. 

środa, 25 sierpnia 2010

Administracja Salonu24 pokazała COJONES - sprawa Intuicji

Jest litera prawa i duch prawa. Litera prawa to np. regulamin traktowany literalnie. Kazdy prawnik zwraca jednak uwagę na określone cele, jakie prawodawca chciał osiągnąć konstruując w okreslony sposób dany zapis prawny. Czy oficjalny powód blokady blogerki Intuicji, naruszenie Regulamin IV.1, jest zgodny z duchem tego punktu?

1. Media Obywatelskie Sp. z o.o. mają prawo według własnego uznania bezzwłocznie skasować lub zablokować (całkowicie lub czasowo) Komentarze lub/i Notki (a także całe Konto Użytkownika) lub zablokować Użytkownikowi możliwość osadzania kodu HTML w reakcji na:
  1. Łamanie zasad Netetykiety lub zachowania niezgodne z zasadami współżycia społecznego.
  2. Działanie na szkodę Salon24.pl lub Media Obywatelskie Sp z o.o., w szczególności poprzez narażanie na szwank dobrego imienia Salon24.pl.

Czy ten zapis ma służyć ochronie blogerów i czytelników przez zalewem chamstwa i plugastwa? Czy też ma być pretekstem do cenzury?

Jest czymś innym spamowanie informacją o akcji społecznej, a czymś innym jest spamowanie wulgarnymi wyzwiskami. Czymś innym jest nachalna manipulacyjna reklama przekazująca pod pozorem informacji o produkcie treści społecznie szkodliwe, a czymś innym jest rzetelna informacja o nowym produkcie. Każdy bloger ma do dyspozycji narzędzia pozwalające bronić się przed internetowymi trollami: możliwość usunięcia komentarza i/lub całkowite zablokowanie danemu userowi możliwości komentowania. Dlaczego Administracja wyręcza blogerów w korzystaniu z tych narzędzi? Czy działania Administracji nie powinny być ograniczone tylko do blokowania tych userów, których NOTKI (nie komentarze) naruszają Netykietę?  Nie mówiąc juz o wynikającym z elementarnego poczucia przyzwoitości zwyczaju informowaniu zainteresowanego o planowanych wobec niego działaniach. UOKiK orzekł swego czasu, że jakikolwiek operator nie ma prawa odłączyć np. telefonu bez uprzedzenia.

Słynny paragraf 212, na podstawie którego siedzi w gdańskim wiezieniu (żeby trudno było zorganizować przez jego warszawskich znajomych protest pod jakże wymownym więzieniem na Rakowieckiej) Rafał Grupinski, działa w Realu, a na Salonie24 działa Regulamin IV.1?

Igor Janke nie komentuje sygnałów dotyczących nieprawidłowości funkcjonalnych swojej platformy. Nie przeszkadza mu to nawoływać kolegów dziennikarzy, by pokazali swoje cojones. Administracja Salonu24 pokazała nam za to po raz kolejny swoje cojones, korzystając z zapisu w sposób niewątpliwie sprzeczny z jego duchem. Pokazała nam, userom, swoje cojones w sposób, którego po imieniu nazwanie naruszyłoby nie tylko Netykietę, ale wszelkie zasady społecznego funkcjonowania. Mówiąc w sposób oględny dostaliśmy wszyscy po raz kolejny informację: "możecie nas cmoknąć, będziemy tu robić to, co NAM się podoba, a jak sie nie podoba to fora ze dwora, bo my stoimy na straży ZASAD". Zasad wybiórczych, w sposób nadto czytelny, dla średnio inteligentnego usera.

Ja nie mam zamiaru nikogo w nic cmokać. A Salon24 oraz Igor Janke niech sobie trwają w swoim pysznym przekonaniu, że mają „niezależną” platformę, bo na „prawicowej” platformie jest także dużo lewicowców.

Blokada INTUICJI to nie skandal. To  ABSURD i KOMPROMITACJA!!!

czwartek, 19 sierpnia 2010

Chłopiec spod Barbakanu - polemika

To będzie emocjonalna notka napisana pod wpływem chwili. Pod wpływem przykrej notki Lubicza z refleksjami o Pomniku Małego Powstańca. Niestety jest ona przykładem tego, do czego doprowadza zrównywanie wszystkiego ze wszystkim i porównywanie nieporównywalnego.

