poniedziałek, 22 listopada 2010

Brak wyboru - polemika z Mazurkiem

Redaktor Mazurek w tekście zamieszczonym na wPolityce.pl przekonuje nas, że nie głosował, bo tak naprawdę nie miał na kogo. HGW mu nie pasuje na prezydenta Stolicy, bo jest po prostu kiepska, a CzB mu nie pasuje, bo jego legendarna inteligencja jest wprost proporcjonalna do miłości własnej, która sprawia, że kandydat na każdym kroku pokazuje, że robi wyborcom łaskę wystawiając swoją kandydaturę. Nie mam zamiaru polemizować z powodami braku głosu redaktora Mazurka, bo jest on jednostką autonomiczną i są one dla niego wystarczające, by podjąć taką a nie inna decyzję. Chciałbym tylko odnieść się do metody okazania tego niezadowolenia polityczną ofertą.

Tak jak rozprawia się o kontrskuteczności pewnego rodzaju działań różnych polityków, tak samo powinniśmy się zastanowić nad skutecznością komunikowania określonych postaw przez wyborców. Czy określone działania rzeczywiście przynoszą zamierzony efekt? Absencja wyborcza w przypadku redaktora Mazurka podyktowana jest pewna motywacją, którą podziela dość liczna grupa wyborców. Tą motywacją jest brak zgody na aktualną ofertę polityczną. Brak zgody na jakość aktualnych polityków. Oraz niechęć do wybierania tzw. mniejszego zła.

Pytanie, czy brak udziału w czynności głosowania podyktowany powyższymi motywacjami jest jedynie zaspokojeniem wewnętrznej potrzeby zgody z własnymi przekonaniami? Po co w takim razie redaktor dzieli się swoimi przemyśleniami na łamach prasy? W jakim celu tłumaczy swoje odczucia i motywacje na temat aktualnej sytuacji, która popycha go takiego, a nie innego wyboru? Czyż nie po to, aby dać wyraz tej swojej, wcale przecież nie obojętnej, postawie? Aby pokazać, że jego absencja nie jest podyktowana brakiem zainteresowania sprawami publicznymi, ale własnie głębokim przejęciem sprawami publicznymi? Czy gdyby nie miał dostępu do mediów, miałby jakąkolwiek szansę osiągnąć ten komunikacyjny cel? Nie sądzę.

Komentatorzy polityczni i sami politycy dużo częściej skłaniają się do innej interpretacji wyborczej absencji. Wkładają niegłosujących wyborców do pojęciowego worka ludzi niezainteresowanych polityką i sprawami publicznymi. Ponad połowa niegłosujących wyborców jest przyczynkiem do dyskusji o braku obywatelskich postaw, o niedorozwoju społeczeństwa obywatelskiego, o niedojrzałości polskiej demokracji itd. Połowa wyborców pozostających w domach jest podstawą do spokojnego snu polityków, którzy przekonali do siebie, skupionych w neoplemiennych wspólnotach, zwolenników, których mieli przekonać; a tych niegłosujących nie ma sensu przekonywać, bo oni i tak z domu przecież nie wyjdą, bo maja politykę i wszystko inne w głębokim poważaniu. Komentatorzy i politycy nie widzą różnicy między niegłosującymi z powodów ideologicznych (brak zgody na status quo), a niegłosującymi z powodu braku zainteresowania.

Instytucja nieważnego głosu daje nam możliwość dość jednoznacznego pokazania tej różnicy. Nieważny głos umożliwiłby odróżnienie mazurkowego braku zgody i zmierzenie popularności tej postawy. Jednak będzie to sposób skuteczny pod dwoma warunkami: po pierwsze frekwencja będzie znacząco wyższa, po drugie odsetek nieważnych głosów będzie zauważalny. Żeby osiągnąć taki rezultat, trzeba uświadomić tych niegłosujących wyborców o wartości informacyjnej nieważnego głosu.

