piątek, 25 lutego 2011

O Poncyljuszu w UPR i co tego wynika

„Przyzwoitość w życiu codziennym definiujemy intuicyjnie” - pisze we wczorajszym tekście Witold Gadowski dodając, że „Mam głębokie przekonanie, że przyzwoitość w życiu publicznym opłaca się! Nie w perspektywie miesięcy czy nawet jednej kadencji, opłaca się w perspektywie celu ku któremu zmierzamy.”

Trudno się z nim nie zgodzić i każdy z nas w swoim poczuciu niewątpliwie stara się działać przyzwoicie. Kwestia definiowania granic tej przyzwoitości to zupełnie inny temat i nie ulega wątpliwości, że nawet Jaruzelski przekonany jest o swojej przyzwoitości. Ale nie o tym.

Nie miałem ochoty opisywać sytuacji, której byłem świadkiem, a która została dość szczegółowo przedstawiona w notce Łażącego Łazarza. Powody mojej niechęci były dwa. Pierwszym powodem była wyraźna prośba gospodarza wydarzenia, aby nie ujawniać w przestrzeni publicznej treści tego spotkania. UPR wykazała się uprzejmością i obywatelską wrażliwością udostępniając swój lokal jako zaplecze do przeprowadzenia zainicjowanej przez blogerów i blogerskich komentatorów akcji pod nazwą „Las Smoleński”. Ponadpartyjna i realnie apolityczna akcja mająca na celu manifestację pamięci o wszystkich ofiarach smoleńskiej katastrofy, w której zginęli ludzie z prawie każdej politycznej, społecznej i religijnej strony. Ja osobiście poczułem się zobowiązany prośbą gospodarza do co najmniej podobnej uprzejmości.


To prawda, że władze UPR mogły usiąść w osobnym pokoiku. To prawda, że po konsultacji z Poncyljuszem przeszli do pomieszczenia w którym rozmawiali uczestnicy akcji „Las Smoleński”. To prawda, że Poncyljuszowi powiedzieliśmy kim jesteśmy, zatem nie może być mowy ani o tajności rozmów ani o jakimkolwiek „podsłuchiwaniu”, co sugeruje portal wPolityce.pl Prawda polega także na tym, że nie były to żadne rozmowy koalicyjne, a jedynie luźna wymiana poglądów na sprawy programowe. Jestem przekonany, że ewentualne konkretne rozmowy dotyczące współpracy zostały przełożone na inny termin. Nie zmienia to faktu, że nie byliśmy w miejscu publicznym, nie słuchaliśmy prywatnej rozmowy w telewizyjnej kawiarence w oczekiwaniu na antenowe wejście. Prośba UPR była czysto uprzejmościowa i jej spełnienie należało do sfery uprzejmości właśnie. Dlatego nie podzielam zachwytów nad opublikowaniem notki Łażącego Łazarza bez porozumienia z UPR-em.

Drugim, dużo istotniejszym i tak naprawdę przesądzającym powodem, dla którego czułem niechęć opisywania tego spotkania była całkowita jałowość tej dyskusji. Zgadzam się w pełni z oceną Łażacego Łazarza, że Poncyljusz zaprezentował całkowita miałkość merytoryczną i faktyczny brak poglądów w wielu sprawach. Na pytania ogólne odpowiadał stosując zasłonę dymną zasypując nas nieistotnymi szczegółami, na pytania szczegółowe odpowiadał niezwykle ogólnikowo, zawsze starając się dyplomatycznie uniknąć odpowiedzi. Między wierszami przemycił kilka szczegółowych faktów, ale przyjdzie jeszcze czas by opisać je osobno. Jednak opisywane przez Łażącego Łazarza deklaracje otwartości programowej na propozycje silniejszego koalicjanta, połączone z brakiem planów przystąpienia do opracowywania własnego planu strategicznego na miarę Polski 2030 Michała Boniego, czy opracowanego przez PiS Programu samorządowego rzeczywiście miały miejsce. Nie jest to jednak żadnym zaskoczeniem, bo PJN nie wykazała się jak do tej pory żadnym konkretnym działaniem, czy choćby deklaracją w sprawach bardziej zasadniczych niż walenie w bębenek zadeklarowanej przez Andrzeja Wajdę wojny polsko-polskiej. Czy poza faktem uściśnięcia dłoni Pana Posła przez autora czytelnik miał okazję dowiedzieć się zatem czegoś nowego?

