czwartek, 30 grudnia 2010

THC niszczy racjonalne myślenie

"Gazeta Wyborcza" znów mruga do młodzieży: walczcie o legalizację narkotyków, my wam pomożemy. Ofiarami narkotyków też się zajmą? Reportaż szokuje. To wyraźne wsparcie dla działań ucznia, który chce legalizacji narkotyków - na szczęście wciąż nielegalnych, i jednocześnie wyraźne potępienie działań szkoły, która chce bronić innych uczniów przed narkotykami. – tak komentuje krótki reportaż zamieszczony w Gazecie Wyborczej portal wPolityce.pl

Muszę przyznać, że zawsze wpadam w konsternację, gdy słucham opinii na temat „narkotyków” i zażywających ich „ćpunów”. Stereotypowe myślenie, które owocowało jeszcze nie tak dawno szokiem, jaki wywoływały informacje o dobrze zarabiających, schludnie ubranych alkoholikach, pokutuje do dzisiaj. Nie chcę zacytowanych opinii portalu traktować jako przejawu hipokryzji i antyagorowego zacietrzewienia. Uważam, że jest to raczej przejaw swego rodzaju niedoinformowania. Nie chcę również wchodzić w szczegółową pseudonaukową argumentację czy opowiadać się po którejś ze stron. Chcę tylko zasygnalizować kilka kwestii, które sprawiają, że sprawa nie jest tak jednoznaczna jak jest przedstawiana.

1. Ofiary narkotyków. Czy liczne ofiary nałogu alkoholowego są przyczynkiem do dyskutowania kwestii delegalizacji tej używki? Czy ofiary agresji wyzwalanej przez alkohol są argumentem do ograniczania jego sprzedaży? Czy zakaz palenia w miejscach publicznych powodującego raka tytoniu jest przejawem konserwatywnej idei odpowiedzialności za samego siebie, czy raczej lewackiego przekonania, że społeczeństwo wie lepiej co jest dobre dla jednostki?

2. Delegalizacja, depenalizacja. W latach 30-tych w USA wprowadzono prohibicję kierując się słusznymi moralnymi przesłankami. Jak to się skończyło wszyscy wiemy. Dopiero ponowne zalegalizowanie alkoholu umożliwiło skuteczne rozprawienie się z mafią, która była jedynym beneficjentem wprowadzenia prohibicji. W tym kontekście warto brać pod uwagę argument, że depenalizacja pewnych używek mogłaby ograniczyć czarny rynek i dostarczyć Państwu funduszy niezbędnych do zwalczania skutków ich nadużywania.

3. Kontrola handlu. Regulowany rynek używek umożliwia Państwu kontrolę ich jakości. Być może pamiętają jeszcze niektórzy te społeczne akcje apelujące o nie picie alkoholu z niepewnego źródła. „Bimber przyczyną ślepoty” – bo tylko państwowy monopol jest w stanie dostarczyć dobrego jakościowo produktu, który nie zawiera nawet śladowych części chemicznych zanieczyszczeń powodujących niepożądane skutki. W opinii użytkowników tego nielegalnego czarnego rynku głównym problemem i źródłem szkodliwości dostępnych produktów nie jest marihuana lecz chemiczne świństwa, które się do niej dodaje.

4. Uzależnienie. Siła fizycznego uzależnienia jaką wywołuje marihuana jest ciągle przedmiotem badań naukowców. Istnieją badania, które wręcz negują efekt fizycznego uzależnienia wywoływanego przez THC. Oczywiście stwierdzono też wywoływanie przez THC objawów psychotycznych i innych ciężkich zaburzeń psychicznych, ale kto z nas nie ma znajomego, który po alkoholu zmienia się nie do poznania, często w sposób wybitnie agresywny? O uzależnieniu psychicznym zaś możemy mówić nie tylko w przypadku stosowania fizycznych używek, ale w przypadku nadużywania dowolnych aktywności ludzkich. Kto nie słyszał o uzależnieniu od czekolady, Internetu czy seksu? Przesada jest tak samo zła bez względu na przedmiot.