Czy warto wprowadzać w ogóle takie rozróżnienie? Potrzeba wytłumaczenia swojej decyzji przez redaktora Mazurka i setki innych wyborców w różnych okolicznościach udowadnia, że warto. Zastanówmy się przez chwilę, jak by to wyglądało, gdyby frekwencja wyborcza wynosiła nie 40% ale np. 70% i odsetek nieważnych głosów wyniósł by 30%? Czy ktokolwiek mógłby wtedy powiedzieć na głos, że społeczeństwo jest bierne, że ludzi nic nie obchodzi? Czy ktokolwiek mógłby zarzucić redaktorowi Mazurkowi, że opowiada bajki, a tak naprawdę to nie poszedł na wybory, bo zasiedział się na działce i wolał dopalić grilla? Zastanówmy się, jakie argumenty mielibyśmy komunikując w ten sposób politykom brak zgody na obecną formę uprawiania polityki. Czy Tusk dalej bez żenady perorowałby o sukcesie polityki miłości? Czy Kaczyński dalej byłby tak pewny skuteczności konfrontacyjnej polityki kadrowej? A sensowni kandydaci dalej nie chcieliby, jak obecnie, kandydować nie wierząc w wyborczy sukces lub nie chcąc się ośmieszyć wyborczą porażką?

Ja w każdych wyborach głosuję "na kogoś" (w odróżnieniu od głosowania "przeciwko komuś"), jednak uważam, że warto, by nieobojętni na sprawy publiczne, lecz niegłosujący wyborcy zdawali sobie sprawę, że brak głosu o niczym nie informuje, jest kompletnie nieczytelnym komunikatem. Głosując zaś nieważnym głosem  są w stanie przekazać informację, która komunikuje motywacje opisane przez redaktora Mazurka.

Więcej informacji na temat nieważnego głosu można przeczytać na stronie: http://brakwyboru.blogspot.com

środa, 17 listopada 2010

Do Ratusza pytania o KDT

Wybory zbliżają się wielkimi krokami, a ja przejeżdżając rano do pracy obok pustego placu Defilad zastanawiam się, dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na tą finansowo-organizacyjną porażkę warszawskiego Ratusza? Półtora roku temu zastanawiałem się, czy ktokolwiek zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za fatalną organizację słusznych z prawnego punktu widzenia działań komornika. Niestety nie znalazłem na ten temat żadnych informacji. Znalazłem natomiast wzmiankę, że na miejscu zlikwidowanego KDT powstanie w grudniu pawilon informacyjny o drążeniu centralnego odcinka drugiej linii metra.

Przez okres od 21 lipca 2009 do 30 listopada 2010 roku nic się na tym placu nie działo, poza likwidacją samej Hali. Fiasko rozmów z kupcami oraz decyzja sądu spowodowały likwidację targowiska w centrum Stolicy. Sama likwidacja uzasadniana była potrzebą zwolnienia drogiego miejsca na potrzeby budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Muzeum nawet nie zaczęło powstawać, a po półtora roku przestoju miejsce to staje się zapleczem do budowy Metra. Ja rozumiem, że budowę Muzeum trzeba przygotować, że "wyskoczyła" teraz budowa drugiej linii Metra, niemniej ta sytuacja rodzi szereg pytań na temat uzasadnienia działań podjętych w 2009 roku:
  1. Czy ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za nieuzasadnione zatrudnienie do działań komorniczych na terenie KDT firmy ochroniarskiej zamiast policji?

  2. Czy ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za przekroczenie uprawnień przez firmę ochroniarską podczas działań komorniczych w KDT?

  3. Czy nie powinno się najpierw opracować planów i wszystkiego przygotować formalnie, aby na dany sygnał mogły wejść ekipy robotników, które zrealizują zaplanowane prace?

  4. Po co tak stanowczo usuwano siłą kupców, skoro następnego dnia po usunięciu nie rozpoczęła się rozbiórka Hali, a po rozbiórce natychmiast nie ruszyły żadne prace?

  5. Czy nie jest niegospodarnością pozbawienie miasta dochodu za wynajem powierzchni przez okres co najmniej roku? Nawet biorąc pod uwagę czas potrzebny do zlikwidowania Hali, spokojnie mozna było czerpać pożytki z jej istnienia co najmniej do lipca 2010 roku. Są to przecież zarówno opłaty za wynajem powierzchni jak i podatki odprowadzane przez kupców.