Pisałem o tym, że PJN podobnie jak swego czasu Polska XXI nawet nie sprawia wrażenia chęci realizowania głoszonych na początku haseł reformowania wewnątrzpartyjnych zasad i reguł funkcjonowania. Podchodzi do tego w podobny sposób jak PO podchodzi do dokumentu Polska 2030 Boniego, czyli na deklaracjach się kończy. To częsty przypadek nie tylko w polityce, czego przykładem jest choćby portal wPolityce.pl, który odcinając się od nierzetelności różnych głównonurtowych mediów, przekazując informacje o spotkaniu Poncyljusza z UPR daje deprecjonujący doniesienie tytuł: „Bloger: przypadkiem podsłuchałem Poncyljusza”. Na początku wyjaśniłem już, że z podsłuchiwaniem nie miało to nic wspólnego. Dodam tylko, że inny znany bloger, pracujący także w dużym dzienniku, niejaki Igor Janke przedstawiany jest jako „publicysta Rzeczpospolitej oraz redaktor naczelny portalu Salon24”. Jak w tym kontekście traktować pobłażanie wobec autora relacjonowanego tekstu, będącego redaktorem naczelnym największej (już to wyraźnie widać) konkurencji dla Salonu24?

Przywołane na początku słowa Witolda Gadowskiego warto przypominać od czasu do czasu jak starą łacińską sentencję. Metody Gazety Wyborczej nie stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie. Uczciwość i przyzwoitość, która przejawia się w rzetelności przekazywanych informacji, ale także czasem w powstrzymaniu się przed sprzedawaniem plotek usłyszanych na prywatnym przyjęciu, zaprocentuje w przyszłości dużo bardziej, niż chwilowy wzrost popularności spowodowany doraźną kontrowersją.



dopisane 27.02.2011:
UPR zamieściła wczoraj na swoich stronach internetowych sprostowanie do informacji Łażącego Łazarza. Niestety tekst ten obnażył całkowita nieporadność polityczną stołecznego oddziału UPR. Polityk przede wszystkim się nie obraża, ale także polityk nie obraża. Natomiast tekst ma charakter płaczu rozkapryszonego dziecka, a uwagi o onieśmieleniu czy inteligencji uczestniczącego w spotkaniu blogera pasowałyby może do stylistyki blogerskiej właśnie, ale nie do oficjalnego komunikatu poważnej partii politycznej. I jak słusznie zauważył elig w swoim komentarzu do tej mało istotnej w gruncie rzeczy, a jakże już rozdmuchanej sytuacji - UPR wytrąciła broń z ręki tym, którzy uprzednio krytykowali Łażącego Łazarza za brak dyskrecji: skoro, było to tylko otwarte dla wszystkich spotkanie z posłem, to każdy może je opisywać tak, jak mu sie żywnie podoba.

Po raz kolejny przekonaliśmy się, że w Polsce najwyraźniej realnie brakuje polityków zdolnych robić jakąkolwiek politykę.

środa, 9 lutego 2011

PiS? PO? PJN? nie!!! SLD!

W tym roku kolejne wybory parlamentarne. W warunkach ocierającej się o zdradę stanu indolencji władzy i w atmosferze zadeklarowanej przez wielkiego reżysera Andrzeja Wajdę wojny polsko-polskiej. Warto podkreślać faktycznych autorów pewnych pojęć, które pełnią następnie rolę cepów do młócenia adwersarzy politycznych sporów. Czy z tej młócki zostanie jakieś ziarno? Czy zamiast zboża młócimy jednak żywych ludzi i jedynym efektem będzie kałuża krwi i zmasakrowane zwłoki? Nikt się nad tym nie zastanawia, bo już w ogóle mało kto się zastanawia nad czymkolwiek.

