sobota, 29 stycznia 2011

Technokratyczny terror Hipokryzji

Jakiś czas temu pisałem o prowokowaniu rewolucji. W sytuacji głębokiego kryzysu, gdy zwykłe reformy nie mają widoków na skuteczność, wywołuje się rozruchy, by móc podczas stanu wyjątkowego przeprowadzić to, co w warunkach pokoju byłoby nie do zaakceptowania. Nie sądziłem jednak wtedy, że potoczy się to tak szybko. Poziom prowokacji rośnie w tempie kuli śniegowej, a ludzie powoli zaczynają pękać. Amortyzująca rola szydzenia z „rozmodlonych oszołomów od krzyża” wyczerpuje swój potencjał. Podobnie wypalone jest paliwo nienawiści do jedynej realnej opozycji. Coraz więcej ludzi stwierdza, że pomimo braku alternatywy, na Tuska nie zagłosują, bo to złodziej, tchórz i krętacz.

W tej sytuacji przechodzimy do następnej fazy przygotowywania różnego rodzaju spadochronów. Różne nomenklaturowe siły zaczynają wyścig do żłobu, manifestując swoją kontestacyjną postawę. Niczym cinkciarz, który wyczuwając koniunkturę dał się w okolicach 1988 roku złapać z wywrotowymi ulotkami, by móc sobie wpisać w życiorys konspiracyjne kombatanctwo. I tak mamy różne wystąpienia, które oprócz obowiązkowej krytyki opozycyjnego PiS, zaczynają także krytykować rządzącą PO. Gdybyśmy potraktowali tą dwustronną krytykę jako przyczynek do przyszłej rządowej koalicji, to znalazłyby się w niej zarówno SLD, jak i PJN oraz chwilowo i pozornie odstawione na boczny tor środowisko okolic Leszka Balcerowicza.

Nie zależy mi jednak na analizowaniu możliwych scenariuszy i segregowania politycznych kanap. Chcę zwrócić uwagę na sferę, która aktualną wojną została niemal całkowicie zepchnięta do podziemia. Tą sferą jest obszar wartości. Jak to się działo, że potrafiliśmy walczyć „za wolność waszą i naszą”? Co popchnęło młodzików ze Szkoły Podchorążych Piechoty do wypowiedzenia posłuszeństwa i sięgnięcia po broń? Nieodpowiedzialna i naiwna gorąca słowiańska krew? Jak to się stało, że po odzyskaniu niepodległości w 1918 żołnierze służący pod rozkazami trzech zaborców utworzyli wojsko, które już dwa lata później pokonało nawałę bolszewików? Co sprawiało, że okupowana Polska była jedynym krajem Europie, gdzie za jakąkolwiek pomoc Żydom groziła kara śmierci, a mimo to na liście Sprawiedliwych wśród Narodów Świata najwięcej jest właśnie Polaków? Co powodowało pułkownikiem Kuklińskim, że przez długi czas ryzykował życie, aby nie dopuścić do zagłady swojego kraju?

Tym czynnikiem motywującym była sprawnie działająca etyczna busola. Wiadome było, co jest dobre, a co złe. Wiadome było, że Polska dla Polaka jest wartością nadającą sens jego życiu. Wartością, za którą warto było poświęcić nawet życie, „za wolność waszą i naszą”. Wiadomo było, że ofiara życia, jako coś najwyższego i w gruncie rzeczy wyjątkowego zasługuje na pamięć i szacunek żywych, którzy poprzez swoją codzienną pracę, poprzez wierność zasadom, za które bohater oddał życie, spłacają swego rodzaju moralny dług, jaki zaciągają mogąc mówić i żyć w polskiej kulturze i języku.

Co mamy dzisiaj? Poza epatowaniem na każdym kroku kłamstwem, arogancją i bezczelnością, które przekonuje coraz szersze rzesze ludzi, że „tak trzeba”, że prawda nie ma znaczenia, bo ważna jest przyszłość, a tu i teraz to są nasze emocje i, jakże delikatne gdy chodzi o nas, nasze uczucia. Racjonalność, wynikająca z niej konsekwencja poglądów, traci na znaczeniu, przestaje być powodem do chwały, bo coraz częściej afirmowana jest postawa: „szczycę się tym, że jestem bardziej emocjonalny, niż racjonalny”. Śmierć staje się przedmiotem żartów i szyderstw. Śmierć zostaje odarta z aury poświęcenia, a zostaje sprowadzona albo do pospolitego wypadku, jak dzieje się ze smoleńską katastrofą, albo zostaje sprowadzona do zbrodni na narodzie popełnionej przez dowódców, jak dzieje się w przypadku Powstania Warszawskiego. Szacunek, którego żywi domagają się dla swojej uczuciowości, nie obowiązuje ich wobec zmarłych, bo przecież im jest już wszystko jedno.

Prawda nie istnieje. Patriotyzm to prowadzący do faszyzmu nacjonalizm. Śmierć to tylko fizjologia.

Nie powinniśmy się dziwić jakimś urbanowskim ankietom. W świecie, który zrezygnował z Czerwonej Norymbergi wszystko jest możliwe. Kiszczak może być człowiekiem honoru. Jaruzelski może ciągle ratować nas przed III wojną światową. Rosjanie mogą nieustająco obiecywać coraz lepszą współpracę. Rurociąg bałtycki nie tylko w najmniejszym stopniu nie zagraża, ale jest wręcz szansą dla naszych interesów. Podwyższanie podatków i niechęć do likwidacji przywilejów to kwintesencja programu liberałów. I tak dalej i temu podobne. A przecież to Wajda powiedział o wojnie polsko-polskiej, a nie Kaczyński. Podobnie jak drugą wojnę światową wywołali Niemcy, a nie Polacy. Ktoś jednak jeszcze przejmuje się takimi anachronizmami jak prawda i fakty?