1) Jest jakimś potwornym naduzyciem zrównywanie narkotyzowanych afrykańskich dzieci z karabinami w rękach z warszawskimi dziećmi, którym konkretni niemcy (specjalnie piszę z małej litery, by odróżnic ich od Niemców, którzy nie zatracili swojego człowieczeństwa) bestialsko zamordowali rodziców, wujków ciotki. Tragizm sytuacji polskich sierot i polskich rodzin, spośród których nie ma chyba żadnej, która nie straciła kogoś w wojnie jest przyrównywany do wysyłania na rzeź dziecięcych terrorystów obwieszonych granatami. Ublizajacego charakteru takich porownań nie chcę tłumaczyć, bo cisną mi się na usta jedynie sformułowania niecenzuralne.

2) Odmawianie warszawskim dzieciom podmiotowości, twierdząc że byli nieswiadomymi narzedziami w rękach rodziców także ubliża zarówno tym dzieciom jak i ich rodzicom. To ostateczność i determinacja woli popychała ich do udziału w tym horrorze, a nie bezduszność dorosłych. Nie znam szczerze mówiąc relacji, w których zapłakane dziecko było zmuszane do biegania z pocztą na drugą stronę ulicy. Nie znam relacji odurzania dzieci, by wykonały samobójcze rozkazy fanatycznych dorosłych. Znam natomiast wiele relacji dzieci, które za wszelka cenę chciały pomóc swoim bliskim w tej beznadziejnej i tragicznej sytuacji.

3) Nie tylko dzieci sa ofiarami. Ofiarami są wszyscy: dzieci, kobiety, mężczyźni, dorośli i emeryci. Wszyscy. Wszyscy ówcześni Warszawiacy są ofiarami nie wojny, na którą wysłali ich bezduszni i cyniczni politycy, ale wojny, która toczyła się o fizyczne przetrwanie fizycznych konkretnych osób. Oni brali udział w powstaniu równie beznadziejnym jak powstanie w Gettcie Warszawskim. Tylko, ze odwagi i determinacji warszawskich Zydów nikt nawet nie próbuje dezawuować, podczas gdy duzy odsetek Polaków wiesza psy na bestialstwie AK-owskiego dowództwa, które zgotowało warszawiakom hekatombę. Jak widać komunistyczna propaganda, niczym to biblijne ziarno, ciągle wydaje owoce sukinsyństwa.

4) Pod Głogowem 1000 lat wcześniej obrońcy strzelali do własnych dzieci przywiązanych do maszyn oblężniczych. Można się spierać czy było to bestialstwo czy bohaterstwo, czy obrońcy mieli po prostu świadomość, że jeśli nie odeprą szturmu to i tak wszyscy zostaną wyrżnięci do nogi, zatem strzelając do własnych dzieci bronili samych siebie i własnego życia. Czy to coś zmienia? Czy te dzieci przywiązane do machin są ofiarami li tylko tej sytuacji? Czy tez ofiarami są spustoszeni wewnętrznie obrońcy, a także wyzuci z resztek człowieczeństwa atakujący? Czy to wystarczy aby robić tak uwłaczające porównania?

Nie relatywizujmy wartości, bo stawianie znaku równości między ofiarą i oprawcą nigdy nie przynosi nic dobrego. W systemie prawnym Kara pełni nie tylko funkcje zadośćuczynienia. Kara pełni nie tylko funkcje odstraszania. Wyrok i nieuchronność kary pełni także rolę porządkującą świat, normy i wartości obowiazujące w społeczeństwie. To co robi się takimi wpisami to nie demaskacja hipokryzji, ale fałsz i obłuda w czystej formie, to destrukcja podstawowej dla porządku społecznego granicy miedzy dobrem i złem.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Intelektualna (nie)odpowiedzialność

Podsłuchany pod krzyżem dialog Młodego ze Starym:

- ty nic nie wiesz o życiu, ty za młody jesteś! więc lepiej cicho bądź i nie gardłuj
- sam nie gardłuj, bo to ja pracuję na twoja emeryturę, więc lepiej ty siedź cicho!