A w kontekście nadchodzących wyborów warto zwrócić uwagę na te cepy, które podkłada nam się pod nosy, niczym krwisty kawałek mięsa przed pysk wygłodniałego wilczura. Moralnie tonąca Platforma (anty)Obywatelska wypuszcza na pożarcie Palikota, ale okazuje się to porażką. PJN (albo ich faktyczny mocodawca) nie może się zdecydować, komu chce wyszarpać więcej armatniego mięsa. Zdrowy rozsądek śpi, demony hulają w najlepsze, nie będzie dziwne, gdy w tej sytuacji najwięcej skorzystają ci, dla których jakiekolwiek idee nie mają najmniejszego znaczenia. Cichutko stoją z boku i czekają, nie przeszkadzając przeciwnikowi po raz kolejny się wykańczać. Gdy przyjdzie pora, znowu jak w latach 90-tych, będą się przedstawiać jak odnowione środowisko politycznych praktyków, którzy wiedzą jak się naprawdę rządzi. I co gorsza, pomimo afery Rywina, w kontekście hipokryzji i indolencji tuskomatołków - będą w tym wiarygodni.

Nie zapominajmy o tym najbardziej cynicznym, merkantylnym i bezideowym środowisku jakim są byli funkcjonariusze PZPR-u. Nie zapominajmy, że wyprowadzenie sztandaru z Sali Kongresowej w 1990 roku było tylko zmianą estetyczną. Nie zapominajmy, że tak naprawdę PZPR istnieje i działa do dzisiaj pod nową nazwą SdRP, czy bardziej znaną nazwa szerszej koalicji SLD. Nie zapominajmy, że partia ta mogła rozwinąć skrzydła dzięki majątkowi PZPR, który częściowo został przejęty przez Skarb Państwa, ale tzw. majątek ruchomy rozpłynął się w powietrzu. Nie zapominajmy, że towarzysze z SdRP, oprócz „zagospodarowania” majątku PZPR, przekonali towarzyszy z Moskwy do udzielenia im tzw. „pożyczki moskiewskiej” na rozkręcenie działalności. Towarzysze wypierają się swoich korzeni i np. ustami Arłukowicza przekonują nas, że nie korzystają z majątku PZPR, „bo przecież on nie bywa na Rozbrat i pracuje na swoim prywatnym laptopie”.

Wiedza o powiązaniach PRL-owskiego aparatu jest stosunkowo szeroka, lecz jeden aspekt sprawia, ze wiedza ta funkcjonuje jedynie jako przejaw chorych paranoidalnych teorii spiskowych, a kolejne dowody są ignorowane przez tzw. opinię publiczną, wszak należy nadstawiać drugi policzek zamiast szukania politycznego odwetu. Widać po latach bardzo wyraźnie to, czego nie widzieli zafascynowani spokojem pierwszego niekomunistycznego premiera Polski. Widać dzisiaj wyraźnie jak szalenie wielkie spustoszenie etyczne spowodowała gruba kreska Mazowieckiego, zadeklarowana w 1989 roku. Czy Norymberga była szukaniem odwetu na bogu ducha winnych hitlerowskich funkcjonariuszach? Czy też była nazwaniem rzeczy po imieniu, zdefiniowaniem zła, zamkiem zabezpieczającym przyszłość przed nawrotem zbrodni?

