sobota, 30 października 2010

Pawka Morozow żyje

Obejrzałem podesłaną mi przez znajomą produkcję zespołu Oni-Nielegalni, a przy oglądaniu oczy otwierały mi się coraz szerzej. Ja rozumiem ideę walki z piractwem, rozumiem karygodność używania nielegalnego oprogramowania, ale żeby posuwać się w społecznej prowokacji do promocji postawy Pawki Morozowa? Czuję tu jakiś niezły szwindel. Co nam opowiada ten krótki filmik? Jest sobie małżeństwo, poznali się na studiach, są szczęśliwą parą. Do czasu. Po powrocie z delegacji żona odkrywa w torbie męża czerwone majtki, więc żąda rozwodu i natychmiast powstaje awantura o podział majątku. Mąż się stawia, więc ona donosi na męża, że ten używa w firmie nielegalnego oprogramowania. Tyle. Zagrane słabo, narracja poprowadzona nierówno, aczkolwiek profesjonalny lektor wskazuje, że nie jest to amatorska produkcja.

Co nam mówi ten film?
  1. Żyj dobrze z żoną, bo może na ciebie donieść.
  2. Dopóki żyjesz dobrze z żoną, możesz używać nielegalnego oprogramowania. Czy możesz kraść w inny sposób i robić inne brzydkie rzeczy? Pewnie tak. Dopóki nie narazisz się bliskim lub współpracownikom.
  3. Najlepszym sposobem na dociekanie swoich praw jest donos w innej sprawie.
Pawka Morozow był podobno bity przez ojca. Dobrze że Pawka ukrócił zapędy tego krwiopijcy. Tutaj mamy podobnie - wszystko byłoby dobrze, gdyby żona nie znalazła obcych majtek. Przez lata wszak było wszystko w najlepszym porządku. Byli niemalże wzorowym małżeństwem. Gdy chcesz dojść swojego, a druga strona się stawia? Donieś gdzie trzeba i już się ta szuja nie wywinie. Zastanawiam się tylko, czy żona także nie powinna ponieść jakiejś kary, że nie podzieliła się wiedzą o przestępstwie męża wcześniej. Bo że o przestępstwie wiedziała świadczą jej słowa "skoro tak, to na ciebie doniosę". Teraz.

Inne filmy tej grupy pokazują właścicieli firm, tracących wszystko z powodu złego traktowania pracowników, którzy wkurzeni idą na policje i zgłaszają, nie mobbing pracodawcy, ale właśnie używanie nielegalnego oprogramowania. Czy to jest właściwy sposób na komunikowanie idei legalności? No nie wiem. Chcesz załatwić prywatne porachunki? Zrób donos. Propagowanie etycznych postaw?

Ja tam widzę propagowanie znanego politycznego hasła: "By żyło się lepiej. Kolegom." - jeśli nikomu sie nie narazisz będziesz mógł używać nie tylko nielegalnego oprogramowania, ale różnych innych nielegalnych rozwiązań. Afera Rywina została ujawniona nie dlatego, że Michnik był tak uczciwy, tylko dlatego, że szantaż nagraniem nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Gdyby deal doszedł do skutku nie byłoby żadnej afery Rywina.

Tak to, proszę Państwa, niepostrzeżenie wtłaczane nam są, pod pozorem walki z piractwem, wzory postaw i zachowań, które stanowią podwaliny całej III Rzeczypospolitej.

Linki:
Film o niewiernym mężu
Pawka Morozow na wikipedii
Film o Pawce Morozowie

p.s. Tak, wiem, propaganda była robiona przez Goebelsa i za czasów komuny. Dzisiaj mamy do czynienia jednie z rzetelnym przekazywaniem informacji. A ten filmik to tylko taki żarcik. Całkiem niewinny.

środa, 27 października 2010

Wiktor w sztabie Kandydata

Wiktor dowiedział się z twittera, że o 18:00 zaczyna się część nieoficjalna, po oficjalnym otwarciu siedziby sztabu jednego z kandydatów na prezydenta miasta. Pomyślał sobie, że jako obywatel skorzysta z tego publicznego zaproszenia i obejrzy sobie Kandydata z bliska. Przy okazji weźmie jakieś ulotki, poczyta, posłucha, może uda się rozwiać ostatnie wątpliwości do Kandydata. Czuł się bowiem do niego prawie przekonany, choć to osoba świeża w miejskiej administracji, jednak z jakimś tam doświadczeniem zarówno menadżerskim, jak i politycznym. Jak pomyślał, tak zrobił. Choć nie znał dokładnego adresu, to duży plakat ściągał uwagę we właściwe miejsce.

Oho, dobre oznakowanie to podstawa - pomyślał i nieśmiało zbliżył się do wejścia. Rozglądając się, jakby kogoś szukał, obserwował uważnie pomieszczenie. Białe ściany, kilka krzeseł i stolik z kawą. Serce i tak biło rytmem przyspieszonym bliskością Kandydata, więc kawa nie wchodziła w grę. Ludzie stali w małych grupkach, pomiędzy zdaniami lustrując grupki sąsiadujące. Wiktor szukał jakiś ulotek, ale niestety poza kawą i lotniczym zdjęciem miasta nie było nic. NIC! Stał tak zatem czekając, aż może ktoś się zainteresuje samotnym mężczyzną, który być może czeka na moment właściwy do zdetonowania bomby. Nic z tych rzeczy. Ludzie zainteresowani tylko sobą i swoim partnerem w rozmowie, nie zwracali najmniejszej uwagi na człowieka, który najwyraźniej nie ma śmiałości samodzielnie nalać sobie darmowej kawy.

W rogu pomieszczenia Wiktor dostrzegł biegnące na piętro schody. Dostępu na górę bronił niski człowieczek z wyrazem zagubienia w oczach. Wiktor podszedł do niego, i spytał w nadstawione ucho:

- Czy jakieś materiały informacyjne to jest szansa dostać?
- A na stołach leżą ulotki...
- No nie leżą. Nic nie leży. Stoliki są puste.
- A to zaraz coś przyniosę z góry, proszę zaczekać.

Jak zaczekać to zaczekać, nie będzie się przecież jakiś tam nieznany nikomu Wiktor pchał na górę nieproszony. Teraz zatem stał tak sobie pod ścianą nie tyle czekając na moment właściwy do zdetonowania bomby, ile na materiały informacyjne, które zaraz zostaną przyniesione.

Bardzo wysokie to piętro być musi w tym sztabie - pomyślał Wiktor z nogi na nogę przestępując przez dłużące się minuty. W końcu nie wytrzymał, pożegnał wzrokiem puste schody i powoli skierował się ku wyjściu.

- Cześć, co tu robisz? - znajoma twarz była kołem ratunkowym, rzucanym przez los w ostatniej chwili.
- No przyszedłem zobaczyć co się dzieje i jak to wygląda. I jakiś taki chaos widzę potworny.
- No chaos jest i brak organizacji, to prawda...
- A ty co tu robisz? - odbił ping-ponga Wiktor.
- A ja przyszedłem tu do sztabu. Bo kandyduję na radnego.

Po kilku zdaniach, wymianie opinii, od słowa do słowa Wiktor został zabrany na górę, gdzie była taka sama salka jak na dole, tyle że z większą liczbą krzeseł i stolików. Wokół Kandydata stał wianuszek ludzi czekających na swoją kolej w ceremoniale ściskania ręki i wymiany kurtuazyjnych słownych uprzejmości. Wiktor w tej pozbawionej jakiejkolwiek formy przestrzeni był już zdecydowany. Jeśli brakuje im rąk do pracy, może pomóc. Zna się na tym i owym, widzi gdzie są niedociągnięcia możliwe do załatwienia niewielkim nakładem pracy. Jeśli wynika to z braku mocy przerobowych, to zaoferuje swoje ręce i głowę. Strona internetowa chociażby. Jest zarejestrowana domena, ale wyświetla się komunikat, że strona jest w budowie. Tak nie może być! To fatalne dla wizerunku! Kilka godzin i przynajmniej podstawowe informacje o lokalizacji sztabu można by wrzucić. A potem powoli dłubać resztę informacji. Jak nie ma nic w internecie to przecież jakby nic nie było.