5. Szkodliwość. Badania naukowe wykazują zarówno pozytywne jak i negatywne skutki zażywania różnych substancji. Nadużywanie kawy wywołuje nadciśnienie i w konsekwencji prowadzi do zawału. Zaś małe ilości kawy (jedna mała czarna dziennie) ma właściwości antyrakowe. Podobnie małe ilości alkoholu zapobiegają chorobie wrzodowej i poprawiają krążenie, obniżając ryzyko zawału. O szkodliwości alkoholu w nadmiarze nie trzeba wspominać. Problemem jest zatem nie tyle używanie, ile nadużywanie, przy czym granica między jednym a drugim bywa bardzo cienka.

6. Kwestie kulturowe. W pustynnych krajach arabskich marihuana jest kulturowo akceptowanym składnikiem obyczaju gościnnego w zastępstwie nielegalnego tam alkoholu. Pamiętam fragment programu telewizyjnego w którym na szkoleniu dla jadących do Afganistanu żołnierzy uświadamiano ich, że jeśli gospodarz poczęstuje gościa haszyszem, odmowa jest traktowana jak obraza. Dziś takich reportaży w telewizji nie widzę, ale i telewizji nie oglądam, więc może gdzieś się to pojawia. Jednak warto zauważyć, że u nas alkohol nie ma aż takiej mocy i wszyscy rozumiemy, że ktoś nie spróbuje naszej domowej wiśniówki, bo „prowadzi” albo „jest na antybiotyku”. Jednak sam brak ochoty często nie jest jednak mimo wszystko pretekstem wystarczającym – „no co ty? Ze mną się nie napijesz?”

Wymieniłem te kilka kwestii na szybko tylko po to, by przypomnieć, że sprawa nie jest tak oczywista. Ja rozumiem obawy gradacyjności pewnych żądań, pewnych idei. Dzisiaj legalizujemy małżeństwa homoseksualne, jutro zgadzamy się na adopcję dzieci przez homoseksualne pary. Dzisiaj zgadzamy się na In-vitro jutro zgodzimy się na eugenikę. Rozumiem obawy, że legalizacja pewnych używek pociągnie za sobą żądanie legalizacji twardych narkotyków. Jednak sprawy nie są czarnobiałe i nie uważam, że depenalizacja plucia na chodnik w Singapurze automatycznie pociągnie za sobą przyzwolenie na uprawianie miłości w miejscach publicznych.

We wspomnianym na wstępie reportażu można się dopatrzeć postaw antyklerykalnych: oto ksiądz jest odporny na wszelkie argumenty i niby ugiął się pod naciskiem międzynarodowych organizacji, ale dalej hardo się stawia. Można zarzucić autorom, że nie stawiając pewnych pytań nie pogłębiają tematu. Jednak w moim odczuciu reportaż nie jest żadną pochwałą narkotyków i zasługuje co najwyżej na przemilczenie, a nie na polemikę zaiste w stylu… Gazety Wyborczej właśnie.

środa, 29 grudnia 2010

Czystki w TVP a kryteria

Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu. Ludzką cechą jest reagowanie na skutki, połączone z ignorowaniem widocznych wcześniej symptomów zbliżającej się choroby. Dlatego nie zwalniamy tempa, gdy lekko boli głowa, by wylądować na izbie przyjęć ze stanem przedzawałowym.

Tak, Kłopotowski ma rację apelując o wsparcie dla zachowania w telewizji publicznej publicystycznego programu Pospieszalskiego. Zgadzam się, że usuwanie takich programów sprzyja przywracaniu istniejącej przez cały PRL nierównowagi w prezentowanych poglądach. Szkoda, że nie udało się zatrzymać tego procesu o świcie, bo teraz, o zmierzchu, możemy wyrazić jedynie zdanie odrębne.