Jesteśmy coraz bliżej tej germańskiej kultury technokratycznego totalitaryzmu, która doprowadziła do systemowego zdehumanizowanego przemysłu śmierci. Dzisiaj nawet wspomnienie słowa „wartości” wywołuje odruchowe plucie moherowymi beretami, fanatycznym katolicyzmem i szowinistycznym nacjonalizmem. Opluty delikwent ociera sobie twarz z deszczu i już wie, że ma siedzieć cicho i ładować tych Żydów do wagonów, bo tego wymaga od niego nowoczesne państwo. Jakieś roztrząsanie debilnych dyrdymałów w postaci prawdy, sprawiedliwości czy moralności jest przecież przejawem haniebnego serwilizmu wobec rydzykowych demonów patriotyzmu.

Czy istnieje jakieś wyjście? Niby rewolucja francuska w końcu upadła po krwawej łaźni jakobinów. Bolszewicki terror komunistów także w końcu się skończył, choć aż do dzisiaj stalinowskie zbrodnie nie stanowią żadnego ostrzeżenia dla lewackiego towarzystwa z Krytyki Politycznej, która otwartym tekstem nawołuje do stosowania metod terrorystycznych. Nowy Wspaniały Świat nie ma jednak, przynajmniej oficjalnie, nic wspólnego z fundamentalistami islamskimi, więc może być dofinansowywany przez nas wszystkich za pośrednictwem Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Wmawia się nam, że wrogiem jest obcy, fundamentalistyczny muzułmanin, skrupulatnie ukrywając wroga wewnątrz własnych szeregów. Buduje się klimat pomieszanych pojęć, sprzyjający maskowaniu faktu, że poza zewnętrznym wrogiem nie spaja nas już nic. Gdy stan anomii osiągnie masę krytyczną, nastąpi samozapłon umożliwiający przegrupowanie szeregów w aparacie władzy.

Czy wtedy pojawi się szansa na dojście do głosu wartości, które teraz fruwają jedynie w akademickich rozważaniach historyków idei? Czy będą wtedy jeszcze ludzie, którzy znajdą w sobie moc nadania sensu aksjologicznie jałowemu światu? Patrząc na niesamowicie silną perwersyjną przyjemność, jaką czerpią różne gnidy i kanalie z delektowania się swoją nikczemnością i draństwem oraz na radość jaką sprawiają swoim zachowaniem żądnej emocji widowni, obawiam się, że demokratyczny wybór świata, nie pójdzie w kierunku kulturowego renesansu, ale raczej zakończy się nowym najazdem Hunów i Wandali, którzy wyczyszczą to miejsce pod nowy rozdział historii ludzkich migracji.

wtorek, 25 stycznia 2011

Wiktor na portalu

Na koniec poniedziałkowego popołudnia Wiktor otworzył główna stronę informacyjnego portalu i zdębiał. Na samej górze wielka czerwona plansza o zamachu bombowym na moskiewskim lotnisku. Nieco niżej druga informacja, że prezydent Rosji grozi NATO bronią atomową. Inne informacje o publikacjach rosyjskiej prasy na temat jakiegoś narastającego skandalu związanego z przebiegiem smoleńskiego śledztwa zbladły w podobnym stopniu co sam Wiktor. Zaczęły przelatywać mu przed okrągłymi oczami wszystkie problemy jakie czekały na swoje rozwiązanie. Zaległa wizyta u lekarza, niezapłacony rachunek za telefon, kłótnia z sąsiadem czy przecierające się na kolanach spodnie – to wszystko nagle straciło znaczenie wobec apokaliptycznych wizji nuklearnych grzybów, biblijnych powodzi, czy radioaktywnego deszczu. Niewątpliwie przyszła pora rozpoczęcia rachunku sumienia.

Jednak po pierwszym szoku Wiktor zaczął sobie przypominać inne podobne przypadki za naszą wschodnią granicą. W 1999 roku w Moskwie i Wołgodońsku wybuchły bloki mieszkalne, a w Riazaniu zatrzymano na gorącym uczynku „terrorystów”, którzy okazali się być ćwiczącymi agentami FSB. Wszędzie użyto tego samego materiału wybuchowego o nazwie heksogen, wyprodukowanego w tej samej, dającej się zidentyfikować fabryce. „Zamachy” były oczywistym dowodem na zagrożenie czeczeńskim terroryzmem i dały pretekst do drugiej wojny czeczeńskiej. Teatr na Dubrowce w 2002 roku, w którym zagazowano prawie 200 osób oraz kilkanaście innych mniejszych zamachów, podtrzymywało anty-kaukaską paranoję. Akcja odbijania zakładników w biesłańskiej szkole zakończyła się w 2004 roku masakrą ponad 320 osób. Wiktor poczuł ogarniającą go od stóp do głowy niepowstrzymaną falę głębokiego współczucia do Rosjan, zdając sobie jednocześnie sprawę, że następnych 35 zabitych, to dla uzasadnienia kolejnej, odwracającej uwagę od rosyjskiego kryzysu, wojny – dla władz tego kraju nie jest zbyt wygórowaną ceną.

Gdzie jednak teraz pójdzie główna ofensywa? Podobnie jak w przypadku smoleńskiej katastrofy, gdy już w pierwszych minutach było wiadomo to, co po 9 miesiącach potwierdziła w skrupulatnym badaniu komisja MAK, tak i tutaj już parę minut po wybuchu wiadomo było, że ślady zamachowców prowadzą do Czeczenii. Wiktora zastanowiło to niesamowite przywiązanie do zdartej już przecież całkowicie kaukaskiej płyty. W Czeczenii nie został prawie kamień na kamieniu, jej resztki pilnowane są przez, współpracujący z Moskwą, totalitarny i zbrodniczy reżim Kadyrowa. I znowu mają tam zrobić poligon dla rosyjskiej armii? A może jednak znajdą się na domodiedowskim lotnisku jakieś inne ślady? Gruziński? Albo polski? Może po to były te nuklearne groźby - w razie sytuacji, gdy Rosja będzie zmuszona interweniować w obronie swoich obywateli, niech NATO nawet nie myśli o żadnej interwencji, bo nie skończy się tak łagodnie jak w 2008 roku w Gruzji.

