środa, 9 marca 2011

Syndrom Zatoki Świń

Dokładnie 50 lat temu, na początku marca 1961 roku debatowano w zaciszach Białego Domu na temat sposobu rozwiązania problemu komunistycznej rewolty na Kubie. Grupa mądrych ludzi pod kierownictwem prezydenta Kennedy’ego zastanawiała się nad różnymi sposobami zneutralizowania niebezpieczeństwa łańcuchowej reakcji powstań na kolejnych wyspach Ameryki Łacińskiej. Rozważano różne warianty, ale wspólnym mianownikiem była inwazja kubańskich uchodźców przy aktywnym wsparciu amerykańskiego wojska. Na miejsce operacji wybrano nizinne i zabagnione okolice Zatoki Świń. Akcja, jak wiadomo skończyła się kompletnym fiaskiem, oddziały rebeliantów zostały zneutralizowane przez kubańskie wojsko w ciągu trzech dni, a długofalowym efektem było doprowadzenie świata na skraj nuklearnej wojny.

Co sprawiło, że grupa rozsądnych ludzi podjęła złe decyzje? Jak to się stało, że nikt nie zasugerował nawet, że może jednak organizowanie desantu na zabagnionym, zbyt oddalonym od terenów górskich terenie nie jest najlepszym pomysłem? Jak to się stało, że nikt nie kwestionował pomysłów dotyczących zaangażowania Kubańczyków wdzięcznych za oswobodzenie od reżimu Fidela? Jak ci inteligentni skądinąd faceci mogli wierzyć w to, że uda się ukryć zaangażowanie USA w taką operację?

Dzisiaj ta sytuacja jest przedstawiana w większości podręczników dotyczących zarzadzania, psychologii społecznej, rozwiazywania konfliktów itp. Jest sztandarowym przykładem na tzw. syndromu grupowego myślenia, czasem wręcz nazywany syndromem zatoki świń. Na czym to polega?

Jak wiemy ze sławnego wykładu naszego obecnego arcyboleśnie prostego (p)rezydenta można wyróżnić trzy fazy dochodzenia do decyzji politycznych: Pierwsza faza to była faza zgłaszania poglądów. Druga faza to była faza ucierania poglądów. Ucierano poglądy przez długotrwała dyskusję. Trzecia faza działania to faza bigosowania. Można przyjąć ten schemat pojęciowy do opisu krystalizowania się wszelkich grup ludzkich. A jak już grupa przeszła fazę bigosowania, to albo taka grupa się rozpada, albo zaczyna się okres normalnego funkcjonowania. I wtedy dochodzą do głosu inne mechanizmy.

Podejmowane są różnego rodzaju decyzje w sposób, który poprzez przedyskutowanie problemu przez grupę, daje decydentom poczucie wyboru optymalnego w danej sytuacji rozwiązania. Im bardziej grupa zgrana, im dłużej razem funkcjonuje, im więcej słusznych decyzji podejmuje, tym bardziej jest przekonana o własnej nieomylności. Taka grupa z biegiem czasu staje się coraz bardziej hermetyczna, a gdy dołącza do niej nowa jednostka i zaczyna zwracać uwagę na różnego rodzaju ryzyka, jest przez grupę odrzucana i marginalizowana.

Pół biedy, gdy wynika to z wypracowania metod i zabezpieczenia pewnych ryzyk, które przedyskutowane, są na stałe i domyślnie wpisane w projektowane rozwiązania. Wtedy rzeczywiście ich ponowne przepracowywanie dla jednej nowej osoby jest strata czasu, dlatego ważne jest sformalizowane gromadzenie wiedzy, aby dołączający uczestnicy mogli się zapoznać z historią spraw bez fizycznego angażowania starszych członków grupy. Gorzej, gdy inicjacyjny ostracyzm wynika z kanonu niepisanych zasad pozwalających grupie utrzymać tożsamość i spójność, gdy jakiekolwiek naruszenie delikatnej struktury interpersonalnych powiązań jest zagrożeniem dla misternej konstrukcji układu nadambitnych jednostek. Wtedy otwarta jest droga dla autowzmacniania raz podjętych decyzji poprzez wyszukiwanie argumentów pozytywnych i bagatelizowanie argumentów negatywnych.

Wbrew pozorom nie jest to wcale rzadka sytuacja i dotyczy w zasadzie dowolnej grupy ludzi. Każda grupa ma swój poziom spójności, swoje granice akceptacji niekompetencji, swoje tempo dochodzenia do fazy autocenzurowania kontrpropozycji i nie zależy to ani od inteligencji, czy wykształcenia członków grupy. Trzeba sporo wysiłku, by utrzymać grupę w stanie nieustannej otwartości na krytykę. Jednak ceną braku mechanizmów kontrolnych, skutkujących ignorowaniem pojawiających się sygnałów naruszania zasad wyznaczonych przez grupę, jest zawsze społeczna marginalizacja grupy i w konsekwencji jej rozpad.

Leszek Kołakowski w swoim wykładzie z 1980 roku pt. "Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturowego" stwierdził, że główna siła kultury europejskiej leży w zdolności do kwestionowania samej siebie i w świadomości braku rozwiązań ostatecznych. Syndrom Zatoki Świń to rezygnacja z tej siły, rezygnacja często nieuświadomiona i nieintencjonalna, ale w konsekwencjach zawsze tak samo nieubłaganie bezlitosna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie bądź anonimowy. Podaj chociaż swoje imię.
( opcja: Nazwa/adres URL - wystarczy pole Nazwa )