W ten oto sposób młody człowiek przekreślił sens swoich składek na ZUS i przyszłą emeryturę. Wszak zawsze będzie tak, że wypracowane pieniądze będą procentować pod warunkiem pracy kolejnych pokoleń. Pieniądze same z siebie niczego nie produkują. Nawet jeśliby zamiast emerytury, młody człowiek, gdy już będzie stary, żył z odsetek z sumy wypracowanych przez całe życie pieniędzy, to nowi klienci banku mogliby powiedzieć, że to dzięki ich pieniądzom, jego oszczędności przynoszą niezbędny do przeżycia procent. Czy tez może kredytobiorcy jako źródło przychodu dla banku powinni kazać takiemu rentierowi siedzieć cicho.

W tym krótkim dialogu ustanowiony został także stosunek niewolniczej podległości między emerytem, a aktualnie pracującym pokoleniem. Nastąpiło ubezwłasnowolnienie emeryta i odebranie mu prawa głosu. Jeśli ma bowiem się nie odzywać, bo obecni młodzi na niego pracują (a fakt, że on całe życie pracował na swoją emeryturę nie ma znaczenia) to w zasadzie dlaczego nie odebrać mu w ogóle prawa głosu?

Zlikwidowana i zanegowana została także zasada solidarności społecznej, można wszak z rozumowania młodego człowieka wysnuć wniosek, że prawo głosu mają tylko Ci, co pracują. Zatem prawa wyborcze i prawo do wyrażania swojej opinii powinno się także zabrać wszystkim niepracującym żonom, studentom i osobom na zwolnieniach lekarskich. Wszak oni nie pracując, konsumują podatki płacone przez tych, którzy pracują.

Warto zastanawiać się w każdym momencie nad językiem używanym do opisu rzeczywistości i nad konsekwencjami, jakie niosą nadużywane uproszczenia i skróty myślowe. Zwłaszcza wobec tak daleko posuniętej intelektualnej degrengolady „młodych, wykształconych, dobrze zarabiających”.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Trzy wieki tuskomatołków?

Przeczytałem w Rzepie recenzję prozy Tadeusza Korzeniewskiego, w efekcie czy może w afekcie, pobiegłem natychmiast do internetowej księgarni, by w paru kliknięciach złożyć zamówienie i po jakimś czasie delektowałem się kilkoma kartkami oprawionymi dla kurażu w twarde oprawki. Połknąłem Korzeniewskiego w kilka godzin, rzuciłem się więc z rozpędu na weekendowy Plus-Minus, gdzie znalazłem kolejne teksty dotykające do żywego osobiste sfery moich chorych zainteresowań.

Na początek Ziemkiewicz, który cytując całkiem ciekawie śpiewającą Marię Peszek, być może wbrew własnym intencjom udowadnia, że Polska jako osobne państwo, czy nawet osobny naród, w zasadzie nie ma racji bytu. W połączeniu bowiem z opisem traktatu ryskiego dokonanym przez Piotra Zychowicza, daje ten cytat spójny obraz nie do końca świadomej, ale jednak rezygnacji Polaków z własnej podmiotowości na międzynarodowej scenie. Przedstawianie, w prywatnych rozmowach między Polakami, mentalności i funkcjonowania takich krajów jak Czechy, jako wzoru zachowania Polski i Polaków, także nie jest niczym innym jak poniżającym redukowaniem własnej podmiotowości. Poniżającym i negującym wysiłek, ambicje i dokonania przeszłych pokoleń, uwłaczającym naszej 1000-letniej historii, redukującym ofiarę przegranych i wygranych narodowych powstań do lokalnych awantur rozwydrzonych terrorystów podjudzonych awanturniczą lekturą Sienkiewicza.

W tym kontekście tekst Krasnodębskiego o tym, że świadectwem braku funkcjonowania państwa jest „niewyjaśniona tragiczna śmierć lżonego za życia prezydenta” a nie tkwiący jak zadra na sumieniu „drewniany krzyż pod Pałacem” - jest rzeczywiście jakąś nadętą, egzaltowaną i archaiczną diagnozą, przejawem anachronicznej walki z wiatrakami w epoce jutrzenki nowego ładu, gdzie nikomu na niczym innym nie powinno zależeć, prócz pielęgnacji własnego ogródka. Ważne jest „tu i teraz” – żeby zacytować naszego Premiera.