Nadeszła w końcu pora i po krótkiej prezentacji padło sakramentalne pytanie Kandydata:

- Słucham, z czym Panowie do mnie przychodzą?
- Mam pytanie...
- Słucham!
- ...bo tu widać sporo braków...
- Jakich braków!?
- ...no brakuje materiałów informacyjnych, w internecie pusto, nikt się nie opieku...
- Proszę Pana, coś Panu powiem młody człowieku - Wiktor nie miał szansy nawet zacząć zadawać pytania - Pan reprezentuje pewien typ mentalności, którego jest większość w naszym społeczeństwie, którym się wszystko nie podoba, a którzy nie biorą pod uwagę że na wszystko potrzeba czasu. A ja reprezentuję typ mentalności, którego jest mniejszość w naszym społeczeństwie, ale to tacy ludzie jak ja zorganizowali tu wszystko w trzy dni, czego przez dwa tygodnie nie mogli zorganizować tacy ludzie jak Pan...
- Ja to rozumiem - tym razem Wiktor spróbował przejąć inicjatywę, - ale proszę mi pozwolić zadać pytanie. Mi nie chodzi bowiem o krytykowanie...
- Proszę niech więc Pan zada pytanie!
- ...wszystkiego wokół, tylko...
- Przepraszam, ale coś Panu powiem. Widzi Pan, mogę się założyć, że Pan nie ma - kontynuował tyradę Kandydat rozkładając wyjęty z kieszeni marynarki mały kalendarzyk - nawet kalendarza, bo tak dzisiaj się pracuje: bez organizacji, bez kalendarza i takie są właśnie efekty. Michał! - zawołał niskiego człowieczka z wyrazem zagubienia w oczach - tutaj Pan mówi że nie ma na dole ulotek. Gdzie są ulotki? Ulotki mają natychmiast się znaleźć! Przepraszam, zaraz ulotki będą...
- Ale mi nie chodzi o ulotki! - coraz bardziej zniecierpliwiony Wiktor rozpaczliwie szukał w głowie jakiegoś sposobu na przebicie się z własnym komunikatem przez ten zaporowy ogień słów maszynowych - ja chciałbym zadać proste pytanie: w czym mogę pomóc!?
- Dobrze, chce Pan pomóc...
- Tak, do kogo na przykład mógłbym się zgłosić, żeby omówić szczegóły? Żeby nie zajmować Panu cennego czasu, omówię szczegóły organizacyjne z kim?
- Coś Panu powiem - nie zrażony niczym kandydat ciągnął to, co miał ciągnąć, najwyraźniej nie zainteresowany rzeczywistością - ja na przykład chcę mieć kilkanaście spotkań z mieszkańcami. Ale nie z jakimiś urzędnikami, czy dziennikarzami, tylko z mieszkańcami. Chcę mieć spotkanie, na którym będzie co najmniej pięciuset mieszkańców, a nie dwudziestu dziennikarzy. Widzi Pan, wy nie wiecie jak się zabrać za najprostsze rzeczy, a ja w tym telefonie - tu wskazał na wyjęty z drugiej kieszeni marynarki telefon - mam cztery tysiące kontaktów i ja nie musiałem niczego organizować, żeby kilka tygodni temu mieć spotkanie w Domu Kultury na kilkaset osób, które było wielkim sukcesem. A Pan ile ma kontaktów, Wy macie po kilkadziesiąt kontaktów i nie wiecie jak się zabrać do zorganizowania czegokolwiek. Bo organizacja to przede wszystkim kontakty i znajomości, i trzeba znać odpowiednich ludzi do odpowiednich rzeczy! O proszę przyszły ulotki, niech Pan weźmie sobie... Pani Aniu, proszę się zaopiekować Panem, ten Pan chce pomóc, to trzeba to wykorzystać.
- Dziękuję, w takim razie do widzenia - Wiktor pożegnał się z Kandydatem i zostawił swoje namiary pani Ani, która też sprawiała wrażenie osoby zastanawiającej się, co się dookoła właściwie dzieje. Obiecała kontakt, bo każda pomoc jest ważna i, tym razem definitywnie Wiktor opuścił lokal.

Po kilku dniach strona internetowa dalej jest w budowie. Do Wiktora nikt się nie odezwał. Kandydat robi w mediach dobre wrażenie ponadpartyjnego fachowca, specjalistę od organizacji i likwidowania biurokratycznych zatorów. Być może z zarządzaniem miastem lepiej sobie poradzi niż z zarządzaniem własnym sztabem wyborczym. Nadzieja ta łączy mieszkańców miasta. Rzeczywistość zaś tradycyjnie skrzeczy.

poniedziałek, 25 października 2010

Co robić? Co robić?

To zadziwiające, jak skuteczna okazuje się dzisiejsza propaganda. Marginalizująca propaganda zniechęcenia. Dzisiaj nie stosuje się już bowiem propagandy aktywizującej do jakiejkolwiek idei. Dzisiaj robi się wszystko by zniechęcić obywatela do jakiejkolwiek aktywności. Aktywny obywatel jest niebezpieczny, w przeciwieństwie do obywatela biernego, sprowadzonego do roli wyrobnika, producenta i konsumenta. W tym żmudnym procesie niezauważalnie rezygnujemy z europejskiej idei indywidualizmu, przeskakujemy dalekowschodnią ideę kolektywizmu i forsujemy leibniz'owską ideę monad, które zamknięte we własnych ogródkach symulują komunikację, za pomocą jednostronnych kanałów konsumpcji pozorów informacji. Zatomizowane jednostki odmawiają przy tym jakiejkolwiek refleksji nad przeżywaną rzeczywistością.

Ludzie w zasadzie zawsze zamykali się w swoich plemiennych światach wyobrażeń, bardzo uważnie pilnując przestrzegania plemiennych reguł. Dzisiaj wobec utraty przez idee baumanowskiej strzałki, wskazującej kierunek rozwoju, wobec mnogości równorzędnych pomysłów i wspólnot, jakakolwiek refleksja stała się czynnikiem bardzo niebezpiecznym dla wewnętrznego poczucia spójności konstrukcji własnej osobowości. Jeśli czasem powiemy nawet coś niemądrego, to mamy tendencję upierania się przy tym stwierdzeniu, żeby we własnych oczach nie stracić narracyjnej ciągłości naszego życia. Jeśli chcemy zachować to poczucie konsekwencji naszych działań, nie możemy dopuszczać jakiejkolwiek analizy, która mogłaby często w dwu zdaniach wykazać brak jakiegokolwiek związku między poszczególnymi elementami światopoglądu. W efekcie nikt już nie przestrzega reguł porządkujących funkcjonowanie plemiennej grupy, bo wszystkie reguły jako równoważne zostały de facto unieważnione. Zaś sprzeczności między zasadami są nonszalancko pomijane. Dawniej nazywano to po prostu głupotą. Dzisiaj w celu zamaskowania głupoty używa się różnych dość oczywistych formuł, które są kupowane jako najwyższe mądrości legitymizujące nawet największe bzdury. "To zależy, jak na to spojrzeć", "świat nie jest czarno-biały", "należy dostrzegać także drugą stronę medalu" itd. itp.

Odczułem też na własnej skórze siłę, z jaką pewne sfery rzeczywistości wtłaczane są w nowe przestrzenie tabu. Jedną z takich przestrzeni niewątpliwie stała się sfera wartości. Ludzie chronią się przed atakiem alogicznego nonsensu poprzez ucieczkę od tematu. Jeśli ktoś zaczyna mówić o wartościach - nie jest przy tym istotne jakich - to momentalnie jest nokautowany zamykającymi wszelką dyskusję konstatacjami w stylu: "nie, znowu o krzyżu?" albo "nie mam ochoty rozmawiać o polityce", czy też "jasne, Kaczyński jest bogiem i na tym skończmy". Nie jest przy tym istotne, czy zaczyna się rozmowę od jakiegoś polityka, czy od wydarzeń historycznych, czy też od jakiegokolwiek innego tematu, dotykającego nawet w subtelny sposób sfery wartości. Ostatnio przydarzyło mi się to, gdy chciałem, nawiązując do Kołakowskiego, pogadać o poważnym traktowaniu zasad demokracji.

W konsekwencji zniszczenia tej pierwotnej potrzeby zachowania światopoglądowej spójności, czy też raczej wobec zniszczenia narzędzi umożliwiających rozpoznanie braku tejże spójności, przestają dziwić głosy sytuujące np. sprawstwo zbrodni w jej ofierze. Nikogo nie obchodzi, kto zaczął, bo trzeba przecież myśleć o przyszłości. Poza tym, teraz już przecież i tak nie dojdziemy do tego, kto zaczął, więc nie ma sensu się kłócić, bo to zgoda buduje. Z tego właśnie powodu nie ma sensu nauczanie historii w szkołach, nie ma sensu dochodzenie przyczyn katastrofy smoleńskiej, nie ma sensu dopatrywanie się związków między słowami polityków, a czynami szaleńców. Związki bowiem nie istnieją! Istnieją tylko producenci i konsumenci. Drogi, pozwalające dojechać do pracy. Zdrowa żywność pozwalająca dłużej pracować i/lub dłużej cieszyć się życiem. To jest przecież istotne, a nie jakieś pseudofilozoficzne dyrdymały.

