niedziela, 10 kwietnia 2011

Wspomnienie po roku

Porządkowanie kuchni po śniadaniu w sobotni poranek przerwał dzwonek telefonu. Nie lubię telefonów, bo zawsze dzwonią w niewłaściwym momencie. Wbijający się w ucho dzwonek niemal zawsze wchodzi między wódkę a zakąskę, przerywa myśl, wytrąca talerz z ręki, zatrzymuje kęs jedzenia w gardle. Odstawiłem płukane naczynia, wytarłem ręce i podniosłem słuchawkę. Usłyszałem przejęty głos teściowej:

- Włącz szybko telewizor! Prezydent się rozbił!

- Co się stało? – nie do końca zrozumiałem, myślałem że to jakiś skrót myślowy, jakaś kolejna drobna gafa Lecha Kaczyńskiego, którą teraz znowu mam przyjmować jako największy skandal w kosmosie. – Jak to się rozbił?

- No rozbił się! Samolot którym leciał do Katynia spadł i wszyscy zginęli! Włącz telewizor! Szybko!

Nie, to nie może być prawda – pomyślałem – prezydenckie samoloty nie spadają, jak to się rozbił? Jak to wszyscy zginęli? Nic nie rozumiem. Rozłączyłem się i pobiegłem do pokoju. W telewizorze potwierdzenie informacji jak z koszmarnego snu. Słuchałem i zastanawiałem, kiedy się obudzę. Próbowałem analizować, co to oznacza, jakie będą konsekwencje, kraj pozbawiony głowy, co w ogóle w tej sytuacji można zrobić? Czy to jest kraj afrykański? Czy my należymy do Unii Europejskiej? Samolot spadł w Rosji? Komu mogło zależeć na tym i dlaczego? Tysiące myśli, a jednocześnie jakaś pustka w głowie. Nieodparte poczucie, że sytuacja przerasta mnie, malutkiego, najzwyklejszego szarego obywatela, że teraz mogę jedynie biernie się przyglądać, jak fala apokalipsy pochłania kolejne obszary naszego świata. To dojmujące uczucie pustki w głowie, jakieś totalne obezwładniające otępienie towarzyszyło mi przez ponad tydzień.

Kilka pierwszych dni, niektóre nazwiska na liście pasażerów pozostawały niepotwierdzone. Może nie było ich w samolocie? Może w ostatniej chwili zrezygnowali? Może nie zdążyli? Później jednak oficjalne informacje były bezlitosne. Grażyna Gęsicka, z która miałem przyjemność przez jakiś czas pracować, także wsiadła do tego tragicznego samolotu… W miarę napływu informacji włosy stawały mi na głowie coraz bardziej dęba. Nie znam równie tragicznego wypadku w historii Polski. Ginęli królowie na wojnie. Zabili Narutowicza. Zginął Sikorski. Ale żeby za jednym zamachem zginęła połowa zarządu Polski - w takiej sytuacji nasz kraj nie był nigdy. Kolejne nazwiska, cała niemal generalicja, szefowie większości instytucji – wymarzona sytuacja jako preludium do militarnego ataku. Kraj pozbawiony zarówno wojskowego jak i cywilnego przywództwa.

Po pierwszym szoku stało się jasne, że żaden atak nie nadejdzie. Dzisiaj wojny toczy się w inny sposób. Po pierwszym szoku Polacy odzyskali na chwilę nadzieję na przywrócenie zasadom należnego im miejsca. Odzyskali na chwilę wiarę w kreatywną moc wspólnoty narodowej. Kraj przecież działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane są bardzo dobrze, instytucje Państwa robią co do nich należy, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Wtedy nie było widać, że była to spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, patriotycznych urzędników, z których każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak trzeba. Setki funkcjonariuszy i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, pomimo ujawniania coraz szerszego zasięgu strukturalnej niewydolności, cały czas starają się nas przekonać, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.

Te kilka tygodni pokazało jasno i wyraźnie, że wobec kataklizmów w dalszym ciągu jesteśmy zdolni do zjednoczenia. Uświadomiliśmy sobie i całemu światu, że Polska podzielona to fikcja. W tym kontekście powrót ze zdwojoną siłą do, zadeklarowanej później przez Wajdę, wojny polsko-polskiej można interpretować jako przejaw realnego braku zewnętrznego zagrożenia, powrót Polaków do poczucia normalności, w której kłócić się i drzeć koty można ile dusza zapragnie. Pawlak z Kargulem raczej nie spiskowaliby z okupantem przeciwko sobie.

Zanim jednak nastąpiło to ponowne pęknięcie, można było, na zamkniętym dla ruchu Krakowskim Przedmieściu, poczuć prawdziwego ducha narodowej solidarności. Cierpliwie przestępujący z nogi na nogę tłum ludzi, bez najmniejszych przepychanek czy wyzwisk, spokojnie i z godnością oczekujących na możliwość dostawienia swojego światła pamięci pod miejscem, gdzie mieszkał i pracował wybrany przez Naród Prezydent ich Kraju. Wszędzie czuwali kręcący się w tłumie harcerze, wypatrujący osób gorzej znoszących takie zbiorowisko, gotowi nieść pomoc butelką wody. W tym pełnym godności ścisku wszyscy dbali o siebie nawzajem pilnując, by starsze panie albo dzieci nie zostały przez przypadek zgniecione przez masywniejszych osobników. Wszyscy patrzyli sobie nawzajem w oczy, pełne skupienia i niepokoju, z rozpaczliwym pytaniem – Co teraz? Co dalej?

Wychodziłem spod Prezydenckiego Pałacu ze łzami wzruszenia na twarzy, wzmocniony głębokim przekonaniem, że zbyt wielu ludziom zależy na tym kraju, aby mógł on znowu przestać istnieć. Wtedy jeszcze nikt nie dziwił się ani nie oburzał na modlitwy, różańce, czy nawet pojedyncze krzyki i nawoływania o skradzionych w Smoleńsku laptopach. Wiadome i zrozumiałe było, że każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Każdy ma swoje metody radzenia sobie z pełną niepewności rozpaczą. Wszak jak tu mieć zaufanie do Państwa, które nie jest w stanie ochronić swojego Prezydenta? Tylko rozpoznanie i wyjaśnienie przyczyn pozwoli to zaufanie przywrócić. Tymczasem jednak, dopóki to nie nastąpi, ludzie szukają wsparcia w sobie nawzajem. Pod Pałacem Prezydenckim i w każdym innym miejscu, gdzie paliły się znicze, to wsparcie dawało wiele siły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie bądź anonimowy. Podaj chociaż swoje imię.
( opcja: Nazwa/adres URL - wystarczy pole Nazwa )