  6. Kto skorzystał na pozbawieniu miasta wyżej opisanych dochodów?
Byłbym mile zaskoczony, gdybym otrzymał odpowiedzi na powyższe pytania od Ratusza. Niemniej może ktoś inny poda jakieś sensowne wyjaśnienia powyższych pytań i wątpliwości? Może któryś z pozostałych kandydatów na prezydenta Stolicy?

poniedziałek, 15 listopada 2010

Wiktor w Jaskini Lewactwa

Przyszedł niedzielny poranek. Uzależniony od informacji Wiktor zerknął do internetu, by sprawdzić czy może w ten pięknie się zapowiadający dzień iść na spacer do parku, czy też rzuci się w oczy jakiś inny ciekawy cel niedzielnych peregrynacji. Okazało się, że można połączyć obie możliwości, bo dopiero o 17 w Nowym Wspaniałym Świecie jest spotkanie z pomysłodawcą gwizdkowej Akcji anty-niepodległościowej. Wiktor się ucieszył, bo zawsze to lepiej usłyszeć argumentację i opinie u samego źródła, niż polegać tylko na przekazach z drugiej albo i trzeciej ręki. Zatem po wiosennym spacerze w połowie listopada Wiktor skierował się przykładem zachodzącego słońca w kierunku Nowego Światu.

Duża sala wypełniona w całości, aczkolwiek bez tłoku. Prowadząca zapowiedziała dyskusję horyzontalną, więc posiadacze mikrofonu byli strofowani, gdy wstawali ze swojego miejsca. Poprosiła też o nie rejestrowanie spotkania i nie robienie zdjęć, co oznaczało, że Wiktor mógł spokojnie zrezygnować z robienia notatek, bo następnego dnia na pewno będzie można przeczytać gdzieś stenogram tego spotkania. Organizatorzy, co oczywiste, obwieścili sukces anty-faszystowskiej Akcji 11 listopada i podziękowali bardzo długiej liście organizacji. Podawane przez GazWyb informacje, jakoby antyfaszystów było ok. 3 tysięcy okazały się mocno zaniżone, bo według organizatorów było ich co najmniej 5 tysięcy. Wiktor przypomniał sobie od razu relacje blogerów, którzy opisywali swoje, spowodowane blokadami, kłopoty z dotarciem do Marszu Niepodległości i przymusowym przemarszem w towarzystwie uczestników blokady. Sam Wiktor maszerował wśród antyfaszystów do Oboźnej, gdzie wszyscy skręcili, by zablokować główny Marsz idący ulicami Powiśla. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami jak odróżnianie zamaskowanych anty od niezamaskowanych faszystów?

Po obowiązkowych gratulacjach i podziękowaniach głos zabrał autor gwizdkowego pomysłu, który w dość dosadnych słowach zbeształ organizatorów całej Akcji za kilka rzeczy. Wiktorowi oczy otwierały sie coraz szerzej, uszy zaczęły falować jak u słonia: jakże to tak? Ten doświadczony opozycjonista z czasów PRL-u, nie zdawał sobie sprawy, że zapraszając ludzi na blokady, które będą łamały prawo, zaprasza ich także do grzechu czynności symetrycznych do grup, przeciwko którym się protestuje? Że wyrosłe z ruchu Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej bojówki Antify będą potulnie jak baranki czekały na faszystowskie znaki z drugiej strony i reagowały w duchu "non-violence"? Wiktor był pełen uznania dla odwagi cywilnej besztającego Antifę Seweryna Od Gwizdków i jednocześnie nie mógł wyjść ze zdumienia nad jego naiwnością.

Kolejny mówca podziękował poprzednikowi za to, że mimo wszystko nie uznał symetrii działań faszystowskich bandytów i "problematycznych" reakcji Antify. Rzucone w przestrzeń pytania o cele na przyszłość, dalekosiężne oczekiwane efekty działań Akcji okazały się jednak mało istotne. W toku kolejnych wypowiedzi wynikało coraz bardziej wyraźnie, że problemem jest samo przetrwanie lewicowych aktywistów, w skrajnie nieprzyjaznym policyjnym państwie. Policja bowiem zamiast bronić ludzi przed bandytami, to broniła bandytów przed Antifą! Co więcej, wiele osób było uratowanych przed stratowaniem przez bandytów właśnie przez dzielną Antifę! Pojawiły się też głosy, że czerwony sztandar wcale nie jest passe, a akcje czerwonego RAF-u były dobre, choć nie odniosły oczekiwanego sukcesu. Wiktor nie próbował się zastanawiać, jak afirmacja "ulicznych napierdalanek", używając tutejszego języka, ma się do przeciwdziałania niosącemu przemoc faszyzmowi, bo zorientował się dosyć szybko, że nie o ideologiczną czy logiczną spójność tu chodzi.