Pisałem już o kulturowych tendencjach do zamykania (się) w gettach. To są procesy, nad którymi już nikt zdaje się nie panować. Brak świadomości czy celowe działanie - nie ma to już znaczenia wobec rozpędzonego pociągu ideologicznych walców. Niestety nie zmienimy rzeczywistości deklaracjami łódzkimi. Nie zmienimy rzeczywistości składaniem kwiatów przez prezydenta, premiera, marszałka. Jedyną szansą zmiany, czy też raczej ocalenia resztek rozumu, jest wewnętrzna walka o zachowanie samodzielności myślenia każdego z nas z osobna. Przetrwanie umiejętności stosowania zasad logiki w myśleniu i umiejętności rozpoznawania absurdów. Brak zaufania do plotek i poleganie na własnych ocenach. Czy ufamy pani spod magla? Media trzeba traktować z jeszcze mniejszym zaufaniem. Przekupka na bazarze rozprzestrzenia plotki z reguły w dobrej wierze: po prostu przekazuje to co usłyszała. Media realizują niestety określoną spójną strategię. Warto przy tym także pamiętać, że media to jednak coś więcej niż zbieranina dziennikarzy. Dziennikarze są ludźmi, media są instytucją. Dlatego należy sprawdzać sprawozdania i nie ufać tym ludziom, którzy choć raz skłamali, a będąc nakrytym na kłamstwie nie chcieli się z niego wycofać. To są żołnierze. Wśród dziennikarzy należy jednak dostrzegać także osoby. Tworzyć sieci osób godnych zaufania. Starać się przetrwać ten czas światopoglądowego zamętu, w którym całe ubranie wywinięte jest na lewą stronę.

Trzeba być gotowym. Przyjdzie pora, to osoby z działającym kompasem wskażą drogę...

wtorek, 19 października 2010

Sprzedać duszę, by kupić skórę

Zaczyna się fizyczne dorzynanie watah. Brawa dla partii rządzącej, brawa dla Palikota, Niesiołowskiego, Wajdy, Kutza, Sikorskiego, Tuska za uzywanie języka miłości! Jestem pod wrażeniem! Kto następny? Dalej uważacie, że polityka nie ma wpływu na Wasze codzienne życie? O naiwności! Jakże ty silna!

Stawiacie znak równości między "spieprzaj dziadu" Lecha Kaczyńskiego, a "Jeszcze jedna bitwa, dorżniemy watahy" Radka Sikorskiego? Palikot zaś stwierdził, że Kaczyńskiego należy zastrzelić, wypatroszyć, a skórę wystawić na sprzedaż. Nie wątpię, że nabywców znajdzie się wielu i jeszcze licytacje zrobią. Mówicie, w Łodzi to był jakiś zaburzony szaleniec. Niewiadomski też był szaleńcem. Ilu jeszcze trzeba takich szaleńców, by spadły Wam klapki z oczu? By dotarło do Was wreszcie, że w każdej zbiorowości są tacy szaleńcy i że dlatego właśnie trzeba ważyć każde słowo? Dla mnie ta jedna śmierć to za dużo. I nie dam się przekonać, że nic się nie stało, że to jednostkowy nieistotny przypadek, a my dalej przed kamerami możemy swobodnie dorzynać watahy i patroszyć wilki. Nie. Nie wolno. Nikomu!

Pisałem o prowokowaniu rewolucji tutaj. Ale nie sądziłem, że tak szybko i w tak dosłowny sposób się to zacznie. Chciałbym, by to był koniec, a nie początek, niestety po tym, co obserwowaliśmy od czasu pogrzebów, już w to nie wierzę. Zresztą festiwal odwracania kota ogonem trwa w najlepsze. W Emiratach Arabskich, gdy taksówkarz zgwałci pasażerkę, to ofiara idzie do więzienia, bo samotnie jadąc taksówką sprowokowała taksówkarza do zakazanego cudzołóstwa. My zdaje się wyznajemy inny system wartości, ale nie jestem już tego taki pewny słuchając wypowiedzi prof. Bartosia o Kaczyńskim: "Złodziej krzyczy łapać złodzieja", albo premiera polskiego rządu, który myli skutek z przyczyną: "Liczę na to, że wszyscy w Polsce otrzeźwiejemy, i że żadna śmierć nie będzie powodem do tego, że negatywne emocje i zło będą brały górę nad dobrem" - nikt jak dotąd chyba nie zwrócił uwagi, że to negatywne emocje są powodem śmierci a nie na odwrót.

Czas na protest. Aktywny protest. Nie tylko w Łodzi, ale w całej Polsce. Tak dalej być nie może. Autorzy zbrodniczych sugestii muszą zostać wyeliminowani z życia publicznego. Wyeliminowani naszymi głosami. Naszym wspólnym głosem. Inaczej szaleńcy wejdą również do naszych domów, wypatroszą, a skóry wystawią na sprzedaż. Bzdury? Powiedzcie to rodzinie Marka Rosiaka. I śpijcie dalej spokojnie, pusto śmiejąc się przy śniadaniu z tych, którzy nie widzą w tym nic śmiesznego.

Pojedynek na miny

W sierpniu 2008 roku wojnę w Gruzji widziałem jako rosyjski test użycia militarnego argumentu w polityce zagranicznej. Test całkowicie oblany przez społeczność międzynarodową, którego wynik daje zielone światło do agresywnych działań także w innych regionach globu. Po dwóch latach ocena impotencji wielkich organizacji międzynarodowych się nie zmieniła, natomiast analiza interesów może dawać inny ciekawy obraz regionu euroazjatyckiego. Trudno jest zrozumieć to, co się dzieje także w Polsce bez zrozumienia jak widzą swoje interesy poszczególni aktorzy geopolitycznej sceny. Pozwólmy sobie zatem na chwilę relaksu i pofantazjujmy trochę na temat interesów dwóch naszych największych sąsiadów.

1) Rosja się rozpada.

Postępująca degeneracja rosyjskiego organizmu państwowego jest dość szeroko znanym faktem. Od lat nieremontowana infrastruktura rozpada się na naszych oczach skutkując coraz poważniejszymi awariami, z których dowiadujemy się tylko o największych w rodzaju katastrofy w Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej na syberyjskim Jeniseju. Brak jest jakichkolwiek większych inwestycji poza budowaniem surowcowych linii przesyłowych oraz poszukiwaniem nowych złóż. Polityka personalna sprawia, że nikt z namaszczonych przez Kreml wielkich oligarchów nie myśli o poważniejszych inwestycjach i remontach, bo przykład Chodorkowskiego jest nadto wymowny. Skorumpowane społeczeństwo jest coraz bardziej zatomizowane. Dziennikarze ujawniający niewygodne fakty są likwidowani, co nie działa korzystnie na obywatelską odwagę. Służbom bezpieczeństwa nadaje się większe uprawnienia niż miało KGB, a milicja nie jest w stanie zrobić nic innego niż brać łapówki i haracze. Zdesperowani Rosjanie biorą sprawiedliwość we własne ręce i z bronią idą do lasu. Piją także na potęgę, co odbija się zarówno w długości życia jak i w katastrofalnie ujemnym przyroście naturalnym.

Co ciekawe, obecne rosyjskie władze wydają się w dalszym ciągu stosować politykę Stalina, który nie liczył się zupełnie z materiałem ludzkim, podporządkowując wszystko realizacji imperialnych celów politycznych. W przeciwieństwie do Stalina jednak, Putin nie uruchamia żadnych nowych "sztandarowych budów socjalizmu". Zamiast tego mamy propagandowe pokazówki w rodzaju osobistego sprawdzania w batyskafie, że na dnie Bajkału nie stwierdzono żadnych zanieczyszczeń, czy ratowania dziennikarzy przed szalonym tygrysem. Troska o ekologię nie idzie jednak w parze z troską o wyjaśnianie przyczyn różnych katastrof w celu ich neutralizacji w przyszłości. Przyczyny katastrofy Kurska pozostaną nieznane, podobnie jak przyczyny zaskakująco wielu katastrof samolotowych na terenie Rosji. Wszak jednakowe we wszystkich przypadkach wytłumaczenie, że zawinił pilot, mechanik, kucharz jest wygodne dla umarzających sprawę organów ścigania, ale pozostaje mało wiarygodne nawet dla przeciętnie inteligentnego obserwatora. Przygoda dzieci z biesłańskiej szkoły także nie pomaga w budowaniu zaufania do rosyjskich służb bezpieczeństwa, a liczne akty terrorystyczne, jak atak na Dubrowce, czy wysadzenie bloków na moskiewskim osiedlu podtrzymuje atmosferę zagrożenia uzasadniając milicyjne restrykcje i włączając Rosję do grona państw „walczących z terroryzmem”.