Opinia publiczna ma niestety najmniejszy wpływ na ramówkę i decyzje kierownictwa telewizji PUBLICZNEJ. To smutny fakt. Kierownictwo Dziennika TVP zostało zmienione nie z powodu spadku oglądalności przecież, co początkowo sugerowano. Także nie z tego powodu zdjęto przecież programy Ziemkiewicza, Wildsteina czy Misję Specjalną. Czy gdzieś można zobaczyć upublicznione raporty z badania oglądalności tych programów? Ja nie znalazłem.

Zarzuty stronniczości i nierównomiernego doboru dyskutantów są, wobec istnienia w tej samej telewizji publicznej publicystyki Lisa czy Żakowskiego, absurdalne. Są absurdalne w stopniu porównywalnym do, praktykowanego w latach 80-tych przez Urbana i spółkę, nazywania działaczy solidarnościowych terrorystami (o czym przypomniał ostatnio w swoim „wykładzie” w Fundacji Marshalla Prezydent Komorowski).

Zdaję sobie sprawę, że nie da się wszystkiego zapisać i uregulować paragrafami. Zawsze będzie margines swobody w biurokratycznej strukturze pozostawiający możliwość zachowania człowieczeństwa. Dlatego domagajmy się upublicznienia wszelkich informacji mających wpływ na decyzje w instytucji publicznej. Przyłóżmy do tego obiektywną miarkę i oceniajmy trafność i adekwatność decyzji urzędników państwowych do przyjętych kryteriów.

Instytucje kontrolne jak REM czy KRRiT to fikcja w pełnej krasie. Ich działania są równie daleko od zapisanych prawem celów jak raport MAK. Dlatego my, publiczność, musimy przejąć na siebie funkcje kontrolne i demaskować hipokryzję, byśmy mogli kiedyś mieszkać we własnym domu. Teraz jest trudny czas, ale ciągle wierzę, że przyjdzie kiedyś moment, gdy nie będzie miejsca w PUBLICZNEJ przestrzeni dla tych, którzy kłamstwami bezczelnie plują w twarz publiczności. Gdy herbertowskie „tak-tak, nie-nie” odzyska znaczenie.

Idealistyczne? Pewnie że idealistyczne. Ale warto nie zapominać, że Polska „jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi; plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”...

środa, 22 grudnia 2010

Wyborczy fałsz i obłuda

Cuda w komisji wyborczej nr 208 na warszawskiej Ochocie skutecznie niszczą zaufanie do Państwa, którego mechanizmy kontrolne nie zabezpieczają obywateli przed nadużyciami. Tylko głupota członków komisji umożliwiła zdemaskowanie procederu, co do którego nie można mieć pewności czy nie jest masowy.

Wczorajszy wieczór przyniósł arcyciekawą informację na portalu niezależna.pl. Sprawa jest już komentowana przez Blogerów, aczkolwiek wątpię, aby znalazła się w głównym medialnym obiegu. Chodzi o przypadek kandydatki PiS do Rady Dzielnicy Ochota, Aleksandry Jaroszkiewicz. Po podliczeniu głosów okazało się, że na nią głosowało zero wyborców, choć powinien być odnotowany przynajmniej jej jeden głos, który oddała na samą siebie. Po ponownym sprawdzeniu głosów przez Sąd Okręgowy w Warszawie okazało się, że kandydatka otrzymała nie zero, a dziewiętnaście ważnych głosów.

Ja rozumiem, że można się "pomylić", ale podawanie wyniku 0 przy faktycznie oddanych 19 głosach??? Ja rozumiem, że te wszystkie zdania o fałszerstwach to przejaw moherowej paranoi, ja rozumiem, że Begierowej udowodnili fałszowanie podpisów, więc „takie rzeczy się zdarzają wszędzie”. Ja wszystko rozumiem, ale jaka musi być atmosfera, że członkowie Komisji Wyborczej, osoby zaufania publicznego, nie liczą się już nawet z pozorami i kasują 19 głosów wpisując jako wynik 0 (zero)! Tylko dzięki swojej głupocie wpadli. To jedyny plus tej sytuacji.