Wiktor próbował przygładzić swoje włosy, które pomimo sporej długości w sposób nie znoszący sprzeciwu wyprostowały się w kierunku sufitu. Poczuł także gdzieś pod skórą niepokojący dreszcz oraz nie mógł pozbyć się nieznanego wcześniej dziwnego uczucia. Powoli wstał od komputera i lekko się zataczając poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro. Tak, nie mylił się. Włosy z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej białe...

niedziela, 23 stycznia 2011

Kaczyński spiskuje z Rosjanami

Czy regionalizacja Polski wzmacnia jej siłę? Czy Ruch Autonomii Śląska i jego separatystyczne hasła są czynnikiem wspierającym poczucie jedności i solidarności wszystkich Polaków? Czy zgoda na separatystyczne postulaty jest tą zgodą, która buduje? Odpowiedź na te wszystkie pytania jest twierdząca!

Jak pamiętamy z historii, wojna secesyjna między bogatym południem i wolną północą była czynnikiem niezwykle więziotwórczym i prorozwojowym dla gospodarki Stanów Zjednoczonych. Podobnie jak separatystyczne ruchy Basków i Irlandczyków pozwalały utrzymać w gotowości bojowej siły porządkowe Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Protestujący dzisiaj Belgowie radują się w istocie z pozornej przeszkody w utworzeniu rządu, jaką jest konflikt między Flamandami i frankofonami. Swoją radość demonstrują między innymi poprzez publiczne deklaracje rezygnacji z golenia zarostu do czasu utworzenia rządu.

Tylko regionalizacja i rozbicie dzielnicowe pozwoli nam skutecznie walczyć z pisowskimi spiskami, z dogadywaniem się ponad głowami Polaków takiego Kaczyńskiego z Putinem. Dla każdego myślącego bowiem obywatela jasne jest jak słońce, że te wszystkie żądania prawdy są tak naprawdę obliczone na osłabienie polskiej pozycji międzynarodowej, którą tak wzmocniło oddanie Rosjanom śledztwa w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Absurd? Nieprawda! Musimy zrezygnować z dotychczasowych tradycyjnych pojęć. Czasy się zmieniają i oceny różnych zjawisk także. Informację o spiskowaniu Kaczyńskiego z Putinem powiedział wprost doradca Prezydenta Polski profesor historii Tomasz Nałęcz, a także poseł PSL Stanisław Żelichowski. Cóż nam pozostaje wobec takich autorytetów, jak nie z pokorą spuścić głowę i przyznać się do własnej pomyłki w ocenie sytuacji?

W tym kontekście powinniśmy poprzeć, najlepiej poprzez organizację podobnych wieców, formułowane przez niektóre siły na Ukrainie, żądania oderwania od Polski ziem rdzennie Ukraińskich. Są to między innymi Nadsanie, Chełmszczyzna i Podlasie. Oderwanie ich od Polski i przyłączenie ich do jakiś innych tworów państwowych niewątpliwie wzmocni pozycję Polski na arenie międzynarodowej i będzie światłym wzorem pokojowej drogi zrównoważonego rozwoju i godnej naśladowania zgody budującej międzynarodowe mosty. Nie możemy dać się zwieźć prowokatorom, gdyż jakiekolwiek głosy przeciwne będą przejawem współdziałania ich autorów z wrogimi służbami Rosji, a może i Chin, które zrobią wszystko, aby poróżnić Polaków i doprowadzić do upadku ich niezaprzeczalny aktualny autorytet.

Od jakiegoś czasu pojawiają się głosy, że powinno się wydzielić z województwa mazowieckiego teren miasta stołecznego Warszawy. Województwo mazowieckie z wyłączeniem Warszawy jest bowiem jednym z najbiedniejszych województw w Polsce i w sytuacji gdy bogata Warszawa zawyża wszystkie wskaźniki województwo to nie może liczyć na unijną pomoc obliczona na wyrównywanie poziomów. Ta zadufana i zapatrzona w siebie Warszawa zastanawia się i szuka sposobu, jak udrożnić systemy pomocy, by skierować strumień pieniędzy na biedną mazowiecką prowincję. Istnieją też programy obliczone na rozwój Polski Wschodniej mające na celu wyrównanie poziomów życia, które ciągną się jeszcze od czasów zaborów. Polska jest wyjątkowa w skali Europy jeśli chodzi o jednorodność narodowościową, a postponowana nieustannie Solidarność narodowa sprawia, że góral czy Kaszub tak samo myślą o Polsce jako nierozerwalnej całości.

Jacy opisani wyżej ludzie są zacofani! Górale i Kaszubi najwyraźniej nie zauważyli tego momentu, w którym poczucie przynależności do jednego narodu, pomimo nawet sporej językowej odrębności, stało się passe. Ze Ślązakiem każdy się dogada, ale nie każdy wie, że ich separatystyczne dążenia i akcentowanie odrębności narodowej tak naprawdę wzmacniają nasz naród i służą budowaniu wzajemnego zaufania, szacunku i solidarności między regionami. Nie jakaś tam przestarzała pomoc, budowanie mechanizmów i instytucji wsparcia. Separatystyczny regionalizm – oto co jest aktualnie najskuteczniejszym czynnikiem budowy lepszego świata.

