piątek, 4 marca 2011

Co robić z bufonadą?

Powiedzcie mi drodzy czytelnicy, czy naprawdę tak wam imponują nadęci bufoni? Nie zadaję tego pytania sprowokowany jakimiś konkretnymi działaniami któregoś z nich. Raczej mam w pamięci różnego rodzaju „wyskoki” w przeszłości, do których nie warto już wracać. Nie daje mi jednak spokoju kwestia podejścia do zasad, tak charakterystyczna dla okresu III RP.

Michnik, Pacewicz, ale także Leski, Jarecki, Coryllus, czy Toyah – przecież to ten sam typ nadętego bąkami balona! Lekko go nakłuć i wypuszcza z siebie odór. Brak pokory, pycha, mania wielkości i obrażanie każdego inaczej myślącego. To jest ta moc, która pociągała tłumy za Hitlerem? Przeraża mnie to stadko komentatorskich bałwochwalców i czołobitników, którzy nauczeni wyzwiskami autora biją mu pokłony, karmiąc swoje poczucie wartości, gdy autor uprzejmie dziękuje za wyrazy atencji. Operowanie językiem to nie wszystko. Nie damy odporu michnikowszczyźnie mieszając z błotem nieprawomyślnych. Metody GW-na nie stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie.

Z tymi autorami jest jak z marnymi politykami. Dobre teksty idą w parze z kompletnym brakiem umiejętności radzenia sobie z krytyką. O ile ironia, przeniesienie, czy hiperbola u autora jest celowym zabiegiem stylistycznym, którego tylko nieoczytany kretyn nie jest w stanie załapać, o tyle gdy tego typu retoryczne figury są użyte przez komentatora tekstu to jest to przejawem paranoi, głupoty, chamstwa lub obsesji. A ten tekst zostanie okrzyknięty fanfaronadą zazdrosnego dyletanta.

I tylko pytanie: czy dobry tekst usprawiedliwia bufonadę? Czy trafienie czasem w punkt istotności czyni autora prorokiem? Czy musimy tolerować chamstwo i ubliżanie tylko dlatego, że autor popełniający czasem dobre teksty ma nieustanne muchy w nosie? Kiedy troll staje się trollem? Jakie są granice tolerancji? Czy rzeczywiście jedynym dobrym wyjściem jest ignorowanie? Czy dobry obyczaj, szacunek i kulturę powinniśmy oczekiwać jedynie od komentatorów? Czy może jednak metody GazWyb-u stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie?

Idąc spać zostawiam zawieszone pytania...

3 komentarze:

  1. Ponieważ większość komentatorów na linkowanych niżej blogach odsądza mnie od czci i wiary zamieszczam tu linki, tak na wszelki wypadek, aby mozna było prześledzić co właściwie się stało:

    Najpierw zostałem w bardzo kulturalny sposób wygoniony z bloga Toyaha:
    toyah - postkomunizm-ze-smiercia-na-twarzy

    a ponieważ chodziło po mojej głowie od dłuższego czasu zadziwienie czołobitnością komentarzy na kilku blogach połączone z niebotycznym zadufaniem ich autorów, postanowiłem podzielić się wrażeniami z tych co najmniej rocznych obserwacji z czytelnikami, a nuż ktoś mnie sprostuje, albo może dostarczy mi dodatkowych argumentów. Chciałem też zwrócić uwagę na fakt, że niestosowanie się do własnych, przez siebie ustalonych zasad (vide toyahowy Kanon Dobrych Zwyczajów) jest jedynie kolejnym wcieleniem tego samego zjawiska opisanego swego czasu przez Ziemkiewicza. Nakłuty delikatnie toyahowy balon okadził mnie swoim klasycznym aromatem i nieco zaczadzony popełniłem dosadną notkę nie owijając w bawełnę dyplomatycznych ogólników:
    igorczajka - co-robic-z-bufonada

    Toyah jakimś cudem dotarł do tej notki no i się zaczęło. Najpierw Toyah (ten kanonik Dobrych Zwyczajów) objechał mnie od góry do dołu nie przebierając w słowach:
    toyah - coryllusowi-ze-wstydem-i-bolem-serca