Rosyjscy politycy najwyższego szczebla nie myślą o modernizacji kraju, powtarzając znaną także u nas mantrę, że rosyjskie społeczeństwo potrzebuje silnej władzy, zaś zachodnie demokratyczne standardy są mu po prostu obce. Różnice kulturowe mają uzasadniać obcokrajowcom unikalne zjawisko homo sovieticus. Zatomizowane, nie ufające nikomu społeczeństwo jest w stanie zintegrować jedynie wizja powszechnego zewnętrznego zagrożenia oraz odziedziczony w spadku po ZSRR i czasach carskich mit Wielkiej Rosji. Rosyjski imperializm jest ostatnim powodem do dumy dla Rosjan, których patriotyzm każe wiernie czekać na czasy, gdy odpowiedni ludzie znajdą się wreszcie na odpowiednich miejscach. Jak w czasach socjalizmu: idea jest dobra, tylko ludzie nie dorośli. Wódz nieustannie myśli o swoich dzieciach, tylko ci cholerni urzędnicy ciągle nawalają. Dlatego rezygnując z technologicznej modernizacji rosyjskie władze nie mogą pozwolić sobie na rezygnację z wojennej retoryki. Poczucie zagrożenia przez zewnętrznych i wewnętrznych wrogów oprócz integracji społecznej jest także świetnym wytłumaczeniem dla katastrofalnego stanu gospodarki. Jak można cokolwiek zrobić, jak ciągle atakują naszych? Ale my im pokażemy gdzie ich miejsce. Dlatego wybuchają moskiewskie bloki mieszkalne i dlatego trzeba było upokorzyć Gruzję.

2. Niemiecka hegemonia.

Analitycy coraz częściej zauważają niemieckie dążenie do europejskiej hegemonii. Złośliwi pozwalają sobie nawet na daleko idące żarty, że Unia Europejska to faktyczna realizacja hitlerowskiego planu Europy zjednoczonej wokół Wielkich Niemiec. Traktat lizboński otwarcie nazywany jest absolutnym majstersztykiem niemieckiej polityki – przyznaje on bowiem z mocy prawa najważniejszą rolę w Unii Niemcom. Warto z tej perspektywy spojrzeć na poczynania tego kraju w ostatnich latach.

Z bardzo wielu różnych powodów Rosja jest strategicznym partnerem Niemiec. Rosja stanowi potężny rynek zbytu dla niemieckich technologii oraz jest niewyczerpanym źródłem surowców nie tylko energetycznych. W interesie Niemiec leży jednak słaba Rosja, której rola sprowadza się do surowcowego zaplecza. Rosja zmodernizowana byłaby niebezpiecznym konkurentem, co w połączeniu z imperialnymi ambicjami tworzyłoby bardzo niebezpieczną mieszankę. Rosja natomiast potrzebuje sojusznika w Europie, zwłaszcza w sytuacji gdy na dalekim wschodzie Chiny podniosły zdecydowanie głowę, a w Azji Centralnej byłe sowieckie republiki wykorzystują wojnę w Afganistanie do żonglowania sojuszami. Ukraina pomimo olbrzymiej "mniejszości" rosyjskiej stara się prowadzić własną niezależną politykę, bowiem ukraińscy Rosjanie doskonale rozumieją, że ich interesy będą lepiej zabezpieczone w ramach państwa ukraińskiego niż w dręczonej patologiami Rosji. Natomiast Republika Federalna traktowana jest jako najważniejszy sojusznik zarówno w Waszyngtonie, Paryżu, Warszawie jak i przede wszystkim w Moskwie. Jak zauważa Rokita, Premier Putin nawet nie stara się ukryć swoich marzeń o tym, aby „dwa wielkie historyczne narody” – Rosjanie i Niemcy – stworzyły polityczne fundamenty nowego europejskiego porządku.

Niemcy są jednak mocno obciążone wizerunkowo i nie mogą sobie pozwolić na otwarte i jawne działania hegemona. Jak zatem ma wyglądać sprawowanie przez Berlin tej „subtelnej europejskiej hegemonii”? Niemcy będą po prostu umiejętnie wykorzystywali traktat lizboński, którego są głównymi inicjatorami. – Mniej więcej do roku 2020 nastąpi przekazanie spraw zagranicznych i obronności pod wspólną europejską kuratelę. Dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu swojej pozycji największego unijnego płatnika i obsadzeniu swoimi ludźmi kluczowych unijnych stanowisk będą miały decydujący wpływ na poczynania UE – analizuje Gunther Hellmann, badacz przyszłości niemieckiej polityki zagranicznej na Uniwersytetu Goethego we Frankfurcie nad Menem. Oczywiście berliński hegemon nikomu nie będzie niczego otwarcie narzucać. – Niemcy zdają sobie sprawę, że otwarte dążenie do dominacji doprowadziło do wybuchu obu wojen światowych. Z kolei okres powojennego zaangażowania w integrację europejską i powściągliwość przyniosły krajowi dobrobyt i polityczną wiarygodność. Sprawdzonych sposobów nie zmienia się przecież bez potrzeby – uważa berliński publicysta Michael Stuermer. Powyższe fragmenty przytoczone za Dziennikiem pokazują, że mimo wszystko wypuszczane są co jakiś czas kontrolne baloniki sprawdzające poziom społecznej wrażliwości na zarysowane zjawisko. Pomimo wojennego doświadczenia pierwszej połowy XX w. mam wrażenie, że hegemoniczna rola Niemiec przyjmowana jest raczej jako pewien rodzaj naturalnej kolei rzeczy niż sytuacja zagrożenia.

Mimo wszystko Berlin musi za wszelką cenę odwracać uwagę od głównego celu i kierować ją w inną stronę. Dlatego nieustannie podtrzymywane jest poczucie rosyjskiego zagrożenia. Zarówno w celu tworzenia pretekstów do wewnątrzeuropejskich sojuszy, jak i przede wszystkim w celu odwrócenia uwagi od budowania hegemonicznej roli Niemiec w Zjednoczonej Europie. Europa przedstawiając Rosję jako nieobliczalny kraj zdolny do każdej niegodziwości, wycina konkurencyjne integracyjne narracje oraz zacieśnia więzy, budując z kolei w samej Rosji wrażenie, iż tylko Niemcy, ze swoim historycznym bagażem i racjonalnym podejściem są w stanie zrozumieć rosyjskie stanowisko. Jak relacjonuje Staniszkis, "Niemcy z fundacji Adenauera mówili mi: – Tusk, może w sposób kosztowny dla was, dla waszej godności, realizuje pewną linię Merkel, która równocześnie skonsolidowała udziały państwa w tych firmach, które współpracują z Rosją, ale nie chce, żeby coraz bardziej zatomizowane społeczeństwo rosyjskie reanimować. Każdy konflikt mógłby na nowo skonsolidować Putina z Miedwiediewem, którzy walczą na noże o przyszłą prezydenturę. A chodzi o coś odwrotnego. Usypianie i otoczenie Rosji, przyspieszanie jej rozmontowania. Rosja jest pojęciowo, technicznie, instytucjonalnie w stanie rozpadu. Oczywiście to ma poważne konsekwencje także dlatego, że np. Ukraina nie jest integrowana, bo Zachód, widząc nieuchronny konflikt z Rosją w jakiejś fazie, spodziewając się, że tam dojdzie w niedalekiej przyszłości do rządów wojskowych, żeby tę sytuację opanować, mówi: nie integrujemy Ukrainy, bo nie będziemy w stanie jej obronić. Taka jest normalna dyskusja fachowców o Rosji." Aby zapewnić skuteczność tej narracji rosyjskiego zagrożenia, musi być ona prowadzona na zewnątrz Niemiec, by ci mogli grać rolę rzeczowego rozjemcy i mediatora.

W tym ujęciu niechęć do ukraińskiej integracji z Europą ma bardzo racjonalne podstawy, ale czynnik opisywany przez Staniszkis nie jest jedyny. Ukraina w strukturach europejskich niechybnie zawiązałaby sojusz z Polską, bo mamy bardzo zbieżne cele i interesy. Samo w sobie byłoby to już dużym zagrożeniem dla planów zarówno hegemonicznych Niemiec jak i imperialnej Rosji. Przeciwdziałanie powstaniu takiego "jagiellońskiego" sojuszu jest wspólnym strategicznym celem opisywanych partnerów. Stąd doprowadzanie do kuriozalnych kryzysów gazowych z jednej i punktowanie prawnych i politycznych niedociągnięć Ukrainy z drugiej strony.