A każdy kto nazwie mówiących głośno takie poglądy doradców prezydenta, jak i samego prezydenta, zdrajcą – ten na pewno spiskuje z Rosjanami!

wtorek, 18 stycznia 2011

Polemika z Migalskim

Polemika z Markiem Migalskim jest czynnością tyleż łatwą ile jałową. Migalski bowiem należy do tego gatunku polemistów, którym nawet gdy pokaże się miejsce, w którym dokonują manipulacji lub przekłamania (np. twierdząc, że liście dębu są niebieskie) – to będą się upierać, że to nie jest żadna manipulacja tylko ich opinia do której mają prawo. Trudno zaś polemizować z kimś niewidzącym różnicy między faktem a opinią, co wpisuje się w ogólno-cywilizacyjną praktykę odbierania pojęciom ich pierwotnych znaczeń.

W przypadku Migalskiego warto jednak chyba podjąć tą polemikę, nie tyle ze względu na Migalskiego, który sprawia wrażenie, że przejął od profesorów swojej byłej uczelni odporność na argumenty, ile ze względu na jego czytelników, którzy nie do końca potrafią rozpoznać perfidię mało subtelnych manipulacji, których dopuszcza się Migalski w swoich tekstach.

Weźmy jako przykład tekst o Kaczyńskiego kalkulacjach smoleńskich.

Zaczęło się od ścigania się z Jarosławem Kaczyńskim, kto pierwszy dotrze do miejsca tragedii” – czy naprawdę ten bystry analityk sceny politycznej, co udowodnił całą swoją dotychczasową pracą, nie dostrzega manipulacji tkwiącej w tym stwierdzeniu? Gdyby to zdanie ujęte było w formę np. „Zaczęło się od opóźniania dotarcia Jarosława Kaczyńskiego na miejsce tragedii, w celu umożliwienia premierowi zdobycia wizerunkowych punktów” - wtedy zdanie byłoby jednoznacznie oceniające zaistniałą sytuację i bierność udziału w tej hucpie Kaczyńskiego. Natomiast tak mamy niejednoznaczność intepretowaną przez odbiorców jako intencjonalny udział Kaczyńskiego w jakimś absurdalnym wyścigu.

Czy to znaczy, że Jarosław Kaczyński zwariował? Nie, on znowu realizuje cel polityczny!” – czyż nie jest to sugestia, że program polityczny jest zwariowany? Czy to jest ten spokojny zrównoważony język, którym PJN chciał się odróżniać od Niesiołowskiego, Palikota i Kaczyńskiego? Rozumiem, że retoryczne pytanie w stylu – „Czy Migalski jest oszołomem zmierzającym do sojuszu z Palikotem? Nie, on po prostu realizuje cel polityczny!” – będzie przejawem manipulacyjnego politycznego nie merytorycznego ataku, ale pod piórem Migalskiego jest merytoryczną politologiczną diagnozą sytuacji? Naprawdę aż tak nisko Migalski ocenia inteligencję wyborcy?

Warto jednak, żeby zauważyli to także jego bezmyślni wyznawcy.” – oczywiście Migalskiemu chodzi o wąską grupę bezrefleksyjnych fanatyków. Jak jednak w takim kontekście odróżnić ich od polityków z najbliższego otoczenia Kaczyńskiego? Czyż nie jest to sugestia, że w zasadzie cały PiS to „bezmyślni wyznawcy” Kaczyńskiego, bo ci myślący już zorientowali się co jest grane i przeszli do PJN? I to ma być ten racjonalny i merytoryczny język skupiający uwagę politycznego dyskursu na problemach a nie na osobach? Ja tego nie kupuję.

Panie Marku, być może chce Pan dobrze, ale znając Pana błyskotliwość i inteligencję oraz zdolności analityczne prezentowane dotychczas, nie wierzę, że nie zdaje sobie Pan sprawy z manipulacyjnego wymiaru tych wieloznacznych zdań wetkniętych w całość wypowiedzi. Nie wierzę, że to tylko Pana przeoczenie, a wszystko jest kwestią „nadinterpretacji” uprzedzonych i niechętnych Panu odbiorców. Nie jestem w stanie nie brać pod uwagę możliwości, że te zdania są włożone w takiej formie nieprzypadkowo i w określonym politycznym celu. List otwarty do prezesa Kaczyńskiego pokazał, że umie Pan dobierać słowa i budować zdania w sposób jednoznaczny. To co Pan uprawia obecnie w komentowanym tekście to wchodzenie do tej samej rzeki, która płyną Kwaśniewski, Miller, Michnik czy Komorowski. To nie jest nurt, który myślący ludzie są w stanie zaakceptować jako alternatywę. Takie zdania sprawiają że nie jesteście żadną alternatywą.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Demografia, Orban i smutek

Kryzys demograficzny nadchodzi wielkimi krokami, a Tusk rubasznie stwierdza, że nie potrzeba żadnych ustaw i rozwiązań systemowych, bo w sprawach demografii Polacy powinni się wziąć do zupełnie innej roboty. Tak, to prawda, wszystko zmierza do tego, żeby wszyscy brali się do zupełnie innej roboty. Historycy niech robią w polityce, politycy niech grzebią w historii, mężczyźni powinni pomieszać w garach, a kobiety powinny wsiąść na traktory. Matki powinny zostawić swoje dzieci pod opieką żłobków, by mogły zająć się wychowywaniem w innych żłobkach cudzych dzieci.