Jakie są rzeczywiste wyniki tych wyborów? Odpowiedzią mogłoby być jedynie ponowne przeliczenie wszystkich głosów przez zewnętrznych obserwatorów. A to jak wiemy jest technicznie mało wykonalne. Co robili w czasie liczenia głosów mężowie zaufania? Dlaczego nie zadziałała krzyżowa kontrola członków Komisji, którzy powinni być przecież z różnych ugrupowań. Medialne szczucie przynosi realne efekty w postaci konformizmu nawet pisowskich członków komisji? „Bo wyniku wyborów przecież to nie zmieni”, tak? To dlaczego powtarzamy sobie, że każdy głos jest ważny? I nie chodzi tu o ugrupowanie poszkodowanej - gdyby dotyczyło to kandydata PO - mój komentarz i reakcja byłyby identyczne.

Była jakiś czas temu mowa o znaczeniu nieważnych głosów, jako formy protestu obywatela na tyle aktywnego, by poszedł do urny i na tyle niezadowolonego, że skreśla przy urnie wszystkich. Są głosy, że jest to furtka do fałszerstw wyborczych, bo łatwo jest unieważnić czyjś głos. Ten przykład pokazuje że nie trzeba nic unieważniać, skoro mechanizmy kontrolne w trakcie najważniejszego momentu, czyli liczenia głosów zawodzą do tego stopnia, że nikt się nie przejmuje aż tak jawnym komisyjnym kłamstwem jak podanie 0 zamiast 19 głosów na danego kandydata. Co stoi w takiej sytuacji na przeszkodzie podanie 190 zamiast 19? Albo odwrotnie. Zawsze można przecież się tłumaczyć, że w zmęczeniu nie wpisałem zera.

To, co umożliwia wyborcze fałszerstwa - niekoniecznie w drodze odgórnej dyrektywy, ale np. w postaci silnej osobowości w wyborczej komisji, która przekona resztę, że 19 głosów w tą czy w tamtą nie ma znaczenia, „bo wyniku wyborów to nie zmieni” - to jest społeczne przyzwolenie na kłamstwo. W sytuacji gdy wszędzie słyszymy, że 20 stopni mrozu to jest odwilż, że rosnące lawinowo zadłużenie Państwa to sukces liberalnej gospodarki, że „Polska po raz pierwszy od wielu dekad jest graczem, a nie pionkiem w stosunkach międzynarodowych”, to naprawdę te 19 głosów może nie mieć najmniejszego znaczenia. Jeśli jednak nie chcemy bujać w obłokach tylko stąpać realnie po realnej ziemi, to nie możemy godzić się na niewydawanie reszty z powodu braku drobnych w kasie. Nie możemy godzić się na oddanie kluczyków do samochodu bandycie i przyjąć do wiadomości, że on tylko pożyczył na chwilę.

Kolejny raz w trakcie aktualnych rządów zaufanie do Państwa zostało podkopane. Bardzo poważnie.

wtorek, 21 grudnia 2010

Jaka Białoruś jest potrzebna Polsce?

„To, co ostatnio Polska zrobiła dla Białorusi, warte jest każdych pieniędzy” - stwierdził Łukaszenka podczas powyborczej konferencji prasowej w Mińsku. Zdaniem Łukaszenki, "Polska zrozumiała, co to jest Białoruś i dlaczego Białoruś potrzebna jest Polsce. Jestem przekonany, że jeśli Polska będzie prowadziła taką politykę, jak przez ostatnie trzy miesiące, to czeka nas świetlana przyszłość i będą tylko pozytywne efekty tej współpracy". Taką informację podał wczoraj portal Gazeta.pl.

Ta wypowiedź Łukaszenki rzuca ciekawe światło na geopolityczną układankę, którą swego czasu opisywałem tutaj. Po ataku na Gruzję następnym idealnym kandydatem rosyjskiej agresji mogłaby być właśnie Białoruś. Dyktator zerwał się bowiem z uwięzi i wierzga. Rosja zamiast przybliżać się do Zachodu ma kolejne państwo buforowe, które musi dyscyplinować poprzez dywersyfikację kanałów dostaw surowców energetycznych. Jednak realny atak jest z różnych względów kompletnie nieopłacalny. Poza oczywistymi kosztami politycznymi dodatkowym argumentem jest białoruska armia, która nie ma wiele wspólnego z praktycznie nieistniejącą armią gruzińską.