„Chcesz pokoju – szykuj się do wojny”. Młodzi, inteligentni, wykształceni nie tylko nie znają często tej maksymy, nie tylko nie starają się zrozumieć, co jej autor miał na myśli, ale nie rozumiejąc o czym mowa odrzucają ją a priori, bo przecież pacyfizm i pokój, a tu jakaś wojna. A przecież do zrozumienia jej pacyfistycznego właśnie wydźwięku nie potrzeba dużo bystrości, inteligencji i dobrej woli. Okazuje się jednak, że to minimum mimo wszystko pozostaje poza zasięgiem całkiem sporej grupy osób.

W tym kontekście nie dziwi, że diagnozy Krasnodębskiego, czy opisy Ziemkiewicza budzą taki opór, taką niechęć, nawet jeśli nie do osoby autora, to do samego zapoznania się z tymi tekstami. Nie tylko intelektualny spokój mógłby zostać zakłócony, ale i samozadowolenie oraz poczucie własnej intelektualnej wartości mogłyby zostać narażone na szwank w sytuacji, gdy tezy nie dość, że sprzeczne z poukładanym światopoglądem, to jeszcze nie do końca zrozumiałe.

Z tej bezmyślności wyedukowanych w systemie 3 razy Z (Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć) korzystają liczne Dyzmy będące marionetkami sił dziwnych i urojonych, którym to siłom fikcyjność własnego istnienia w niczym nie przeszkadza realnie oddziaływać na polityczną rzeczywistość. Świat idzie do przodu pomimo licznych analogii i zapożyczeń, cały czas działają wciąż te same jednakowe mechanizmy. Opisy powstające nie raz i w różnych czasach, nie tracą na aktualności, lecz mało komu otwierają oczy. Wyspiański, Witkacy, Gombrowicz, Korzeniewski… Oddajmy na moment głos temu ostatniemu, który w 1976 roku opisywał spotkanie Imka z trzema duchami. Po rozprawieniu się z duchem Konstrukcji i duchem Karola przyszła pora na ducha Kraju:

„Duch Kraju siedział lękliwie i czekał na pierwsze pytanie.
 - A ty co tak się marszczysz. Oczy rozbolą – Imek.
 Ale duch Kraju nie ustaje w obywatelskim marszczeniu twarzy, jakby już tam na niego cała telewizja patrzała.
 - Nie, nie – mówi – ale kraj potrzebuje, serc, umysłów do pracy, dużo już zrobiliśmy, ale i dużo jest do zrobienia, musimy się troszczyć, musimy się jednoczyć, musimy się wszyscy zjednoczyć we wspólnej trosce o dobro naszego kraju, naszej ojczyzny, wiecie, idzie o to…
 - Przestań ty najpierw tyłek temu swojemu Saszy lizać, wtedy porozmawiamy o kraju.
 W samą dychę. Duch z mety wyparował.”



Świat idzie do przodu. Różnica między powyższym opisem a sytuacją dzisiejszą polega na tym, że dzisiaj Premier i Ministrowie nie mają nawet cienia tego poczucia przyzwoitości, która w 1976 roku wobec zauważenia prostego oczywistego faktu kazała duchowi zniknąć, uznać porażkę własnej postawy. Po 35 latach takie pojęcia jak honor, przyzwoitość, prawda dalej nie istnieją, zatem bez cienia żenady można wpychać się ze swoim „musimy się wszyscy zjednoczyć we wspólnej trosce o dobro naszego kraju” i trwać, TRWAĆ, TRWAMAĆ na zdobytych pozycjach, nikomu nie potrzeba już nawet nic tłumaczyć ani uzasadniać, bo wszyscy już kupili ten prosty fakt, że dbając o własny ogródek dbamy o dobrość kraju. Nieważne którego, bo życie przecież mamy jedno.

Przykład traktatu ryskiego pokazuje, że być może pękło coś w Polakach bezpowrotnie znacznie wcześniej i znacznie bardziej niż jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić. Być może rzeczywiście jedyną możliwością przetrwania jest zredukowanie Polski do roli czeskiego kraju balansującego pośród potężnych obcych sił, na które nie ma się najmniejszego wpływu. Widać wyraźnie, że frakcja tuskomatołków bezkrytycznie i afirmatywnie akceptująca taki stan rzeczy jest niezwykle silna i liczna. Widać również, że zrozpaczona i bezsilna frakcja niepodległościowców miota się nieporadnie jak spanikowana tonąca w gęstym bagnie ofiara losu.