Świetnie opisała ten stan rzeczy Karolina Elbanowska w swoim artykule, który nie wiem czemu przeszedł kompletnie bez echa. A obnaża on bardzo trafnie tragiczną sytuację kobiety, którą szybkie zmiany cywilizacyjne w połączeniu z nienadążającymi za nimi zmianami kulturowymi, wepchnęły na czyśćcową ścieżkę mordęgi i upokorzenia. Uprzedzam od razu, że nie chodzi tu o to, by przywrócić tradycyjny podział ról społecznych!!! Chodzi o to, że kobieta dzisiaj nie ma możliwości wyboru. Nie może wybrać ciężkiej pracy wychowywania i opieki nad własnymi dziećmi. Podobnie jak niegdyś zmuszana była do zajmowania się jedynie domem i bycia ozdoba dla swojego męża, tak dzisiaj często nie ma wyboru i zmuszana jest sytuacją ekonomiczną (ale również i cywilizacyjną) do pracy na podwójnym etacie - pracownicy i pomocy domowej. Pozwolę sobie dla nakreślenia kontekstu przytoczyć obszerne fragmenty artykułu Karoliny Elbanowskiej, bo doprawdy ten tekst na to zasługuje:

„W naszym państwie najważniejszą funkcją kobiety jest praca zawodowa. To praca ją definiuje, przydaje statusu. Od pracy wszystko się zaczyna, bez niej nic nie ma znaczenia. Nowym blaskiem lśnią plakaty przodowniczek, dziś już nie tak przaśnych, nie w waciakach, lecz w mundurkach z logo firmy. Współczesna kobieta nie ogranicza się do przekraczania 100 procent normy. To zrobiła już dawno jej babcia. Współczesna kobieta robi karierę.

Praca! To jest to, co dziś dodaje splendoru płci pięknej. Praca w korporacji, na stanowisku dyrektorskim czy kasjerskim. W banku i supermarkecie, z laptopem czy ścierką. Byle wyrabiać PKB, łożyć na ZUS i płacić podatki. Byle nie tracić na konkurencyjności, nie degradować się intelektualnie, społecznie i moralnie w domowych pieleszach, przy dziecięcym łóżeczku, marchewkowym soczku i pierwszych sylabach wypowiadanych przez zaślinione dziąsła. […]

Współczesna cyberkobieta nie może być niedyspozycyjna. Musi odpracować ciążę do dnia porodu lub iść na przedwczesny macierzyński, by nie okradać innych pracowników, by nie okradać ZUS. Musi odstać swoje w kolejce do kasy albo na sejmowej mównicy. Równouprawnienie zobowiązuje, a ciąża to nie choroba. Zwłaszcza kobieta ciężarna może w pierwszej kolejności udowodnić, że nie odstaje od normy, nikomu nie zagraża i niczego nie zabiera. […]

Właściwości prokreacyjne, które stanowią ewolucyjne zapóźnienie, skamielinę z epoki nierównouprawnienia, degradują kobietę do roli ciężarnej, a potem mamki. Jaka szkoda. Gdyby choć kobiece mleko obłożyć VAT, można by było jeszcze zachować resztki obywatelskiej godności. Ale nie, w macierzyństwie wszystko jest takie pierwotne i przedpaństwowe. Potrafimy już co prawda położyć nasze dzieci na swoistą taśmę produkcyjną, która rozpoczyna się żłobkiem wraz z ukończeniem przez nie 20. tygodnia życia, a kończy na rynku pracy. […]

Na pierwszym w nowym roku posiedzeniu Sejmu posłowie przyjęli przy niemal wzorowej jednomyślności (przy jednym głosie sprzeciwu) ustawę o opiece nad dziećmi do lat trzech, tzw. żłobkową. Rządzący liczą, że ta bezkosztowa ustawa pomoże zrealizować wytyczne strategii lizbońskiej i przy dzisiejszych 3 proc. dzieci w żłobkach trafi tam wkrótce więcej niż 30 proc. Główny zysk, jaki wskazano w uzasadnieniu ustawy, to duża liczba kobiet, które trafią na rynek pracy, zapłacą składki ZUS i podatki, oraz niemowlaki obdarzone możliwością jeszcze wcześniejszej edukacji.

Kobieta polska uwolniona zostanie od łatwej wymówki: „nie zostawiam 20-tygodniowego niemowlęcia w żłobku, bo nie ma miejsca”, albo „nie wracam do pracy za tysiąc złotych, bo więcej zapłacę opiekunce”. Państwo pomoże w utrzymaniu godnej postawy wobec społeczeństwa. Kobieta musi mieć prawo chodzić z podniesionym czołem. Móc patrzeć prosto w oczy 34-letnim emerytom i wszystkim innym współobywatelom, którzy z rozmaitych racji zajmują bardziej uprzywilejowane pozycje w naszej społeczności. […]

Matka będzie wreszcie jednostką samodzielną. Będzie mogła się realizować choćby w odpikiwaniu przy kasie produktów. A jej dziecko – czy to nie wspaniałe – da szansę pracy innej kobiecie, która będzie się nim opiekować nie tak prymitywnie jak matka, ale w sposób cywilizowany, również wyrabiając PKB.”


Jakie rozwiązania systemowe proponowali do tej pory polscy politycy? Wspomniana wyżej ustawa żłobkowa – świetnie – na pewno żłobki są potrzebne, choć ich ubocznym kosztem społecznym może być  (aczkolwiek oczywiście nie musi) zjawisko produkowania ludzi z deficytem miłości, akceptacji i poczucia własnej wartości, niedopieszczonych i z syndromem porzucenia, które to deficyty będą w przyszłości kompensowane w różny sposób niekoniecznie z korzyścią dla otoczenia.

Becikowe – zaiste wspaniałe i skuteczne wsparcie za pomocą jednorazowego zastrzyku gotówki, która starczy na komplet pieluch. Jest ten zastrzyk faktyczną jałmużną, jednorazowym rzuceniem monety do nadstawionej czapki żebraka, w celu zaspokojenia potrzeby poczucia przyzwoitości darczyńcy. Wychowanie dziecka trwa bowiem dłużej niż okres robienia w pieluchy. Ale becikowe jest dobrą wymówką dla polityków: "oto jak dbamy o politykę prorodzinną!" - od siebie mogę powiedzieć, że ja słyszę: "oto jak obrażamy inteligencję wyborcy!"