3. Otaczanie Rosji - czy konflikt jest nieunikniony?

Niemiecka frustracja po I wojnie światowej była jednym z czynników, które w wyniku skomplikowanych procesów doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. Staniszkis zauważa, że "USA i Unia prowadzą bardzo systematyczną politykę okrążania Rosji. To, co się dzieje na centralnym Kaukazie, nowa sytuacja Gruzji, nowa sytuacja Grupy Szanghajskiej mogącej ewentualnie zastąpić NATO w Afganistanie i ostre negocjowanie z Rosją przez podmioty gospodarcze, np. o współwłasność złóż, jest tego wyrazem. Na Ukrainie głównym aktorem UE jest konsorcjum gazowe, widać więc, że UE już rezygnuje z całej dekoracji politycznej." W tym ujęciu także Turcja jawi się jako pośrednik i łącznik z tureckojęzycznymi krajami Azji Centralnej, które z kolei cały czas szukają swojej drogi i sposobu wyjścia z gospodarczego uzależnienia od rosyjskich kanałów transportowych dla surowców energetycznych. Chiny także nie zasypiają gruszek w popiele kolonizując wyludniające się syberyjskie miasta i lasy. To z kolei jest potwierdzeniem dla rosyjskich fobii i w gruncie rzeczy nie da się już rozpoznać, czy otaczanie Rosji bardziej jest efektem wrogich intencji sąsiadów, czy też jest bardziej zasłoną dymną putinowskiej propagandy mającej ukryć realne słabości tego kolosa na glinianych nogach. Ciągle żywa jest także frustracja spowodowana rozpadem ZSRR i upadkiem imperialnej roli Rosji jako opozycyjnego wobec USA bieguna podzielonego świata. Dlatego nie należy bagatelizować militarnych incydentów, które teraz i w przyszłości oprócz dyscyplinowania krnąbrnych sąsiadów będą potwierdzaniem mocarstwowych ambicji Rosjan.

Pytanie, które po Gruzji wisi ciągle w powietrzu, czyli "kto następny?", jest cały czas otwarte. Wobec całkowitej bierności Zachodu, Rosja nie ma żadnych powodów, żeby zrezygnować ze stosowania tego instrumentu w polityce zagranicznej. W zasadzie pytanie nie brzmi czy, ale kiedy i kogo zaatakuje Rosja. Polityczne, militarne i gospodarcze otaczanie Rosji jest faktem. Chiny wybudowały i cały czas budują dalsze rurociągi z Kazachstanu omijające Rosję. W ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy Rosja dostała przy okazji gruzińskiego konfliktu delikatny policzek, gdy żadne z państw należących do Grupy nie uznało niepodległości Osetii i Abchazji. Ujawnione podczas tego konfliktu słabości militarne rosyjskiej armii spowodowały w końcu aktywne działania modernizacyjne. Jasne jest bowiem, że Zachód nie zareaguje, ale jasne także się stało, że Rosja nie musi poradzić sobie z poważniejszym przeciwnikiem, dlatego myśląc poważnie o instrumencie siłowym, trzeba go dość pilnie unowocześnić.

Jak otwarcie przyznają cytowani przez Staniszkis niemieccy eksperci, polityka otaczania i osaczania Rosji, w oczekiwaniu na spowodowany gospodarczą degeneracją rozpad, jest nieoficjalną, ale niespecjalnie ukrywaną doktryną w podejściu do tego kraju. Nic dziwnego, że Rosja czuje się zagrożona. Wielkie państwo z wymierającym społeczeństwem i sypiącą się gospodarką leży między kowadłem mocarstwowych ambicji a młotem fatalnego międzynarodowego PR-u. Zdaje sobie sprawę, że tylko uległość jest w stanie ten wizerunek ocieplić, ale na uległość nie może i nie chce sobie pozwolić. Pozostaje jej zatem granie roli narzuconej przez historię i światową opinię publiczną.

Dla Niemców w Europie to idealna sytuacja. Rosyjskie zagrożenie barbarzyństwem oraz obrona zachodniej cywilizacji pod kulturowym przewodnictwem Niemiec jest starą śpiewką, odgrzewanym kotletem, na który "światła" Europa ciągle daje się nabierać. Niemiecki protekcjonizm naruszający idee solidarności unijnej, ujawnił się podczas kryzysu, gdy bez żenady przyznawano kolosalną pomoc niemieckim zakładom przemysłowym. Bałtycka rura podobnie narusza zasadę solidarności energetycznej, a były kanclerz również bez żenady zostaje członkiem rady nadzorczej NordStream-u. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo przecież zagrożeniem dla Europy jest dzika Rosja, a nie leżące w centrum kulturalne Niemcy. Dezinformacja, manipulacja, propaganda i odwracanie uwagi to kolejna płaszczyzna niemiecko-rosyjskiego sojuszu interesów. Istniejąca od czasów Zimnej Wojny siatka rosyjskich agentów wpływu, rozsiana po całej Europie nie próżnuje. Pytanie jednak czy w dalszym ciągu są to agenci rosyjscy? Mimo wszystko lekcja została odrobiona i dlatego udaje się kierować uwagę opinii publicznej na żonę Sarko, czy proszki Kaczyńskiego, zamiast na analizę interesów poszczególnych krajów.

4. Reasumując te pobieżne i powierzchowne political-fiction.

Rosja politycznie broni się przed okrążeniem, rozbijając wszelkie możliwe koalicje typu Partnerstwo Wschodnie itp. Wszelkie akcje militarne mają na celu utrzymanie armii w stanie gotowości, podtrzymanie mitu Wielkiej Rosji, integrację wewnętrzną poprzez wytwarzanie poczucia konieczności silnej władzy w warunkach politycznego kryzysu. Stan gospodarczy jest w takiej sytuacji przedstawiany własnemu społeczeństwu jako efekt zewnętrznego osaczenia, a nie wewnętrznej indolencji.

Niemcy także realizują politykę imperialną. Podtrzymując mit rosyjskiego zagrożenia odwracają uwagę od procesu realizacji idei Wielkich Niemiec. W przeciwieństwie do Rosjan jednak, strefy wpływów budowane są nie na jawnej płaszczyźnie politycznej tylko poprzez sieci biznesowe. Podobnie jak w przypadku Rosji starają się neutralizować wszelkie możliwe koalicje, w których nie mają znaczącego głosu i które mogłyby prowadzić własną, niezależną od niemieckich interesów politykę.

Sojusz niemiecko-rosyjski - Rosja stanowi gigantyczny rynek zbytu dla niemieckiej technologii oraz źródło surowców. W interesie Niemiec leży słaba Rosja. Rosja broni się przez atak, w ten sposób dodatkowo integrując się wewnętrznie. Cele Niemiec to osłabianie sąsiadów, by nie mieć przeszkód dla niemieckiego protekcjonizmu oraz zabezpieczanie rynków zbytu poprzez niszczenie konkurencji = ekspansja. Cele Rosji to walka z wewnętrznym rozkładem oraz wewnętrzna integracja poprzez imperialną politykę zagraniczną = Rosja.

Można, a nawet trzeba wziąć pod uwagę możliwość, że w tym geopolitycznym uścisku to Niemcy są faktycznym, choć cichym agresorem, podczas gdy Rosja miota się bezsilnie, jak topielec w gęstym bagnie. W tym ujęciu słowa Karaganowa nie muszą brzmieć jak próba politycznego przejęcia Europy, ale jak rozpaczliwe wołanie o pomoc.

poniedziałek, 18 października 2010

Salonowo-urodzinowe reminiscencje

Pierwszy raz byłem na urodzinach Salonu24 i długo się oswajałem, nikogo wcześniej nie znając. Po kilku piwach i wielu papierosach udało się znaleźć jakieś punkty zaczepienia, bo i goście nie byli z tych co to nie mają nic do powiedzenia. Zanim jednak doszło do właściwych kuluarów, produkowali się ci, którzy mieli dostarczyć pretekstu do dalszych dyskusji. I dostarczyli.