Jakiekolwiek próby ściągnięcia dyskusji na merytoryczny poziom, na zagadnienia dotyczące logistyki, organizacji, komunikacji, która ewidentnie szwankowała, trafiały w próżnię, bo najważniejszy okazywał się akcentowany przez dzielną panią Kazimierę, rewolucyjny zapał, który zmobilizuje ludzi do wyjścia na ulicę. Drugim kluczowym problemem był sposób, w jaki środowiska lewicowe są traktowane przez sprzyjającą i w większości faszystowską policję. Wiktor czuł się, jakby został przeniesiony na plan Przedwiośnia, tylko aktorzy dużo lepiej i szczerzej odgrywali rewolucyjny zapał. Oznaki medialnego zaszczucia, nieustające pretensje do mediów i policji, żądania odwołania komendanta policji, a nawet ministra spraw wewnętrznych, jako odpowiedzialnych za brutalne traktowanie aresztantów z Biedroniem na czele - to wszystko wyglądało dokładnie tak jak wyobrażał sobie Wiktor przedwojenne "konspiracyjne" spotkania rewolucjonistów. Co ciekawe, przy generowaniu atmosfery zaszczucia pani Kazimiera przytomnie zauważyła, że jednak bez wsparcia mainstream-owych mediów, nie ma co liczyć na większą frekwencję niż ostatnim razem.

Zapał osiągnął w końcu taką temperaturę, że nawet poczciwy, a może wyrachowany, Pan Seweryn Od Gwizdków musiał opuścić salę, żeby jakiś bardziej zapalony rewolucjonista nie pacnął go w przypływie słusznego klasowego oburzenia po głowie. Do Wiktora zaś dotarło, że szeroka koalicja lewicowa jest kolejną grupą społeczną, która uważa państwowe organa porządkowe za faszystowskie bojówki mające na celu jedynie danie upustu sadystycznym ciągotom zwyrodniałych funkcjonariuszy. Dotarło do niego także to, że zarówno dla tych młodszych jak i tych starszych "lewicowców", druga strona ideologicznego sporu jest zunifikowaną masą bandytów, która powinna zniknąć z powierzchni ziemi, a która po niej chodzi jedynie dzięki ochronie policji. Jakież to się wydało Wiktorowi symetryczne do różnych opinii słyszanych po tej "bandyckiej" stronie. Skojarzyło się to Wiktorowi w dosyć oczywisty sposób z definicją człowieka, funkcjonującą w małych społeczeństwach plemiennych: człowiekiem jest tylko członek mojego plemienia. Ten z sąsiedniej wioski to już nie jest człowiek - to zwierzyna łowna. Tu nie ma szansy na jakiekolwiek porozumienie, bo porozumienie w ogóle nie jest celem. Celem jest budowa poczucia zagrożenia, umacnianie plemiennych więzi i rozciąganie tych więzi na jak najszersze rzesze, by w odpowiednim momencie wyciągnąć te rzesze na ulice.

Wiktor wyszedł ze spotkania i w te pędy przyleciał do mnie zdać pasjonującą relację. Przegadaliśmy całą noc, dochodząc do wielu ciekawych spostrzeżeń. Niestety nie nagrywałem tej rozmowy, dlatego odtworzona z pamięci sama relacja jest w dużej mierze niepełna. Na wnioski z tej rozmowy przyjdzie pora innym razem...

Stenogram wypowiedzi Blumsztajna
Krótka relacja we Frondzie

I bardzo dobry tekst na portalu lewicowym

sobota, 13 listopada 2010

Biedroń i Mizikowski

Podczas 11-listopadowych demonstracji został zatrzymany m. in. działacz homoseksualny Robert Biedroń. Po wypuszczeniu z aresztu zwołał konferencję prasową na której ogłosił:

Zostałem pobity, ale najgorsze stało się w radiowozie. Jeden z policjantów wszedł do samochodu i pobił mnie w nim na tyle dotkliwie, że tego samego dnia wieczorem znalazłem się w szpitalu.