Potępiany w całej Europie Viktor Orban, którego medialne projekty ustaw wywołują reakcje przypisywane powszechnie najbardziej fanatycznym słuchaczom radia Maryja, wprowadza jednocześnie rozwiązania systemowe, które nie tylko faktycznie promują rodzinę i dzietność, ale wręcz umożliwią sensowne funkcjonowanie tejże rodziny w warunkach rynkowych. Jak przedstawia Igor Janke w swoim reportażu:

„Rząd Orbana, co często pomijają nieprzychylne mu zagraniczne media, chce wzmocnić w bardzo konkretny sposób słabe części węgierskiego społeczeństwa. Jak? Przez wprowadzenie podatku liniowego na poziomie 16 procent oraz znaczących prorodzinnych ulg podatkowych. Od każdego dziecka podatnik odpisuje sobie 10 000 forintów miesięcznie od podatku (nie od podstawy opodatkowania). W przypadku większej ilości dzieci ta kwota rośnie. W praktyce przeciętnie zarabiający Węgier z trójką dzieci może nie płacić podatku.

W najbliższych miesiącach ma zostać wprowadzony plan istotnych udogodnień dla małych i średnich przedsiębiorstw. Duże ulgi podatkowe, ułatwienia przy starcie, pomoc w zdobywaniu funduszy unijnych. Jednocześnie zaczęto reformę administracji, wkrótce w ślad za tym ma pójść reforma edukacji i służby zdrowia.”


Tłumaczy także skąd bierze się niechęć wielkiego biznesu i, co za tym idzie, większości klasy politycznej w Europie:

„Z czego wynika niechęć przedstawicieli Zachodu? Za rządów socjalistów mieli tu cudowne życie, warunki, jakich nie mogli mieć nigdzie indziej. Teraz wszyscy są wściekli na podatek kryzysowy, który dotknął wielkie firmy z branży telekomunikacyjnej, energetycznej i sieci handlowe. Faktyczna likwidacja OFE uderzyła w wielkie spółki ubezpieczeniowe jeszcze bardziej niż w Polsce.

Ludzie z wielkich koncernów, czując, że ich interesy są zagrożone, przekonują dziennikarzy, że Orban im szkodzi, skarżą się swoim ambasadorom i politykom w macierzystych krajach. Ci wywierają presję na Komisję Europejską, . Z kolei węgierscy socjaliści swoimi kanałami uruchamiają zachodnią lewicę, której przedstawiciele mówią publicznie, że trzeba się zastanowić, czy Węgrzy są godni tego, by przewodzić przez pół roku Europie. […]

Rząd prowadzi szereg działań mających odbudować klasę średnią, wzmocnić tych, których pozycja przez lata stale się pogarszała podczas gdy zachodnie koncerny miały ogromne ułatwienia, Gyurcsany doprowadził wiele małych firm do upadku.”


Co jest bardziej rynkowe? Wspieranie wielkich międzynarodowych koncernów, które dają co prawda miejsca pracy, ale które odprowadzają zyski za granicę zmniejszając ilość gotówki w obrocie krajowym? Czy też może jednak wsparcie dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, które dostarczają znakomitą większość wpływów do budżetu, za pośrednictwem najróżniejszych podatków, a zyski przeznaczają na inwestycje i konsumpcje na krajowym rynku? Myślę, że dla każdego, kto zerknął choć raz w statystyki i zestawienia źródeł wpływów budżetowych odpowiedź będzie stosunkowo prosta.

Jasne jest, że kolosalne ulgi inwestycyjne dla wielkich koncernów były konieczne, aby powstała infrastruktura produkcyjna, aby ściągnąć inwestycje szczególnie w te rejony, w których padły wielkie nierentowne zakłady socjalizmu. Jednak minęło 20 lat i Orban doszedł do wniosku, że może jednak wystarczy tych ulg? A nic bardziej nie boli jak odebranie niezasłużonych przywilejów. Czy kogokolwiek stać by było na podobny ruch w Polsce? Nadzieja moja jest nikła. Pomimo pojawiających się na ustach wszystkich możliwych stron politycznej sceny słów takich jak solidarność czy sprawiedliwość.

Polecam obserwacje poczynań Orbana każdemu, kto sądzi, iż nie ma alternatywy. Nie twierdzę, że jego działania są wzorem do bezkrytycznego naśladowania, że wszystko co dzieje się na Węgrzech wzbudza mój entuzjazm. Mój problem z Orbanem polega na tym, że im dłużej i wnikliwiej przyglądam się płynącym z Budapesztu przekazom, tym bardziej utwierdzam się w jednej obserwacji: większość negatywnych poczynań Orbana – istnieje obecnie także w Polsce; większość pozytywnych rozwiązań – nawet nie jest w Polsce brana pod uwagę.

Na koniec taka dygresja zupełnie nie na temat:
Zżymamy się na naszego premiera, że bagatelizuje problemy. A czy my jesteśmy w stanie je zlokalizować i "podbić" dobre rozwiązania? Sprawić, że politycy (którzy też są przecież ludźmi, tylko bardziej ułomnymi, bo z rozbudowaną potrzebą władzy) uwierzą, że deklarując i wprowadzając w życie te zlokalizowane przez nas, wyborców, dobre rozwiązania - są w stanie zyskać poparcie? Czy też będziemy udowadniać na każdym kroku, że jedyną istotną dla nas kwestią jest głupawy uśmieszek Tuska, wzrost Poncyliusza, czy mlaskanie Kaczyńskiego? Taki mój prywatny mały apel do piszących - może zamiast tworzenia setnego tekstu o niekompetencji Klicha, krętactwie Grasia czy kolejnym bronku Prezydenta, podbijajmy naszym komentarzem te informacje, które niosą w sobie jakiś pozytywny ładunek konstruktywnej informacji?