Na Migalskiego rzeczywiście wszyscy ostatnio wsiedli i jadą po nim jak po łysej kobyle. Jednak nie ma się co dziwić, wszak o ile widok pogującego punkowca jest całkiem logiczny i akceptowalny, o tyle widok pogującego policjanta na służbie wprowadzałby już pewien dysonans. O ile blogerzy, komentatorzy, czyli obywatele po prostu mają prawo po Migalskim jeździć, o tyle Migalski jeżdżący po swoich wyborcach wygląda dość kuriozalnie. Migalski najwyraźniej nie rozumie wielu rzeczy i skupiając się na politycznych ideach nie bierze w ogóle pod uwagę kwestii komunikacyjnych, społecznych, PR-owskich właśnie. W wymiarze konkretnej osoby, a nie na poziomie idei określonej formacji. Pisała na ten temat Janina Jankowska.

Podejście do obywatela, który nie zawsze jest tak doskonały jak poseł Migalski, to jedno. Druga sprawa to przyjmowanie krytyki i umiejętność konstruktywnej reakcji. Bo to przecież nie sam fakt krytykowania Prezesa jest niesmaczny w ostatnich tekstach Migalskiego. To merytoryczny ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Nie przedmiot, a jakość rozważań jest nie do przyjęcia. List do Prezesa, pomijając sposób i okoliczności, w treści był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Wpis o prof. Królu był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Aż tu nagle bach! Tekst o ufolach. No takie rzeczy są kompromitujące. Gdy na środowej promocji książki próbowałem to wyjaśnić, Migalski mnie zbył sztampową konstatacją, że jak wali w PO to dobrze, a jak wali w PiS to źle, a on jest po prostu obiektywny. Po czym mnie przeprosił, bo ma telefon albo musi udać się na stronę. W sobotę, udało mi się jakoś inaczej wyartykułować zarzut braku merytoryki, na co usłyszałem, że to cenna uwaga i że dziękuje. I co? I mamy pourodzinowy tekst o patałachu prezesie. No klasyczny syndrom odrzucenia. Świetna polemika Rekontry - polecam.

Migalski udowodnił w sobotę, że jako polityk nie istnieje. Nie każdy nadaje się do każdego zawodu. Ja pilotem bym być nie mógł, bo noszę okulary. Aktorem też nie będę, bo się za bardzo denerwuję. Migalski nie będzie politykiem, bo nie nawiązuje kontaktu z otoczeniem. Dlaczego Pan się tak żali na agresywne komentarze? Ja się wcale nie żalę! Jasne. I nie mam czerwonego sweterka. Podręcznikowy wręcz przykład działania obronnego mechanizmu zaprzeczania, który pomaga może Migalskiemu funkcjonować, ale na który odbiorca na pewno się nie złapie. Przynajmniej nie tutaj. Przykro patrzeć, jak rzekomo przenikliwy analityk sceny politycznej jest aż tak nieświadomym podstawowych ludzkich mechanizmów, że pozwala się ponieść osobistym urazom, nie przyjmując do wiadomości, że nikt w zaprzeczanie nie wierzy.

To prawda, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, że dobiera sobie współpracowników jakiegoś takiego pośledniego sortu. Gdy obserwowałem Dorna na spotkaniach Polski XXI, która przekształcała się w Polskę Plus, zrozumiałem jak mógł wyglądać konflikt z Kaczyńskim i że to nie Kaczyński był tu wiodącą konfliktogenną stroną. Podobnie teraz z Migalskim. Kaczyński niewątpliwie prowadzi partię wodzowsko, niedemokratycznie, korporacyjnie ją zamyka, ale to nie zmienia faktu, że próba Migalskiego odnalezienia się w tej sytuacji  tylko go skompromitowała jako polityka.
Migalski w swoich deklaracjach dotyczących przyszłości nie zamyka się na pomysły medialne, komentatorskie ale również animacyjne. Komiks Niewolnika, nie tylko świetnie oddaje sytuację na Rozdrożu, ale też ilustruje przyszłość Migala jako dzielnego kolegę po fachu dla Kuby Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. Naprawdę jest w tym dobry, jest asertywny i to jest dziedzina w której ma szanse się spełnić ;-)

Drugi z gości, Arłukowicz, udowodnił z kolei, że nie ma ucieczki od historii, przed czym tak uparcie uciekają politycy tzw. lewicy. Gdyby bowiem nie majątek PZPR, gdyby nie kolosalne pieniądze z FOZZ, które w końcu poszły na tworzenie wiodących obecnie koncernów medialnych, być może polska lewica miałaby twarz Walentynowicz, Gwiazdy i Bugaja, a nie Millera, Kwaśniewskiego i Jaruzela. Historyczne obciążenie jakie ma SLD, nawet jeśli cała kasa i infrastruktura partyjna uległa obecnie amortyzacji, to obciążenie jest niestety ciągle silne i świadczy o tym nie tylko świadomość osób, którzy urodzili się już w „wolnej” Polsce, ale także siła zakłopotania i rozdrażnienia pomieszanego z cichym oburzeniem, w jakie wpędza polityków związanych z SLD temat PZPR-owskiego spadku. Aczkolwiek rozdrażnienie to okazywane jest przez takiego Arłukowicza w daleko bardziej delikatny, kulturalny, polityczny po prostu sposób niż ma to miejsce u Migalskiego. Natomiast nazywanie lewicą jednej z najbardziej merkantylnych partii w Polsce jest już nawet nie żałosne (bo nieuczciwe wobec lewicowej ideologii), jest po prostu śmieszne. Nawet jeśli poszczególne osoby mają naprawdę czyste intencje i szczerze lewicowe przekonania.

Na koniec jeszcze kilka luźnych refleksji. Czesław Bielecki to klasa sama w sobie. Nie ma się do czego przyczepić więc się nie czepiam. Co do samego spotkania zaś to spodziewałem się, że będą dużo większe tłumy i że dużo dłużej potrwa faza grupowych dyskusji. Poza tym atmosfera spotkania była naprawdę wyśmienita i też dziękuję wszystkim za ciekawe nocne rozmowy.

czwartek, 14 października 2010

Promocja książki Migalskiego

Według Gazety Wyborczej "mieszane odczucia wzbudza u publicystów nowa książka europosła Marka Migalskiego zatytułowana "Nieudana rewolucja, nieudana restauracja". W Bibliotece Publicznej przy Placu Konstytucji w Warszawie, z udziałem autora, odbyła się dyskusja na jej temat." Tak się składa, że byłem na tym spotkaniu, które przekształciło się w dyskusję między Ludwikiem Dornem a Ryszardem Bugajem. Mówiąc szczerze nie przypominam sobie jakoby Krasowski mówił, że Migalski "krytykuje założenia projektu PiS-owskiego, pokazując Tuska, jako osobę, która byłaby najbardziej wiarygodnym realizatorem IV RP i Kaczyńskiego jako człowieka, który przyłożył się do tego, że ta IV RP nie powstała". Raczej zażartował, że tak w średniowieczu, jak i teraz najbardziej karano nie heretyków, nie ateistów, ale fanatyków właśnie i dlatego Migalski jako fanatyk IV RP został ukarany wywaleniem z partii. Ale zostawmy wersję redaktora z Czerskiej i przejdźmy do moich subiektywnych refleksji ze spotkania.

Można było usłyszeć kilka ciekawych rzeczy. Nie mam zamiaru streszczać sporu o przyczyny braku rozwiązania Parlamentu w 2006 roku, który to spór stał się głównym tematem tego spotkania. Nie dlatego, że jest to spór nieinteresujący, ale dlatego, że spory historyczne zostawiam historykom. Uderzyło mnie kilka innych drobniejszych rzeczy.

Każdy z polityków wyraża na codzień wielką troskę o zasady, o demokrację, o równość wobec prawa itp. Nie inaczej Ryszard Bugaj, który podkreślał różne cechy języka Migalskiego niszczące język polityki czy opisywał destrukcyjne konsekwencje nonszalanckiego podejścia do pewnych pojęć i ducha prawa przez różne partie a PiS w szczególności. Świetnie, ale rozpoczął jednocześnie swój wywód od ironicznego stwierdzenia, że poglądy polskiej prawicy w zasadzie sprowadzają się do pragnienia, by "pogonić czerwonych, a reszta sama się zrobi". A przecież dosyć prymitywna to teza - konstatował Bugaj. Nie sposób się nie zgodzić, Panie Doktorze, dosyć to prymitywna teza, redukować poglądy prawicy do takiego stwierdzenia. Jednak cieszy jednocześnie jego zdanie, że idea IV RP nie jest ideą zużytą, a wręcz przeciwnie, jest ideą bardzo aktualną, bo on też chciałby, aby w tym kraju ludzie mieli coś do powiedzenia, a nie tylko "elity". Tak, Panie Doktorze, obywatele też by tego chcieli. Podpisuję się pod tym oburącz.

