środa, 2 marca 2011

Socjologa polemika z prof. Kisielewiczem

Uciąłem sobie wczoraj krótką wymianę zdań ze znajomym z czasów studiów, sprowokowaną artykułem prof. Kisielewicza zamieszczonym na portalu wPolityce.pl. Dostałem w prezencie wypowiedź, która nie była dla mnie zaskoczeniem - odczucia mam podobne - więc uznałem, że warto przytoczyć ją w całości. Opinia ta jest o tyle cenna, że pochodzi od czynnego zawodowo socjologa, który pracował w badaniach rynkowych zarówno po stronie klienta, jak i wykonawcy. Znajomy zgodził się na publikację tego tekstu, dzięki czemu nie muszę pisać swoimi słowami tego, z czym całkowicie się zgadzam. Z oczywistych względów woli jednak pozostać, przynajmniej na razie, anonimowy.

***

Z artykułem Prof. Kisielewicza to trochę tak, jakby rzeźnik wypowiadał się o chirurgii estetycznej: niby ma pojęcie i wie o co chodzi, ale jakiś taki mało subtelny. Poza tym taki Gallup jest w Polsce od jakiś 15 lat i mógł Pan Profesor chociaż to sprawdzić - szczegół nie mający zasadniczego wpływu na ocenę opinii Profesora, ale zarzucając innym nierzetelność należałoby dopilnować czy samemu jesteśmy rzetelni...

Moja opinia odnośnie sondaży politycznych ukształtowała się już jakieś 10 lat temu i nie uległa zasadniczej zmianie... Ogólnie nie przywiązywałbym szczególnej wagi poznawczej do sondaży realizowanych telefonicznie co dwa tygodnie na próbach +/- 800 osób, a traktowałbym je jako pewnego rodzaju zapchaj-dziurę w mediach. Jak nie ma innego ciekawego tematu, można takie sondaże traktować li tylko jako intelektualną zabawę. I nic więcej...

Problemem nie są nierzetelni ankieterzy, którzy konfabulują wyniki (większość sondaży jest realizowana telefonicznie, kontrola w takich wypadkach jest łatwiejsza i sprawniejsza niż przy technikach zbierania danych poprzez bezpośrednie wywiady face-to-face). Nie jest też problemem dobra wola i rzetelność badaczy, czy uleganie politycznym naciskom przez zleceniodawców (chociaż to również występuje).

Główny problem w mojej opinii jest taki, że każda tuba propagandowa, szumnie nazywana niezależnymi mediami (nie ważne czy to z PISu, PO, SLD, PSL, czy UPR), ma ambicje co trzy dni publikować wyniki sondaży, a dyżurni znawcy od nawozów i od świata (trawestując Kleyffa) mają okazję powymądrzać się, jak to jednemu spadło o 2%, a innemu wzrosło o 3% (przy 3% błędzie) i jakie będą tego konsekwencje dla Gwatemali za trzy lata...

Podchodząc do sprawy czysto metodologicznie to rozjazd wyników wynika według mnie także ze zbyt małej liczebności prób do badań preferencji wyborczych. Przy frekwencji w granicach 50%, próba powinna być w granicach 2500, no ale na to zamawiających zwyczajnie nie stać. Dodatkowo w Polsce i tak w większości przypadków łaska pańska i preferencje wyborcze na pstrej kobyle się przemieszczają. Z tego co wiem, w zdecydowanie większym stopniu niż w starych krajach demokracji zachodniej.

Kolejną sprawą jest to, że niestety (lub stety) publikatory publiczne nie zawsze mają odpowiednie środki, by takie badania finansować, szczególnie że chcą je w miarę często, a płacić za nie - nie chcą. Często nie płacą w ogóle, dla sondażowni jest to barter, my wam wyniki, wy nam reklamę że to my zrobiliśmy... W efekcie szary Kowalski jest już oswojony z nazwą sondażowni, a jak Kowalski przy okazji jest prezesem jakiejś firmy, to może porządne badania komercyjne zleci takiej sondażowni, co to jest taka poważna i robi sondaże polityczne... Autentyczne dla jednego z dużych graczy: wybór agencji badawczej do realizacji badań zależy od tego, czy jest ona medialnie znana. To ma takie konsekwencje, że często robi się te badania po kosztach, najlepiej właśnie CATI. O zgrozo, wybiera się w dodatku operat telefonów stacjonarnych bo taniej, a potem wypisuje się głupoty o losowości i reprezentatywności.

Jeszcze gorzej jest z odmowami odpowiedzi oraz niezdecydowanymi (i tu Pan Profesor ma rację), tego w ogóle nie bierze się pod uwagę przy analizie i interpretacji. Ale każda wzmianka jakichkolwiek tłumaczeń metodologicznych budzi tylko złość zamawiających wyniki (bo to takie niemedialne).

Efekt jest taki, że z jednej strony mamy wyniki sondaży warte tyle co utarg pani nikczemnej proweniencji w deszcz, a z drugiej frustratów, którzy by wszystkie sondaże zapakowali na Wostok 1 i wysłali poza galaktykę, co jest równie właściwe, jak leczenie kiły poprzez dekapitację.

Po środku zaś mamy zadowolonych polityków i znawców rzeczy wszelakich komentujących te kloaczne wyniki (toż w końcu im więcej ich w mediach tym lepiej dla nich), zadowolone media bo ludzie oglądają te głupoty i co gorsza traktuje je na poważnie, i agencje które wyznają jednak starą rzymską maksymę że pecunia... Poprawność metodologiczną to sobie więc zachowamy na inne projekty lub dla bardziej świadomych własnych potrzeb zamawiających, którzy wyniki badań będą traktować z należytą powagą, gdyż od nich zależeć będą decyzje niosące ze sobą konsekwencje finansowe, konkretne dla decydujących.

Główny grzech sondażowni jest taki, że wychodzą z założenia, iż dla werbalnej ipsacji kilku oszołomów (polityków, komentatorów i innych ludzi mediów), metody realizacji badań przybierają konsystencje i właściwości kauczuku, a zyski, w postaci reklamy lub rzadziej kasy, zawsze są.

I nikt, ale to nikt do tego się nie przyzna głośno... bo po ciuchu to i tak wszyscy o tym mówią...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie bądź anonimowy. Podaj chociaż swoje imię.
( opcja: Nazwa/adres URL - wystarczy pole Nazwa )