Pytanie pozostaje otwarte, czy i co zrobi schowana zrezygnowana i niema dotychczas grupa Polaków faktycznie zajmująca się swoimi ogródkami, trzymająca się z dala od pseudosporów polskiego piekiełka. Jest ona przecież liczniejsza niż obie zwalczające się w swojej fikcyjnej wojnie frakcje razem wzięte. Czy będzie miała ochotę i predyspozycje, by przejąć zarządzający i organizacyjny nadzór nad ogółem ogródków? Czy też uzna, że właściwy geopolitycznie moment jest na tyle odległy, że trzeba zapewnić przetrwanie temu co ważne, w myśl starej rosyjskiej zasady „tisze jediesz, dalsze budiesz”? Pytanie…

Chciałbym podzielać wiarę Ziemkiewicza, że tak jak na początku XIX wieku tak i teraz „Nasz naród jak lawa / Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa / Lecz wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi / Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. Chciałbym wierzyć, że będziemy w stanie odrzucić tą nieprzydatną skorupę plugastwa i wydobyć z głębi nową Elitę, Elitę prawdziwą, która będzie nie tylko rozumieć sens wartości, która będzie nie tylko używać do opisu tych wartości adekwatnych pojęć, ale będzie także umiała swoje idee skutecznie wdrożyć w życie.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Krzyżowy ogień komentarzy

Dominik Taras, wyszedł na taras, w tym jest ambaras, że udał się cyrk.

Jestem naprawdę pełen uznania dla Warszawiaków, że nie zrobili zadymy w trakcie poniedziałkowej nocy. Kilka tysięcy ludzi i tylko kilkudziesięciu zadymiarzy z machającymi rękami, z wylewającymi się wyzwiskami. Macha ci taki przed nosem rękami wyzywając tak, że nie chce się powtarzać, by w końcu delikatnie cie szturchnąć. Gdy wyprowadzony z równowagi odepchniesz takiego „won z łapami” natychmiast jest reakcja „co się rzucasz?! Gdzie te łapy? Nakopać ci pedale?” Rzekłbym klasyka, więc po co się rozpisywać.

Nie warte by to było nawet wspomnienia, gdyby nie to, że dokładnie ta sama metoda przenosi się na werbalne dysputy na tzw. argumenty. Ktoś cię prowokuje żebyś się w końcu popukał w czoło, a gdy w końcu to robisz, to jest oburzenie „dlaczego mnie obrażasz? No tak, jak się nie ma argumentów to się milczy” A ja naprawdę nie mam już ochoty udowadniać po raz enty, że nie jestem wielbłądem.

Nie chce mi się. Dlatego zrobię mały kolaż swoich komentarzy w różnych miejscach.

W kontekście krzyża wre dyskusja na temat aspektów prawnych. Ja nie jestem prawnikiem, ale tak się zastanawiam tylko:

1) Właściciel terenu, czyli Kancelaria Prezydenta zdecydowała, że odstępuje od pierwotnego planu przeniesienia krzyża, ze względu na to, że grupie osób tak bardzo zależy na jego pozostawieniu. Zorganizowała się grupa, która w poniedziałek w nocy chciała ten krzyż przenieść nie będąc właścicielem terenu. I zastanawiam sie kto by łamał prawo? Przenoszący krzyż? Czy jego obrońcy? Ja nie wiem, zastanawiam się.

2) Prawo własności krzyża. Harcerze przyszli po swój krzyż i im zablokowano do niego dostęp. A prawo do praktyk religijnych? Księża przyszli po krzyż, by powędrował z pielgrzymką do Częstochowy i im zablokowano dostęp. A ja się zastanawiam: Czy kradzież prywatnej własności jest ścigana z urzędu? Czy harcerze albo księża poskarżyli sie komuś? Czy księża i harcerze odstępując dobrowolnie od zamiaru przeniesienia krzyża zrzekli się prawa własności? Czy nie?