Cała dyskusja o książce sprowadzała się do tego, jak bardzo PiS ma kłopoty z demokracją. Zarówno z demokracją w Polsce, jak i z demokracją wewnątrz-partyjną. Patrząc na działania PiS-u w dłuższej perspektywie trudno mieć inne zdanie. Pomijając kwestie programowe, jak np. kwestie proponowanych zmian w konstytucji, są jeszcze takie działania symboliczne jak sędzia Kryże, albo anihilacja wewnątrzpartyjnej opozycji, czego przykładem jest sam Migalski. Ja się jednak cały czas zastanawiam, dlaczego w tej dyskusji w ogóle nie pojawiła się kwestia antydemokratycznych działań PO? Jej poczynania, nie tylko w ostatnim czasie, ale także w dłuższej perspektywie, są działaniami niszczącymi samego ducha demokracji. Tusk też się pozbywał niebezpiecznych opozycjonistów, czego przykładem jest Rokita, czy czasowa neutralizacja Schetyny. O języku debaty publicznej, podwójnych standardach, czy działaniach ujawniających się przy okazji CBA warto tylko wspomnieć, bo przecież wylano na ten temat morze drukarskiej farby. Pomimo, że na okładce książki Migalskiego jest fotka zarówno Kaczyńskiego jak i Tuska, ten drugi pojawiał się w rozmowie bardzo sporadycznie. Migalski stwierdził, że może się o tym nie dyskutuje tak jak nie dyskutuje się o tym, że ziemia jest okrągła. Ja jednak obserwuję dziwne zjawisko, że jak się ludziom na okrągło nie przypomina o tym, że ziemia jest okrągła to zaczynają wierzyć w to, że jest płaska.

Z innych ciekawostek zauważyłem szaloną drwinę lewicy z tzw. idei jagiellońskiej w polityce zagranicznej. Bugaj i Michalski kpili, że nie można mówić o idei jagiellońskiej, bo nie ma już jagiellońskiej Polski. Bo to tak, jakby Austria chciała restaurować monarchię Austro-Węgierską. To porównanie jest według mnie całkowicie chybione, a to dlatego, że nazwa II RP nie oznacza przecież że w 1918 roku Polacy chcieli restaurować Rzeczpospolitą Szlachecką! Idea jagiellońska nie musi oznaczać związku państw pod przewodnictwem polskiej korony. Można ją rozumieć jako samą ideę politycznej współpracy państw regionu. I tak ja ją rozumiem. Aczkolwiek przyjmuje do wiadomości, że musimy szukać innego mniej kontrowersyjnego pojęcia do opisu tej idei. Pomysł IV RP także dla różnych aktorów politycznej sceny oznaczał zupełnie różne rzeczy i dlatego został skompromitowany, choć sama idea przywrócenia państwa obywatelom jest ciągle żywa.

I ostania myśl wypowiedziana przez dyrektora Biblioteki, Michała Strąka (jeśli dobrze zanotowałem). Otóż trafnie zauważył on, że w tych różnych analizach i pomysłach modernizacyjnych nie bierze się pod uwagę dwu ważnych czynników. Mianowicie mediów oraz aparatu administracyjnego. Skomercjalizowane media, nastawione na zysk nie są zainteresowane normalizacją życia politycznego. Dobra polityka jest nudna, bo po prostu załatwia konkretne sprawy realizując określone cele. Wydarzenie polityczne staje się takim, gdy jest także wydarzeniem medialnym. W tym układzie nie możemy liczyć na rzeczowe działania, bo są one po prostu w mediach pomijane. Prasa i telewizja nie miałyby najzwyczajniej w świecie czego relacjonować, gdyby nie działo się coś ekscytującego. Na dowód tego można przeczytać kompletnie oderwaną od rzeczywistości relację z tego opisywanego przeze mnie spotkania na portalu gazeta.pl. Drugim czynnikiem hamującym jest fizyczny opór masy urzędniczej, której inercję niezwykle trudno jest pokonać.

Szkoda, że w spotkaniu praktycznie nie brał udziału sam Migalski przysłuchując się jedynie różnym tezom wypowiadanym przez panelistów. Widocznie tym razem ta rola mu bardziej odpowiadała.

wtorek, 12 października 2010

Jaka kara za dziennikarskie kłamstwo?

Skandal związany z dziennikarską fałszywką dotycząca rzekomej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego został już wystarczająco udokumentowany. Dla porządku i pamięci przytoczę kilka linków do wpisów, które o tym traktują. Bernard robi ładne zestawienie świętego oburzenia wywołanego przez TVN. Ksymenes zaś zestawia tą rzekoma wypowiedź z realną wypowiedzią urzędującego Prezydenta o tym, że nikt się przecież w Smoleńsku nie powiesił. TVN na dole strony poświęconej relacji z marszu zamieścił malutką czcionką pod reklamami sprostowanie i przeprosiny. Super. Ale informacja i cała nagonka ludziom w głowach została, nie? Jak na razie jedynie Michał Karnowski na portalu wPolityce.pl miał odwagę przyznac się, że został wprowadzony w maliny. Nie mam żadnych wątpliwości, ze nie doczekamy się poważnej dyskusji nad kondycją polskiego dziennikarstwa i granicami manipulacji w polskich mediach.

Przypomina mi się w tym kontekście sprawa sprzed półtora roku. Sprawa ujawnienia danych osobowych Kataryny. Wtedy w podobny sposób okłamywano czytelników i brnięto w bagno szantaży, oskarżeń, analiz, inwektyw i insynuacji. Ponieważ śledziłem sprawę na bieżąco, a Kataryna nie miała skrupułów, żeby ujawniać całą sprawę, widać było gołym okiem, kto kłamie i manipuluje. Dziś główny sprawca tamtego zamieszania, Cezary Michalski, dalej jest znaczącym publicystą Krytyki Politycznej. A dziennikarstwo dostało w prezencie przesuniętą o kolejny stopień granicę manipulacyjnych możliwości.

A ja się zastanawiam kolejny raz, jakimi instrumentami dysponujemy jako obywatele w celu kontroli tej czwartej władzy. Rada Etyki Mediów jest bowiem czystą fikcją, piętnując nieprawomyślnych dziennikarzy, a zamykając oczy na oczywiste kłamstwa (już nie manipulacje) dziennikarzy prawomyślnych. Można zatem kłamać do woli, byle w odpowiednim kierunku. Czym to się różni od mediów komunistycznych?

Zagrożone jest nasze obywatelskie prawo dostępu do rzetelnej informacji!!! Jeśli można wkładać komuś w usta dowolna wypowiedź, to czemu nie dowolne czyny? Czy któregoś dnia dowiemy się, że np. Macierewicz wyciągnął Tuskowi portfel z płaszcza? To już nie jest dziennikarstwo nierzetelne, czy nieobiektywne. To jest dziennikarskie kłamstwo, które w dodatku jest wykorzystywane do kolejnej fali nagonki. Zatem nie jest to w żadnym wypadku przejęzyczenie, czy „błąd wynikający ze słabej jakości nagrania”.

Gdy obywatel pomyli się albo skłamie w zeznaniu podatkowym – ponosi poważne konsekwencje. Gdy lekarz popełni błąd w sztuce lekarskiej – ponosi poważne konsekwencje, do utraty licencji na wykonywanie zawodu. Rolą dziennikarza jest przekazywanie sprawdzonych i rzetelnych informacji. Kłamstwo dziennikarza powinno być piętnowane i w przykładny sposób karane. Kara bowiem oprócz funkcji restauracyjnej (naprawiającej szkody) pełni przede wszystkim funkcje odstraszająco-wychowawczą. Sytuacja gdy dziennikarz może bezkarnie kłamać, łamiąc podstawową zasadę swojego zawodu, jest niebezpieczna dla obywateli i w konsekwencji dla demokracji.

Dlatego jako obywatele powinniśmy żądać przykładnego ukarania winnego tej skandalicznej akcji wprowadzenia opinii publicznej w błąd dziennikarskim kłamstwem z premedytacją.

p.s. linki do moich tekstów o Katarynie:
http://igor.czajka.art.pl/2009/05/kompromitacja-michalskiego.html
http://igor.czajka.art.pl/2009/05/apel-dziennika.html
http://igor.czajka.art.pl/2009/05/faszywe-konflikty-i-niszczenie.html
http://igor.czajka.art.pl/2009/06/po-debacie-ka-vs-dz-jeszcze-kilka.html

niedziela, 10 października 2010

Chaos i destabilizacja? Taki jest plan.