Co można w tej sytuacji zrobić? Rosjanie od dłuższego czasu poszukują zastępstwa dla Łukaszenki i mają z tym spory problem. Dyktator okazał się być niezwykle skuteczny w anihilacji jakiejkolwiek realnej opozycji. Jak trzeba to zdelegalizuje, jak trzeba to podzieli, a jak trzeba to i przywali, jak zrobił to ostatnio tuż po wyborach. Kłopot z zaistnieniem charyzmatycznego opozycjonisty ma nie tylko Zachód. Rosja natomiast wie, że jakikolwiek białoruski kandydat, wobec gospodarczego uzależnienia, zmuszony będzie do współpracy z Rosją.

Czas gra na niekorzyść Rosji, która zdaje sobie sprawę, że Zachód zwęszył pismo nosem i będzie próbował wykorzystać ochłodzenie miedzy Mińskiem i Moskwą do stworzenia gospodarczych nitek wiążących struktury w tym kierunku. Stąd taka a nie inna polityka wobec Łukaszenki, którego wschodni konflikt stwarza szansę na przejęcie inicjatywy. Stąd ucięcie realnej pomocy finansowej dla sił opozycyjnych.

Mińskie rozruchy stawiają właśnie Zachód w niezręcznej sytuacji, w której nie może on nie zareagować. Cała polityka zbliżenia Białorusi z UE staje pod znakiem zapytania. Słowa Łukaszenki na konferencji prasowej zdają się sugerować, że za ewentualnym kolorowym miasteczkiem mogły stać siły moskiewskie, a zachodnie zbliżenie leży jak najbardziej w sferze jego zainteresowań, ambicji i możliwości.

piątek, 17 grudnia 2010

Pytanie do Johna Godsona

Muszę przyznać, że ucieszyłem się na wieść, że w polskim Sejmie zasiądzie czarnoskóry poseł. Fakt ten w dość dobitny sposób zadaje kłam mitom o naszej ksenofobii, rasizmie i innych powielanych antypolskich przekonaniach. Podobnie jak odgrzebany ostatnio przez historyków nieznany przypadek czarnoskórego Powstańca, który walczył w 1944 roku ramie w ramię z Warszawiakami. Czego nie zrobili Niemcy dokończyli Rosjanie i facet niestety wyjechał kilka lat po wojnie do Londynu. Swego czasu Polaków łączyła granicząca z Małyszomanią sympatia do Emmanuela Olisadebe.

Nie chcę rozwodzić się nad historią, nad inspirowanymi przez ubecję wypadkami kieleckimi, nad antysemickimi czystkami roku 68, w których doradca obecnego prezydenta odegrał niepoślednią rolę, chciałbym zatrzymać się na teraźniejszości. Nie chcę także poruszać ciekawego tematu historii wykształcenia utytułowanego doktoratami łódzkiego posła, ani pytać go o powody porzucenia rodowego nazwiska Chikama Onyekwere.

Chciałbym zapytać Johna Godsona o jedną rzecz, w kontekście jego wielkiego oburzenia na słowa Ryszarda Czarneckiego, że „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Rozumiem, że nie wiedział o tym, że powiedzenie to ma wydźwięk ironiczny, że „odnosi się do kogoś, kto został wykorzystany i odprawiony, gdy przestał być potrzebny. Przez przywołanie tej sentencji wyraża się współczucie dla osoby oszukanej i poniżonej (sic!)”. John Godson, uświadomiony przez swoich partyjnych kolegów, za swoje oburzenie przeprosił i sprawa jest zamknięta. Nie będzie też pewnie manifestował swojego oburzenia na pełne goryczy słowa piosenki, śpiewanej niegdyś przez Ryszarda Rynkowskiego - „To ja, polski biały Murzyn”. Jest w nich bowiem wielki ładunek solidarności ze wszystkimi Niewolnikami udręczonymi na polach bawełny obu Ameryk oraz poczucie wspólnoty historycznych losów pod butem najpierw carskiego, później radzieckiego imperium.