Dały się słyszeć głosy, że Biedroniowi się należało, że zebrał burzę na skutek siania wiatru, pojawiły się również niewybredne dowcipy na temat więziennych przejść działacza, które mogłyby się okazać dla niego na swój sposób atrakcyjne. Środowiska związane z inicjatywą kontr-marszową podniosły zaś krzyk, że policja sprzyja faszystom, że szykanuje wolnościowych działaczy, że funkcjonariusze dali upust swoim homofobicznym pasjom. Od pierwszych oczekiwałbym podobnych żartów w stosunku do doświadczeń Edwarda Mizikowskiego, o których za chwilę. Od drugich oczekiwałbym wsparcia w protestach wobec niedopuszczalnych działań policji, które stają się normą, a nie powinny mieć miejsca w demokratycznym kraju. Mizikowski nie jest czołowym działaczem homoseksualnym, więc na zwołaną przez niego konferencję pewnie nikt by nie przyszedł. A mogliby się dziennikarze dowiedzieć, że spotkały go podobne doświadczenia jak Biedronia (pełna relacja tutaj):

Gdy samochód ruszył jeden z mężczyzn założył rękawiczki i zaczął go systematycznie bić po głowie i twarzy. Gdy się zasłaniał zaczął go bić i drugi. Na Wilczej zrobili mu badanie alkomatem i byli bardzo zawiedzeni. W końcu jeden powiedział mu, że ma 0,5 promila alkoholu. Na to powiedział, że nigdy dziesiątego każdego miesiąca nie pije. Wsadzili go do samochodu i zawieźli do Izby Wytrzeźwień na ul. Kolskiej. Po drodze znowu, jak mówi, go pobili bijąc po twarzy i głowie rękami w rękawiczkach. Na Kolskiej domagał się zrobienia mu badania krwi pod katem zawartości alkoholu we krwi. Na to usłyszał: „Jak ci k… pobierzemy krew to będzie to całe wiadro”.

Podobne relacje powtarzają się przy aresztowaniach najprzeróżniejszych osób. Ich ranga i pozycja społeczna nie ma znaczenia. Dowiadujemy się o tych praktykach dość rzadko, gdy spotka to kogoś medialnego, ale nie są to wyjątki tylko raczej norma: wpakowanie delikwenta do suki oznacza okazję do poznęcania się nad nim psychopatycznego sadystycznego policjanta. Tych doniesień o policyjnej agresji już po zatrzymaniu jest ostatnio niepokojąco dużo. Czy nie powinien się nimi zainteresować urząd Rzecznika Praw Obywatelskich? Nie powinniśmy ich lekceważyć, bo ciche przyzwalanie na tego typu praktyki może doprowadzić do powrotu takich "wypadków" jak Grzegorz Przemyk czy Stanisław Pyjas. Przesadzam? Pyjas zginął w okresie "małej stabilizacji", w rozkwicie gierkowskiej prosperity. Kiedy Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatnio. Nie lekceważmy takich informacji, bo nigdy nie wiemy, kiedy nam się zdarzy stanąć na niewłaściwym fragmencie chodnika...

czwartek, 11 listopada 2010

Światła pamięci - 10.11.2010

Kilka minut przed 18:00 podjechał pod schodki na Karowej dostawczak ze świecącymi, napompowanymi helem, biało-czerwonymi balonami. Wokół samochodu, w miarę wpakowywania baloników, rosła biało-czerwona chmura pamięci. Do tasiemek przywiązywane były szachownice z wydrukowanymi na kirach nazwiskami. Przechodnie zatrzymywali się, by usłyszeć, że to są światła pamięci. Jakiś taksówkarz zdawał się wiedzieć o co chodzi, bo zatrzymał się i poprosił o dwa baloniki. Inny starszy pan zapytał o co chodzi, wziął do ręki balonik dziękując serdecznie, ale gdy usłyszał, że uczestnikom zależy na niepodległej Polsce, oddał balonik stwierdzając, że to bluźnierstwo, że gdyby Polska nie była niepodległa, to nie moglibyśmy robić takich demonstracji.