"Zespół Parlamentarny Ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154 M z 10 kwietnia 2010r. uzyskał informacje wskazujące, że w kluczowych dla wyjaśnienia tej tragedii sprawach rząd Donalda Tuska dysponuje dowodami podważającymi wersję podawaną do wiadomości opinii publicznej. Dowody te są ukrywane." - napisał Antonii Macierewicz na portalu Niezalezna.pl. Po czym ujawnia część z tych informacji. Oczekiwałbym, że taka publikacja zostanie jakoś sensownie skomentowana przez odpowiednie organa. Sensownie to znaczy albo a) osoby odpowiedzialne za ukrycie tych informacji podadzą sensowne wytłumaczenie takiej decyzji, albo b) zostaną przedstawione inne dowody dyskredytujące i/lub wyjaśniające podane informacje, albo c) zostanie podana informacja, że poseł skłamał, za czym powinno pójść uruchomienie jakiejś procedury sankcyjnej: pozew wobec portalu za oszczerstwo i kłamstwo, oddanie sprawy do Komisji Etyki Poselskiej albo coś w tym guście. Co natomiast mamy w tym przypadku?

Poseł Niesiołowski wysyła Macierewicza do psychologa w celu zbadania jego poczytalności. Zaś minister Sikorski w odpowiedzi na zaproszenie na posiedzenie komisji stwierdza, że zespół "nie może wiążąco wzywać ministrów" i dodał parę słów uzasadnienia: "Wiedząc, że moje słowa zostaną właściwie odczytane, biorąc pod uwagę kapitał sympatii, którą Pana niezmiennie darzę, dodam, że pana działalność w zespole wydaje się przybierać charakter polityczny. W rezultacie rodzi podejrzenia, że służyć będzie nakręcaniu spirali podejrzliwości i uwiarygodnieniu absurdalnych teorii spiskowych raczej, niż obiektywnemu wyjaśnieniu katastrofy. Ze smutkiem stwierdzam, że istnieje możliwość, że ustalenia zespołu nie będą powszechnie odebrane jako całkowicie wiarygodne". Tak. Właściwie odczytujemy Pana słowa, Panie Ministrze. W odpowiedzi na fakty, zamiast kontrfaktów mamy zapoznany już doskonale festiwal oskarżeń, ocen i insynuacji bez cienia uzasadnienia. Znakomicie.

Inny poseł, którego nikt dotąd na badania psychiatryczne nie wysyłał, po czterech miesiącach otrzymał odpowiedź na interpelacje poselskie na które to odpowiedzi regulamin przewiduje maksymalnie trzy tygodnie. W odpowiedzi na proste pytania o oczywiste dosyć fakty, które sprawdzić jest bardzo łatwo, poseł Polaczek dostał od szefa MSWiA Jerzego Millera następującą informację: "Wszystkie istotne kwestie mające związek z okolicznościami katastrofy samolotu Tu-154M o numerze 101 w dniu 10 kwietnia 2010 roku zostaną umieszczone w raporcie końcowym Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, który będzie zawierał również analizy i wypracowane w toku prac badawczych zalecenia profilaktyczne". Świetnie. Mamy albo inwektywy i kpiny, albo brak odpowiedzi. "Powiedziałbym komedia, gdyby rzecz nie dotyczyła tragedii" – skomentował sprawę Polaczek, dodając, że możliwości prawne w zmuszeniu resortu do odpowiedzi "są niewielkie, bo regulamin Sejmu nie przewiduje konsekwencji za brak odpowiedzi, a tak traktuję stanowisko szefa MSWiA".

Zaś w weekendowej Rzepie wywiad z Władimirem Kirijanowem, który nie jest niczym innym jak kolejną prowokacją. Obserwując sytuację międzynarodową można bowiem dostrzec między wierszami, że polsko-rosyjskie pojednanie nie leży w rosyjskim interesie. Nie ma bardziej niebezpiecznej sytuacji niż silna Polska czy inicjatywa Partnerstwa Wschodniego. Sojusz między Polską i Ukrainą, wzmocniony o kraje nadbałtyckie, Słowację i Węgry, a w przyszłości być może i Białoruś, jest ostatnią rzeczą potrzebną coraz bardziej okrążonej i słabej Rosji. Co więcej, inicjatywa ta jest także niebezpieczna dla Niemiec, których pozycja znacznie by spadła. W interesie obu naszych wielkich sąsiadów jest Polska skłócona i podzielona bieżącymi wewnętrznymi sporami, zajęta sobą, nie wychylająca głowy poza własną miedzę. Ukraina, która realizuje mimo wszystko w miarę autonomiczną politykę nie może mieć takiego sprzymierzeńca jak Polska.

Chaotyczna i niestabilna Polska jest potrzebna Rosji z kilku powodów. W relacjach z Niemcami jest uzasadnieniem dla realizacji polityki ponad głową tego chorego narodu. W relacjach z Ukrainą jest uzasadnieniem dla silnego sojuszu z Rosją: Ukraina nie ma czego szukać na Zachodzie, bo tam są ci polscy nieprzewidywalni pieniacze i wariaci. To Rosja jest ostoją stabilności. Dlatego to Polska musi zerwać stosunki z Rosją. Rosja jest otwarta i gotowa na współpracę, a Polska jest głupia i niewdzięczna. Widać to wyraźnie w wywiadzie Kirijanowa i wcale się nie zdziwię, jak do polskich mediów przedostanie się więcej "dowodów" stanowiących poszlaki dla hipotezy zamachu. Spowodowana nimi awantura będzie pretekstem dla marginalizacji Polski jako kraju, który albo nie umie zadbać o swoje, albo po prostu niepotrzebnie się piekli o głupoty. Najlepiej jedno i drugie.

Chaotyczna i niestabilna Polska będzie na rękę również Niemcom, którzy nie będą już mieli żadnych powodów, aby powstrzymywać się przed otwartą współpracą, także polityczną, zarówno z Rosją na wschodzie, jak i z Francją na zachodzie. Katastrofa smoleńska jest wielką tragedią Polski, ale też wielką szansą dla sąsiadów o mocarstwowych ambicjach na wieloletnią neutralizację krnąbrnego, choć równinnego kraju w sercu Europy.

wtorek, 5 października 2010

Dopalanie Palikotem

Rządowa akcja z dopalaczami wcale nie jest przykrywką dla kongresu Palikota. To kongres Palikota jest przykrywką dla impotencji władzy. To zadziwiające, ze nikt nie zwrócił uwagi na to, że akcja z dopalaczami ruszyła krotko po tym, jak Czesław Bielecki, główny konkurent HGW na stanowisko prezydenta Warszawy stwierdził u Moniki Olejnik, że "nie ma legislacyjnej wiagry na impotencję władzy wykonawczej" w sprawie sklepów sprzedających dopalacze. I oto co dotychczas było niemożliwe stało się możliwe niemalże z dnia na dzień. I znowu zapomnieliśmy o podniesionych podatkach, cwałującym długu publicznym i bałtyckiej rurze, bo mamy przecież Palikota i dopalacze.

Ruszenie tych dwu tematów na raz, jest kolejną warstwą symulacyjną mającą przykryć tę wielką tajemnicę, że król jest nagi. Symulacrum obezwładniające zmysły realizmem przedstawienia na wielu poziomach. Cały czas, zamiast mówić o realnych problemach, roztrząsamy ukryte znaczenia tych fantazmatów semantycznej papki postpolityki. Nawet wydawałoby się tęgie głowy nie zauważają prostego faktu, że szczytne idee ruchu Palikota są całkowicie skompromitowane osobą swojego lidera. Oprócz argumentów istnieje jeszcze bowiem coś takiego jak reputacja, będąca niczym innym jak poziomem ryzyka niekonsekwencji w realizacji działań. Wysoka reputacja daje nam gwarancje bezpieczeństwa dla naszej politycznej inwestycji, zaś obliczana jest ona na podstawie dotychczasowej drogi życiowej danego delikwenta.

Warto przypominać o takich zapomnianych elementach społecznego porządku, które pomimo swej oczywistości niemal całkiem straciły znaczenie. To nie wtórność politycznych sloganów stanowi o znikomej wartości tego Ruchu. To nie brak oryginalności i ideologiczna łapanka co bardziej medialnych haseł. To osoby, które nie raz już udowodniły, że brak jest im nawet odrobiny szacunku nie tylko do innych, ale przede wszystkim do samego siebie. Tego minimum szacunku, który nie pozwala robić pewnych rzeczy bez narażania się na tłuczenie luster.

Reputacja Palikota i reszty ferajny jest dla mnie gwarancją braku realizacji choćby jednego programowego hasła z długiej listy życzeń. Dlatego proponuję skupić się na wsłuchiwaniu się w osoby, których intelektualna uczciwość i spójność poglądów z działaniami nie wystawią na szwank naszej własnej reputacji.