piątek, 14 stycznia 2011

Zidiocenie jako metoda

Kilkadziesiąt lat temu tzw. afera Watergate doprowadziła prezydenta Stanów Zjednoczonych do ustąpienia z funkcji. Zanim to nastąpiło wszyscy podejrzani w sprawie zachowywali się dokładnie tak, jak dzisiaj zachowują się wszyscy byli „tajni współpracownicy” – zaprzeczają wszystkiemu do samego końca utrzymując, że oskarżenia to jakieś chore rojenia zwolenników spiskowych teorii dziejów. W latach 70-tych w USA znalazło się dostatecznie wielu patriotycznych ludzi, którzy mieli tyle odwagi i determinacji, że wyprowadzili prawdę na światło dzienne.

Pod względem metody spaceru w zaparte nic się nie zmieniło, udoskonalono jedynie metody dezinformacji służące zasłanianiu, wyłaniających się zza mgły pozorów, strzępów prawdy o sieciach powiazań najróżniejszych interesów. Produktem ubocznym tej nadmiarowej dezinformacji jest coraz bardziej ogłupiała rzesza ludzi, nie potrafiących odróżnić opinii od faktu, pomówienia od diagnozy, prawdy od fałszu. W tej sytuacji przyjmują oni jako swój, określony komunikacyjny paradygmat, w którym pytanie np. „czy sprawdziłeś hamulce w moim samochodzie?” jest równoznaczne ze stwierdzeniem „chcesz mnie zamordować?” Intuicja podpowiadająca absurdalność takiego znaku równości działa jeszcze tylko w odniesieniu do własnej osoby. Natomiast w wypowiedziach innych osób jest ona niedostrzegalna nawet wtedy, gdy palcem wskaże się miejsce absurdu.

Skąd ten poziom logicznego ignorowania rzeczywistości? Czy jest to efekt jakiegoś powszechnego zidiocenia Polaków, co sugerują już wprost różni publicyści i komentatorzy? Czy może jest to przejaw jakiś szerszych ogólnoświatowych tendencji? Przypomnijmy kilka faktów.

W 2008 roku społeczność międzynarodowa, nie zważając na stwarzające precedens konsekwencje dla różnego rodzaju separatystycznych dążeń, uznaje Kosowo jako niepodległe państwo. W tym samym roku Rosja, pod analogicznym pretekstem ochrony, mających przecież prawo do samostanowienia, narodów abchazkiego i osetyjskiego, najeżdża Gruzję. Oprócz werbalnego sprzeciwu, ani UE ani USA nie kiwnęły nawet palcem, by cos z tym zrobić. Wychędożonemu przez Rosjan Sarkozy’emu nie pozostało nic innego poza satysfakcją poszarpania marynarki Ławrowa. Nikt jednak nie miał zamiaru nic robić, a Rosja dostała jasne potwierdzenie, że NATO jest dostatecznie zneutralizowane wojnami w Iraku i Afganistanie. W kraju serwowano nam jednak oficjalną papkę informacyjną o wymachiwaniu szabelką nawiedzonego kurdupelka, na którego warto nasłać jedynie ślepego snajpera. Dokumenty WikiLeaks pokazały jednak wyraźnie, że wycieczka Prezydentów do Tbilisi w 2008 roku, była faktycznym powodem zatrzymania rosyjskiej ofensywy i wszyscy, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, byli zaskoczeni stanowczością i skutecznością działania wyszydzanego kurdupelka. (Oczywiście według obowiązującej narracji przypominanie tego faktu jest efektem ulegania macierewiczowej paranoi wszechświatowego spisku, ale spokojnie… oddycham głęboko… staram się nie denerwować…)

Pod koniec 2010 roku WikiLeaks wypuściło kolejną porcję tajnych dokumentów pochodzących z amerykańskiej administracji. I podobnie jak na początku afery Watergate – nie był to efekt dziurawych systemów bezpieczeństwa, albo wadliwości procedur bezpieczeństwa, czy też efekt zdrady jakiegoś urzędnika bądź grupy urzędników. Nie! To jest wina szefa WikiLeaks, który opublikował tajne dokumenty innego państwa!!! Assange'a trzeba zamknąć do więzienia, by nie szkodził światowemu ładowi. Zamknąć jednak nie za ujawnienie informacji, bo nie obowiązywała go przecież żadna tajemnica, a za to, że pękła mu guma podczas nocnych igraszek. Czyż w takim razie w aferze Rywina głównym winnym nie jest Michnik, który zgodził się (co prawda po pół roku „dziennikarskiego śledztwa”) na opublikowanie transkrypcji nagrań? Czyż nie należałoby go wsadzić do wiezienia? Za cokolwiek, co by się tam znalazło, jakby dobrze poszukać. Brak konsekwencji? Absurd? Nieważne! Ważne, że świat to kupuje.

Zastanawiam się całkiem poważnie, czy to „powszechne zidiocenie”, którego przejawem jest bezkrytyczne przyjmowanie wszelkiego rodzaju dyrdymałów, nie jest bardzo racjonalnym wyjściem z sytuacji? Trzeba nieustannego i niemałego natężenia uwagi, by nadążyć za piętrowymi konstrukcjami zorganizowanego kłamstwa. Trzeba sporo zimnej krwi, by móc funkcjonować w świecie, w którym wszystkie dotąd spajające społeczność wartości, takie jak uczciwość, prawda, honor straciły ewidentnie znaczenie. Niczym w czasach rewolucji, zostały zawieszone na kołku. Możesz przy nich trwać i zginiesz, albo będziesz mocno poturbowany, jak Cezary Baryka w Baku. Możesz natomiast spróbować się dostosować i wtopić w tłum udając, że kupujesz wszystko, co ci podają na medialnej tacy. Jak to zrobić skutecznie? Jak się nie zapomnieć i nie chlapnąć gdzieś przy kimś prawdy? Jedynym sposobem jest uwierzyć, że to jest rzeczywistość. Jak szpieg-śpioch, należy myśleć, marzyć, śnić nawet w innym języku. Tylko wtedy w miarę bezpiecznie i niewielkim psychicznym kosztem jesteśmy w stanie przetrwać w obcym środowisku.