Prawie półtora roku temu przeoczyłem tą informację, którą przedwczoraj przypomniał Czarnecki. Stąd dopiero dzisiaj chciałbym zadać pytanie:

Czy tak wyczulony na obraźliwe uwagi John Godson skomentował lub skomentuje w jakikolwiek sposób pamiętny dowcip opowiadany przez Ministra Spraw Zagranicznych w rządzie Donalda Tuska o polskiej krwi płynącej w żyłach amerykańskiego Prezydenta? Dyplomata Radek Sikorski miał opowiadać, że polska krew wzięła się stąd, że dziadek Obamy zjadł polskiego misjonarza. Czy nie jest „To nie pierwszy raz, kiedy ktoś z pańskiego ugrupowania obraża ciemnoskórych”? Naprawdę szczerze, czysto po ludzku ciekaw jestem komentarza.

środa, 15 grudnia 2010

PJN a Polska XXI

„Zobaczyłem, jak bardzo niedocenianym elementem w analizach politycznych jest kwestia personalna. Emocje, osobowość poszczególnych osób, ich charaktery. Tego w analizach makropolitologicznych w ogóle się nie ujmuje. Przypominam sobie książki, które czytałem, z których się uczyłem, o jakichś megatrendach itp. A dzisiaj uważam, że nieuwzględnienie charakteru graczy absolutnie nie pozwala zrozumieć reguł gry.” - mówił Marek Migalski w maju 2009 roku, w rozmowie z Małgorzata Subotić. I przypominam sobie te słowa zawsze, gdy słyszę o politycznych metanarracjach legitymizujących czy konstytuujących aktualną wojnę polsko-polską. Mam bowiem uporczywe wrażenie, że zarówno politycy jak i „analitycy”, opisują procesy abstrahując od personalnych uwarunkowań, pozbawiając się skutecznie efektywności. Można to porównać do próby przewiezienia towaru samochodem, któremu brakuje jednego koła.

O ile rozłamową akcję polityka, którego nazwiska się nie wymienia, w świetle dotychczasowej jego działalności, można i być może należy interpretować jako zorganizowaną, przemyślaną i kontrolowaną akcję obozu rządzącego, o tyle trudno dopatrywać się dojrzałej strategii w działaniach PJN. W kontekście tego ostatniego rozłamu warto przypomnieć sobie lekceważoną historię rozwoju i upadku akcji Polska XXI. W największym skrócie można wyróżnić kilka elementów.
  1. Akcja była zaplanowana i realizowana jako faktyczne oddolne pospolite ruszenie. Początkowa nieufność z czasem przekształciła się w coraz większe zaangażowanie szerokiego grona zarówno rozczarowanych samorządowców, jak i zwykłych szarych obywateli. Aktywizacyjną rolę spełniało żywe i wyjątkowo merytoryczne forum dyskusyjne, którego efektem były coraz liczniejsze spotkania w „realu”, owocujące faktycznymi dyskusjami, pomysłami i realizacjami. Była duża szansa na wytworzenie aktywnego środowiska, do tej pory biernych ludzi.

  2. Niestety, obywatelska aktywizacja nie poszła w parze z organizacyjnym otwarciem, ustaleniem przejrzystych zasad, stworzeniem instytucji kontrolujących i weryfikujących nieprawidłowości. Władze Ruchu na wszystkich szczeblach zasklepione były w betonowo pojmowanej strukturze hierarchicznej, w której istniała przestrzeń tylko dla krewnych i znajomych królika, bez szansy na wejście osób zweryfikowanych przez organizację, a nie przez kierownictwo. Zadziwiający był także fakt, że największym betonem okazali się ludzie najmłodszego politycznego pokolenia, 20-30-latkowie, wykazujący wszystkie cechy cynicznych PZPR-owskich aparatczyków. (To jest temat na osobne opracowanie, które ciągle czeka w kolejce.)