    Następnie Coryllus już mnie nie objeżdżał tylko w uroczy sposób dał wyraz swojej wizji własnej osoby:
    coryllus - beczka-amontilado-toyahowi

    W komentarzach do obu tekstów na poczatku próbowałem tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem, ale to był błąd, wiel-błąd. Tłumaczenia tylko nakręcały kpinki, docinki i przytyki. OK, pomyślałem w takim razie zabiję ich miłością. I dopiero ten sposób okazał się skuteczny. Zarówno Toyah jak i Coryllus rozłożyli bezradnie ręce (albo być może co gorsza poczuli ukontentowanie?), gdy kpinę ubrałem w formę wiernopoddańczego hymnu.

    Jednak Coryllusowi było tego mało i musiał napisać jeszcze jedną notke która w jego mniemaniu odpierała haniebne ataki Bieszczadnika i Czajki. W komentarzach pozwoliłem sobie na przytyki zupełnie na poziomie komentarzy Coryllusa do jego komentatorów, znowu: w myśl toyahowej zasady "równości broni" lub w myśl dużo starszej zasady, że gospodarz ustala reguły więc się do nich stosujemy. Ku mojemu zaskoczeniu zamknęło to Coryllusowi usta:
    coryllus - o-szczegolnej-roli-krytykow-i-sile-wolnego-slowa

    Na koniec postanowiłem pochwalić tekst, który może nie był najwyższych lotów, ale jak stwierdził sam autor, "trywilny nieco charakter tego tekstu ma swój cel" - OK, przyjąłem i napisałem, że zapowiedziany przez Coryllusa wywiad z Kaczyńską bardzo chętnie bym przeczytał itd.
    coryllus - kto-sie-zakochal-w-marcie-kaczynskiej

    OdpowiedzUsuń
  2. Po wymianie ciosów i dojściu do punktu, w którym dalsza dyskusja nie miała sensu, bo stosowane argumenty były zdecydowanie poniżej pasa, logiki i jakichkolwiek cywilizowanych standardów, gdy łączono moje zachowanie z administracją Ekranu, napisałem Toyahowi odpowiedź do której oczywiście się nie ustosunkował odpowiadając wtedy na zupełnie inny komentarz:

    @toyah
    1) Ja nie decydowałem o dzisiejszej pozycji Coryllusa na SG NE.

    2) Jakie mają znaczenie moje ew. związki z Ekranem? Zabrakło argumentów, że potraktował mnie Pan jak media Dubienieckiego?

    3) Ja ani Pana, ani szanownego Coryllusa, nie nazywałem dupkiem i nie odnosiłem się do żadnych atrybutów wyglądu fizycznego, czego w ferworze emocji nie udało się uniknąć Panu.

    4) Nie skomentowałem także wielu innych ubliżających insynuacji, które pojawiły się na blogu zarówno Pana jak i Coryllusa.

    5) Jeśli będę powodem do oddalenia się Pana z NE to oczywiście będzie mi przykro, gdyż po raz kolejny okaże się, że jakieś domniemane koneksje i powiązania mają większy wpływ na rzeczywistość niż racjonalna argumentacja.

    6) Absolutnie obojętna jest dla mnie opinia tych wszystkich komentatorów, którzy nie odnosząc się do żadnych konkretnych przykładów, bądź przypisują mi najprzeróżniejsze intencje, bądź dokonują radykalnych ocen, zbyt blisko jak dla mnie korespondujących z różnego typu uprzedzeniowymi nagonkami.

    Sami sobie oceńcie wszystko jeśli macie ochotę. Jeśli nie macie ochoty czytać tego wszystkiego - doskonale to rozumiem. Mam jednak serdeczna prośbę: nie oceniajcie tej sytuacji bez zapoznania się z całością.

    OdpowiedzUsuń

Nie bądź anonimowy. Podaj chociaż swoje imię.
( opcja: Nazwa/adres URL - wystarczy pole Nazwa )