Idąc tym tropem, być może polskie społeczeństwo nie jest takie głupie dostosowując się do tej światowej sytuacji powszechnego kłamstwa, fałszu, hipokryzji i odwracania kota ogonem. Być może zdajemy sobie zbiorowo sprawę, że porywanie się z motyką na słońce, czy też z kopią na wiatraki, jest z góry skazane na porażkę. Jeśli natomiast będziemy podskakiwać, skończymy jak nasz Prezydent. Nie zdziwię się, jeśli w sondażach w najbliższej przyszłości będzie rosło nie tylko poparcie dla partii rządzącej, ale również rosło będzie zaufanie do Rosjan. Jak nie można wroga pokonać, to trzeba go pokochać. Jak nie ma się warunków do obrony, to być może trzeba polubić to upadające na podłogę mydło…

Charakter polsko-rosyjskich relacji, które ostatnio możemy obserwować najtrafniej opisał swego czasu Andrzej Waligórski:

Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące
W dość niewybredny sposób podtarł się zającem.
Zając się potem żonie chwalił po obiedzie:
- Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem!


Można poddać pod dyskusje prowokacyjną hipotezę, że Tusk i jego ferajna z premedytacja zgodzili się ten charakter stosunków. Polacy dość się nacierpieli w XIX i XX wieku. Ktoś zauważył, że tuż po 10 kwietnia cała przestrzeń powietrzna nad północną i środkową Europą została wyczyszczona, pod pozorem wybuchu wulkanu. NATO być może szykowało się do ataku, albo do odparcia ataku. Działania polskiego rządu poszły jednak w innym kierunku: olewamy prestiż, olewamy honor, idziemy drogą Francji z czasów drugiej wojny światowej. Jesteśmy za słabi zarówno samodzielnie, jak i ze wsparciem związanego Irakiem i Afganistanem NATO. Nie będziemy szli drogą Gruzji, bo skończy się to utrata z takim trudem odbudowywanej infrastruktury. Tym bardziej, że dzięki ministrowi Klichowi nie mamy już praktycznie całego dowództwa armii.

Zatem z pełną świadomością wizerunkowych i prestiżowych strat zajmijmy się rozbudową własnego ogródka. Nadchodząca druga fala kryzysu jest bez znaczenia – w tym paradygmacie nie ma miejsca na niewygodne okoliczności, jest miejsce jedynie na płynną narrację bajki o teraźniejszości. Poza tym kryzys potrwa kilka lat, a my tu mówimy o co najmniej dwu pokoleniach. Wtedy być może wrócimy do międzynarodowej gry, ale najpierw musimy się nieco odkuć. Czy ktokolwiek wypomina dziś Francji, że tak szybko się poddała w 1940 roku, a duża część społeczeństwa spolegliwie współpracowała z Niemcami przy wywożeniu Żydów do Auschwitz? Dziś Paryż w dalszym ciągu zachwyca cały świat, a dawną świetność niepokonanego Paryża Wschodu z trudem można dostrzec w kamienicach na Lwowskiej czy Nowogrodzkiej.

I tylko gdzieś na dnie głębokich pokładów pradawnych fantazmatów wyssanych z mlekiem matki czai się pytanie: czy nadszarpnięta przyzwoitość może się odrodzić? Czy franca koniunkturalnej konformistycznej prostytucji jest uleczalna? Czy będziemy pamiętać jakimi jesteśmy ludźmi, gdy warunki się zmienią? Czy będziemy potrafili wychować dzieci z Wrześni? Czesi wytrzymali bez państwa prawie 800 lat. Polacy trwali 200 lat. Trzeba być dobrej myśli. Bo cóż innego nam pozostaje?

z bloga Niewolnika... ;-)

środa, 12 stycznia 2011

Bycie idiotą to kwestia wyboru

Czytając psychologiczne analizy tego co się działo w kokpicie zastanawiam się dlaczego nikt nie przypomina podstawowej kwestii. Przede wszystkim samolot nie lądował tylko podchodził do lądowania. Przypomnijmy fragmenty (w tej chwili kompletnie już niewiarygodnego) stenogramu:

10:32:55,8Dowódca statkuPodchodzimy do lądowania. W przypadku nieudanego podejścia, odchodzimy w automacie.
10:35:22Kontroler ruchu lotniczegoPolski 101 i od 100 metrów być gotowym do odejścia na drugi krąg
10:35:29Dowódca statkuTak jest

Oni mieli zejść na pułap 100 i wtedy zdecydować: jak nie widać ziemi to odlatujemy. I podczas schodzenia na ten pułap zderzyli się z ziemią. Wieża zaś do samego prawie końca podawała informacje "na kursie, na ścieżce". Pamiętacie film "Szklana pułapka 2"?

Nie chce wchodzić w dalsze dywagacje dot. analizy pracy radiolatarni i wskazywać innych konkretnych zapisów ze stenogramów. To co przedstawił nam MAK jest jak relacja pijanego kierowcy: "ciężarówka pojawiła się znikąd uderzyła w nas i znikła".

Jak ktoś chce nazywać cudzą ślinę na swojej twarzy letnim deszczykiem - jego sprawa. Ja taką postawę interpretuję jednoznacznie jako struganie idioty i tyle. Bycie idiotą jak się okazuje bywa także kwestią wyboru.