  3. Panuje powszechne przekonanie, że stojący na czele Ruchu Dutkiewicz wybrał wrocławski samorząd, rezygnując z kierowania ogólnopolską organizacją. Prawda jest jednak taka, że Dutkiewiczowi brakowało niezbędnej charyzmy, która umożliwiałaby wyrazistą reprezentację Ruchu. Zabrakło Dutkiewiczowi iskry i kontroli sytuacji, choć jak pokazuje przykład Komorowskiego, ich brak nie musi skutkować politycznym fiaskiem. Istniały również pogłoski, że Dutkiewiczowi sugerowano, iż jeśli nie zrezygnuje z ogólnopolskich ambicji prezydenckich, to będzie musiał zrezygnować także z ambicji wrocławskich.

  4. Wśród kierownictwa Polski XXI zasiadali praktycznie sami intelektualiści, brak było natomiast jakichkolwiek PR-owców oraz osób mających predyspozycje do bezpośredniej pracy z ludźmi. Jeden mało znany Karasiewicz robił w tej kwestii więcej, niż wszyscy pozostali „politycy” razem wzięci. Jak na dużą ogólnopolska organizację, to jednak trochę za mało, by dać uczestnikom Ruchu poczucie, że ich merytoryczne głosy są słyszane i analizowane.

  5. Dobranie na koniec aroganckiego Dorna, który po chamsku rozprawił się z dotychczasowymi postulatami wypracowanymi przez Ruch, czego przykładem było choćby podejście do idei JOW, było gwoździem do trumny całego przedsięwzięcia. Do nowego projektu Polska Plus przeszedł bardzo mały odsetek osób związanych wcześniej z Polską XXI.
Jak na razie widać wyraźnie, że PJN nie tylko nie wyciągnęła wniosków z historii, ale pogłębia jeszcze błędy poprzedników. Proszę zauważyć, że pomijam zupełnie aspekt programowy, który zarówno w przypadku Polski XXI jak i PJN jest napisany na takim stopniu ogólności, że trudno nie zgodzić się z politykiem, którego nazwiska się nie wymienia, że są to banalne komunały. PJN cały czas powtarza, że program i działalność będzie konsultowana z sympatykami i wyborcami, ale do dzisiaj nie istnieją lub są martwe narzędzia mogące temu służyć. Strona internetowa jest żenująco uboga, fanpage na FB jest aktywny jedynie wpisami sympatyków, zaiste nie wiem jak mają wyglądać te „konsultacje społeczne”.

Kierownictwo PJN jest zbieraniną osób, którym trudno będzie wygenerować jakiś spójny obraz. Panie Kluzik i Jakubiak, pozbawione charyzmy w stopniu co najmniej porównywalnym do Dutkiewicza i Komorowskiego, nie porwą za sobą tłumów zwracających uwagę na formę. Popełniający nieustannie lapsusy Poncyliusz nie będzie stawiany za wzór dyplomacji. Cyniczny Kamiński będzie budował rezerwę wyborców, dla których ważna jest zwykła ludzka przyzwoitość. Słuchający tylko siebie i obrażający wyborców Migalski na pewno nie będzie moderatorem programowych dyskusji. Brakuje też odpowiedzi na pytanie o prawo do posługiwania się nazwą, która jest identyczna z nazwą stowarzyszenia Teresy Bochwic.

Migalski w swoim sławnym liście do Kaczyńskiego bardzo trafnie nazwał organizacyjno-strukturalne przyczyny, dla których zarówno PiS-owi, jak i pozostałym politycznym inicjatywom trudno będzie zbudować sprawnie działający mechanizm. Jak na razie nic nie wskazuje także na to, by ugrupowanie Migalskiego z tych analiz korzystało. Zasady konstrukcyjne to jedno, a wykonanie to drugie. W polskiej polityce od dawna bardzo poważnie kuleje to drugie. Naprawdę nie doceniamy roli osobowości i charakteru w analizach politycznych inicjatyw. Pytanie o metody odtworzenia postaw politycznej odpowiedzialności jest tylko z pozoru naiwne.