Gdy samochód został opróżniony, cała grupa skierowała się spacerem pod Pałac. Tam baloniki zostały rozdane chętnym, wraz z wytłumaczeniem celu akcji. Na dźwięk smoleńskiej syreny, puszczonej przez megafon, baloniki polecą w górę. Przed pomnikiem Poniatowskiego ułożony ze zniczy krzyż i głos modlitwy. Wokół całego zgromadzenia atmosfera spokojna i pogodna, wszyscy czekając na sygnał do wypuszczenia baloników rozmawiają ze sobą sprawdzając, czy karteczki z nazwiskami są dobrze przymocowane.

W pewnym momencie pogodna atmosfera została naruszona. W okolicach krzyża dają się zauważyć jakieś przepychanki, słychać podniesione głosy. To straż miejska rozpoczęła ustawianie barierek przed łańcuchami odgradzającymi pomnik Poniatowskiego w taki sposób, że ich linia przecinała krzyż ze zniczy. Najpierw toczyły się dość stanowcze z obu stron dyskusje, jedni twierdzili, ze maja prawo stać w tym miejscu, drudzy twierdzili, że dostali rozkaz, który muszą wykonać. Nie było miejsca na konsensus, rozpoczęło się rozwiązanie siłowe. Na próbę odsunięcia obrońców krzyża, ci zareagowali solidarną kontrakcją. Emocje zaczęły gwałtownie rosnąć, kobiety zaczęły krzyczeć, mężczyźni apelowali o pomoc. Nad wszystkim unosił się niezmącony głos prowadzącego modlitwę. Punktem kulminacyjnym był upadek jednego z obrońców na krzyż ze zniczy, w tym momencie rozpoczęło się skandowanie "bandyci! bandyci!" oraz "zomo! zomo!". Jeden z obrońców, Edward Mizikowski, został zatrzymany przez Policję.

Gdy emocje nieco opadły, barierki zostały ustawione wokół, a nie w poprzek krzyża z potłuczonych już zniczy. Powoli cichło skandowanie "Komorowski do Moskwy". Nie udało sie puścić syren smoleńskich przez megafon. Baloniki poszły w górę razem, ale już bez początkowego entuzjazmu.

***

Oddzielam komentarz od suchej relacji. Starszy Pan to zasłużony profesor socjologii. Specjalista od metodologii badań społecznych. Nie przeszkadza mu to jednak nie dostrzegać różnicy między troską o niepodległość, a walką zbrojną o niepodległość. Wobec koszmaru II w. św. koszmar czasów stalinowskich i tak był jednak upragnionym pokojem, w czasie którego można było odbudować stolicę i uczyć się po polsku. Wobec koszmaru czasów stalinowskich, czasy Gomułki to prawdziwa niepodległość, a wobec antysemickich czystek roku 1968, czasy gierkowskie to wręcz eksplozja wolności. Gdyby Polska nie była wtedy niepodległa, cały festiwal Solidarności nie mógł by się przecież odbyć. Tak jak wtedy, tak i dzisiaj mówienie o jakimkolwiek zagrożeniu czy ograniczeniu niepodległości to wg profesora bluźnierstwo. Można i tak.

Straż miejska oczywiście nie mogła ustawić barierek w czasie, gdy było tam mało ludzi, w godzina rannych albo nocnych. Gdy planowana była słynna nocna demonstracja barierki były ustawiane od godz. 16. Teraz trzeba było zaczekać na balonikarzy i sprowokować groźbą ustawienia barierek w poprzek krzyża chwilowe rozruchy. Dzięki temu żaden z obecnych na miejscu dziennikarzy nie wspomniał o wielkiej biało-czerwonej chmurze pamięci, za to wszyscy relacjonowali okrzyki "Komorowski do Moskwy!". Metoda znana bardzo dobrze stadionowym bywalcom, gdzie policja niemal zawsze prowokuje zamieszki reagując albo zbyt wcześnie, albo zbyt późno i zawsze zbyt brutalnie. Ale dzięki temu nakłady na bezpieczeństwo nie zmaleją, nieprawdaż?