3) Krzyż z puszek po piwie nie był przedmiotem kultu religijnego, bo był niepoświęcony. Krzyż pod Pałacem jest poświęcony. Od niedawna ale jest. Zatem na pojawiające się tu i ówdzie pytanie o możliwość postawienia sobie Wielkiej Kupy na środku Marszałkowskiej odpowiedź jest dość prosta: Wielka Kupa nie jest święta, żeby mogła być święta musiałaby być wystawiona prawdopodobnie przez zarejestrowany związek wyznaniowy. Jak jest nie wiem.

4) Kwestia samowoli budowlanej. Na pewno nie można postawić czegoś, co utrudnia ruch w ciągu komunikacyjnym. Krzyż nie stoi w ciągu komunikacyjnym. Stoi nieco z boku i jedyną rzeczą utrudniającą ruch jest tłum ludzi wokół niego. Ale wokół Indian grających pod Zamkiem Królewskim jest tłum porównywalny. Ich też przydałoby się zatem usunąć. Ich kolumna głośnikowa razem ze statywem na mikrofon zajmuje więcej miejsca niż ten drewniany krzyż. Nie widzę tu samowoli budowlanej. A jeśli jest, to Indian i innych ulicznych grajków też należy usunąć. W końcu jest równość wobec prawa czy nie?

5) Jest jeszcze temat symboli religijnych w miejscach publicznych jak muzułmańskie chusty czy krzyżyki na szyjach - słyszałem sugestie, że tego też powinno się zabronić (jak te chusty we Francji), bo przecież Państwo jest świeckie. Co zatem z satanistycznymi gwiazdami Slayera lub Behemota na koszulkach? Co z wisiorkami z trupimi czaszkami? Ich też zabronić? Jak odróżnić chustę polskiej wiejskiej baby od chusty muzułmańskiej? Czy jeśli babcia przyszłaby na wywiadówkę w zielonej łemkowskiej chuście, musiałaby zapłacić grzywnę? Jak odróżnić będącą ozdoba li tylko gwiazdę Slayera, od będącej przedmiotem religijnego kultu satanistycznej gwiazdy?

Art. 53 Konstytucji mówi miedzy innymi, że:

pkt 1) Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. 

pkt. 5) Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób.

pkt. 6) Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych.

Jako bezwyznaniowiec murem będę stał za konstytucyjnym prawem do modlenia się w dowolnym miejscu i w dowolnym wyznaniu. 

Ważne jest zagwarantowania tego prawa do własnego zdania i wyznania, bo jak dzisiaj im tego odmówimy, to jutro nas wsadzą w kamasze. Kataryna słusznie się zastanawia na Twitterze „dlaczego demonstrowanie orientacji seksualnej na ulicy jest OK, a demonstrowanie poglądów religijnych już nie?”

Na Zachodzie, drodzy Państwo to by takiej grupie postawili Toy-Toye i przynosili herbatę. A tablica by stała wmurowana juz dawno. Na Węgrzech nawet pomnik juz postawili. Lecz Wy wciąż powtarzacie dyrdymały, że to modlące sie staruszki są obciachem. Państwo Polskie jest obciachem.

W normalnym kraju, w tydzień zrobiliby tablicę, wmurowali w chodnik i po sprawie. A u nas wałkują to tygodniami po to, byśmy mieli o czym gadać. Odgrzewanie tematu miejsca Kościoła w Państwie nie jest wynikiem "terroru" moherów tylko celowych działań palikotoidów. Oni wkładają Wam w Waszą kaszankę krzyż i każą się tym ekscytować, a Wy zamiast powiedzieć im spieprzaj, to rzucacie krzyżem w kościół, który stoi za oknem. A gdzie rozum??? A rozum śpi. 

Często jako komentarz można przeczytać ‎”pominę milczeniem" - no właśnie cały czas sie zastanawiam: milczeć czy nie milczeć? Jak ujął to jeden ze znajomych (co prawda jako argument przeciwko krzyżowi, ale brak logiki często jest konsekwencją ideologicznego zacietrzewienia): "w 33-cim dobrych poczciwych Niemców było więcej niż bojówkarzy z SS. Szkopuł polega na tym że ci przyzwoici siedzieli w domach podczas gdy bojówki hasały na ulicach."

Na zakończenie dodam tylko strawestowany cytat z Michnika (o generale Jaruzelskim): 

ODPIEPRZCIE SIĘ OD TEGO KRZYŻA! 

p.s. świetne uzupełnienie tego wpisu napisał Adam Pietrasiewicz. Zapraszam.