środa, 8 grudnia 2010

Larry Flynt w wersji zaawansowanej

Czekam, czekam i doczekać się nie mogę. Kiedy wreszcie ktoś zauważy kuriozalność zarzucania Julianowi Assange łamania prawa poprzez publikowanie tajnych dokumentów? Czy tylko jeden Dan Gillmor dostrzega problem, czy też pozostali dziennikarze tak boją się zadzierać z wszechpotężnym systemem światowej władzy, że autocenzurują swoje opinie? A może po prostu totalitaryzm informacyjny przybrał na tyle skuteczną formę, że jest po prostu przezroczysty dla przedstawicieli czwartej władzy, która zrezygnowała z funkcji kontrolnych na rzecz legitymizacji wszelkiej władzy?

Kto łamie prawo? Urzędnik dostarczając dziennikarzowi tajny dokument? Czy też dziennikarz, który taki dokument podaje do publicznej wiadomości? Jeśli, jak w przypadku Assagne, przyjmiemy, że prawdziwa jest ta druga odpowiedź, to zanegujemy legalność każdego dziennikarskiego śledztwa.

W przypadku katastrofy smoleńskiej, w kontekście „ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich”, taka interpretacja jest w pewien sposób zrozumiała. Jest skandaliczna, nie do przyjęcia, ale można rozumieć zależnościowe uwarunkowania rezygnującego z suwerenności kraju, w którym dziennikarze są funkcjonariuszami establishmentu. Natomiast przyjmowanie takiej interpretacji przez całą Zachodnią cywilizację, nie tylko przez rządy, ale również pozornie wolne gospodarcze podmioty jest przerażającym dowodem na totalitarność korporacyjnego systemu, w którym nie ma miejsca na różnice poglądów. Został ujawniony dramatyczny stan wielowątkowego uwikłania, które abstrahując od naczelnych wartości zachodniej cywilizacji de facto zamyka pewien etap rozwoju tej Kultury.

Rząd Australii stwierdza jeszcze w listopadzie, że nie tylko nie udzieli swojemu obywatelowi żadnej pomocy, ale jeszcze sprawdza, do naruszenia jakich paragrafów mogło dojść w przypadku szefa WikiLeaks oraz rozważa też prośbę władz Stanów Zjednoczonych o unieważnienie jego paszportu. Systemy rozliczeń finansowych Visa i MasterCard odmówiły obsługi Wikileaks. Wcześniej tak samo postąpił system PayPal. Wikileaks musi też cały czas zmieniać serwery i domeny. To ma zasięg globalny i obliczone jest na uniemożliwienie funkcjonowania portalu, który ujawnia niekompetencje światowych rządów m.in. w kwestii zabezpieczeń. Jeśli bowiem prywatna osoba jest w stanie dotrzeć do tak tajnych dokumentów, to czy ktoś jeszcze wierzy, że jakiekolwiek służby wywiadowcze maja z tym problem?

Ostatnie zmiany stanowisk, nieco krzepią. Australijski rząd chyba zdał sobie sprawę, jakie znaczenie mają jego wcześniejsze deklaracje i dość szybko poszedł po rozum do głowy uznając, że winę za ujawnienie amerykańskich poufnych depesz dyplomatycznych ponoszą Stany Zjednoczone, a nie założyciel portalu Wikileaks Julian Assange oraz że odpowiedzialni prawnie są za to ludzie, od których pochodził przeciek. Jednak mleko się rozlało i widać już wyraźnie, że rząd chiński nie jest jedynym, który chce kontrolować i kontroluje informację. Jakiekolwiek nawoływania do przestrzegania wartości takich jak wolność, czy prawa jednostki straciły po sprawie Assagne’a moralne umocowanie.

Milos Forman nakręcił film o historii człowieka, który wygrał batalię o wolność słowa, umożliwiającą mu drukowanie i dystrybucje pornografii. Dzisiaj mamy nowego Lary Flinta, tylko z dużo istotniejszym problemem. To nie jest walka o WikiLeaks. To jest walka o podstawy zachodniej cywilizacji.