Cała draka skutecznie popsuła humor organizatorom, niwecząc medialny efekt wysiłku kilkudziesięciu osób, którzy włożyli w przygotowania prawie dwa dni pracy, nie mówiąc o własnych pieniądzach. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem zaangażowania, pomysłowości i sprawnej organizacji nieznajomych sobie wcześniej ludzi, którzy postanowili pomoc nam pokazać, że pamiętamy i pamiętać będziemy. Że nadzieja umiera ostatnia oraz że nie chodzi o awantury, lecz o wspólne pozytywne działanie.




p.s. Zachęcam do zapoznania sie z inicjatywą: Twój głos ma znaczenie!

poniedziałek, 8 listopada 2010

Nie ma Państwa - mówi poseł Polaczek

Jerzy Polaczek, poseł na Sejm Rzeczypospolitej mówi otwarcie w dzisiejszym Salonie Politycznym w Trójce: Nie ma Państwa. I co? I nic. Gdyby to była nieprawda, wszyscy powinni już dawno odsądzać Posła od czci i wiary. Ale nie, problemem głównym w Polsce jest zakładanie nowej partii przez Kluzik-Rostkowską. A że jest to prawda, udowadniają liczne czyny ekipy rządzącej, rezygnującej z kolejnych sfer autonomii, dodatkowo wzmacniane różnymi wypowiedziami, które otwarcie przyznają: zdrowy rozsądek, prawdę, rzetelność i uczciwość mamy w głębokim poważaniu. Przykładem jest choćby sposób odpowiedzi na interpelacje poselskie Jerzego Polaczka, czy reakcja ministra Millera na fakt wybijania okien we wraku Tupolewa.

Dzisiaj nasza pozycja międzynarodowa leży w gruzach, nikt nie ma zamiaru się z nami liczyć w sytuacji, gdy Polska dobrowolnie zrezygnowała z jakiegokolwiek zabiegania o kontrolę nad postępowaniem dotyczącym najważniejszych osób w państwie. Skoro wysyłamy jasny komunikat, że nie zależy nam na kontrolowaniu naszych spraw, to dlaczego ma się z nami liczyć ktokolwiek? Działaniami po smoleńskiej katastrofie nasze władze sprowadziły nas do roli pośledniejszej niż Białoruś. De facto zlikwidowały polskie Państwo. Nie dajmy się zwieźć stroną formalną. Nikt w Europie nie może sobie pozwolić na formalna likwidację, przykład Grecji pokazuje, jak ważne jest podtrzymanie mitu stabilności i trwałości państwa. Za podtrzymanie tego mitu Europa gotowa zapłacić jest bardzo wysoka cenę. Jednak formalne istnienie a realna podmiotowość bytu - to dwie różne sprawy.

W pierwszym momencie po dramacie kwietniowym myślałem tak jak chciała późniejsza rządowa propaganda: kraj działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane bardzo dobrze, instytucje Państwa działają, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Teraz wyraźnie widać, że to była spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, z których każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak należy. Setki urzędników i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, w trakcie której marszałek sejmu (jak sam stwierdził) starał się jak najszybciej podejmować wszelkie "decyzje, których już nikt nie odwróci", ekipa rządowa stara się aż do dzisiaj przekonać nas, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.

Tymczasem jesteśmy jesiennym liściem w oku gospodarczego cyklonu. Nie nasze decyzje sprawią, że drugie uderzenie kryzysu będzie znacznie silniejsze. Nie robimy nic, by choć trochę zneutralizować skutki nadchodzącej zawieruchy. I widać wyraźnie, że nie jest to efekt zaniedbania, tylko efekt racjonalnego i planowego działania. Dlatego nie spodziewajmy się, że ktoś poświęci więcej, niż jest to niezbędne ze względów na tworzenie alibi, uwagi na funkcjonowanie państwowych struktur, na konsekwencje polityczno-gospodarcze bałtyckiej rury, albo na szczegóły umowy gazowej. Tematem najważniejszym będą konflikty w partii opozycyjnej. A gdy jej zabraknie, najważniejszym problemem kraju będzie kolor wibratora w sypialni jakiegoś lubelskiego polityka.

piątek, 5 listopada 2010

Akcja: Twój głos ma znaczenie!

Kolejna afera w partii opozycyjnej, żadnego zainteresowania działaniami partii rządzącej, to mamy w mediach. A z boku, po cichu, życie się toczy normalne i ludzie zastanawiają się, co by tu zrobić, aby tych polityków i dziennikarzy doprowadzić do porządku. Wymienić ich trudno, bo za bardzo nie ma na kogo, a do rozsądku przemówić im jest niemożliwością. W efekcie większość zdecydowana pozostaje w domach, gdy czas decyzji nadchodzi i szansa na wyrażenie sprzeciwu się pojawia. No bo zresztą jak ten sprzeciw wyrazić? Głosowanie przeciwko jednym jest interpretowane jako poparcie dla drugich, więc wybór mniejszego zła tylko podtrzymuje ten chory układ. Lepiej zatem zostać w domu, gdy czas wyborów nadejdzie i wypiąć się na ludzi, którzy nikogo sensownego nie dopuszczają do głosu. Jednak to z kolei daje komentatorom pretekst do oskarżeń, że ponad połowa obywateli ma sprawy publiczne gdzieś, nic ich nie obchodzi i dlatego mamy taką a nie inną jakość życia politycznego w naszym pięknym kraju. Tak jakby udział w wyborach miał jakikolwiek wpływ na polityków. "Przecież mówię, że nie ma kogo wybrać".

Koło skutków i przyczyn się zamyka i tkwimy w tej patowej sytuacji, która nie pozwala się cieszyć uprawianiem własnego ogródka. Czy naprawdę nie ma wyjścia z tych dusznych okoliczności przyrody? I niepowtarzalnych? A może jednak jest sposób, aby przynajmniej nie obrażano tych, którzy na wybory iść nie chcą z własnej nieprzymuszonej woli? Tych, którzy nie chcą swoją kartką wyborczą legitymizować tych politycznych patałachów i kłamców? Czy jest taki sposób? Czemu mało kto zwraca uwagę na wartość informacyjną pewnego narzędzia, które jest do dyspozycji każdego wyborcy?

Tym narzędziem jest głos nieważny!

O czym mówi głos nieważny? Skreślona w kilku miejscach kartka, albo oddana pusta kartka jest niechybnie znakiem, że wyborca się pomylił. Nie wiadomo jednoznacznie na kogo chciał oddać swój głos, więc uznaje się taki głos jako nieważny. Nie bierze on udziału w tworzeniu wyborczego wyniku, ale trzeba go ująć w statystykach. Takich pomyłek w każdych wyborach jest w granicach 1-2%. A co by się stało gdyby takich skreślonych kartek w urnach pojawiło się 30%? Czy wtedy też można by mówić o pomyłkach? Czy wtedy też dałoby się zbagatelizować ten fakt do ciapowatości pojedynczego wyborcy? Gdyby frekwencja w wyborach wynosiła nie 40% ale np. 70%, a wśród wszystkich oddanych głosów byłoby 30% głosów nieważnych? Co nam to mówi?

Tak! Te kilka milionów ludzi dałoby jasny sygnał, że nie jest im obojętne, co się dzieje w kraju, ale nie ma na kogo głosować! Trzeba by wtedy głośno powiedzieć, że taki efekt to wynik świadomego działania sfrustrowanego wyborcy. Politycy muszą się bardziej postarać, bo 30% wyborców zdaje sobie sprawę z ich krętactw i daje im żółtą kartkę: bojkotuję klasę polityczną! Nie bojkotują wyborów, nie bojkotują Polski! Bojkotują polityków! Jest różnica?

W tym pomyśle nie chodzi o to, aby odbierać komukolwiek wyborców! Nie chodzi o to, aby namawiać kogokolwiek do głosowania, bądź niegłosowania na jakąkolwiek partię. Jeśli chcesz głosować na partię X - to głosuj na partię X. Jeśli chcesz głosować na partię Y - głosuj na partię Y. Ale jeśli nie chcesz na nikogo głosować, bo nikt Ci się nie podoba - nie zostawaj w domu, tylko pójdź na wybory i oddaj nieważny głos!

Na koniec dwa pytania:
a) Czy uważasz pomysł za sensowny?
b) Co zrobić, by go rozpropagować? Wśród wszystkich, choć jest on dla tych, którzy nie chcą iść na wybory.

Więcej informacji na temat pomysłu można przeczytać tutaj: http://brakwyboru.blogspot.com