Brak czerwonej Norymbergi umożliwia dzisiaj podtrzymywanie opinii, wbrew wszystkim źródłom historycznym, że Jaruzelski uchronił nas przed trzecią wojna światową, że Kiszczak jest człowiekiem honoru, że Arłukowicz nie korzysta z majątku PZPR i tak dalej. Tajność ubeckich teczek po ponad 20 latach ich badania ciągle służy nie tylko szachowaniu byłych agentów, ale przede wszystkim dezawuowaniu samego zbioru, gdy wyciekają szczątkowe informacje, które w szerszym kontekście okazują się mieć całkowicie inny sens od pierwotnego. Niszczone jest w ten sposób przekonanie o osiągalności prawdy, budowana jest tolerancja na zło, bo wszystko jest relatywne i nigdy nie będziemy mieć pełnej wiedzy o faktach. Czy wyobraża sobie ktoś rozważania o wallenrodyzmie Hoessa? Czy ktokolwiek rozważa w przestrzeni publicznej rozterki etyczne Goeringa? Himmlera? Goebbelsa? Dlaczego w przypadku Jaruzelskiego, Kiszczaka, Urbana jest to możliwe?

To nie PiS jest zagrożeniem. Nie jest nim także PO. Także PJN nie musi być głównym przedmiotem większości aktualnych analiz. Zagrożeniem dla demokracji jest zanegowanie podstawowych wartości, takich jak prawda i sprawiedliwość. Bez nich będziemy się miotać w bagnie kłamstw, pomówień, insynuacji, przekrętów i złodziejstwa. Bo jeśli towarzysze mogli to czemu ja nie? Może zamiast analizować kolejne dołki wykopane pod politycznym przeciwnikiem powinniśmy gromkim chórem zawołać o zrobienie w końcu tego, co powinniśmy zrobić 20 lat temu: OSĄDZIĆ ZBRODNIARZY!!! Oraz zdelegalizować SLD, którego majątek powinien zostać w całości przejęty przez Skarb Państwa. Inaczej będziemy długo jeszcze słuchać o tym, że minister Klich bronił honoru generała Błasika, że NordStream jest korzystny dla Polski, a gaz łupkowy wydobywa się metoda odkrywkową.

Pora najwyższa zdać sobie sprawę, że jedynym efektem humanitarnej tolerancji dla zbrodni i kłamstwa jest przede wszystkim dalsza eskalacja tych zjawisk.

środa, 2 lutego 2011

Polska nie jest wyjątkowa

Pod jednym z moich postów dostałem komentarz o dość typowej treści. Przytoczę jego fragment, bo jest to niestety często słyszana fraza pytań, których brak u nastolatka oznaczać może zaburzenia rozwoju, ale ich obecność u osoby w wieku dojrzałym świadczyć może o zupełnie innych dolegliwościach:

"W czym Polska wydaje Ci się wyjątkowym krajem, dla którego powinnam poświęcić życie, spłacając dług za to, że tu się urodziłam? Zupełnie nie rozumiem, dlaczego uważasz, że jestem Polsce coś dłużna."

Zaiste świetne pytania. Polska nie jest żadnym wyjątkowym krajem. Jedyne co ją wyróżnia dla mnie osobiście to fakt bycia MOJĄ ojczyzną. Taki drobiazg. Rozumem doskonale kosmopolityczny światopogląd, który uważa, że samo pojęcie narodu jest z gruntu złe i wywołuje wojny (jak jaja). Rozumiem anarchistycznych  bezpaństwowców, którzy nie chcą za żadne skarby brać udziału w społecznym życiu jakiejś wyimaginowanej wspólnoty. Mają do tego prawo. Podobnie jak ja mam prawo czuć się zobowiązany wobec swoich przodków i wobec swoich zstępnych do kultywowania kultury, za którą tyle istnień poniosło ofiarę.

Postawione pytania są bardzo dobre, bo zmuszają do zastanowienia się nad odpowiedziami wydawałoby się oczywistymi i poszukania jakiegoś racjonalnego uzasadnienia. Racjonalnego, bo nie bardzo rozumiem zarzut emocjonalności w mówieniu o wartościach. Nie bardzo rozumiem, dlaczego skupianie się TYLKO na pracy miałoby być w ogóle racjonalne? Czyż bowiem to nie wyznawanie pewnych wartości każe nam iść codziennie do pracy? Czyż to nie wiara w moc wartości sprawia, że ufamy, że pracodawca wypłaci nam pensje? Czyż nie jest wiarą przekonanie, że w razie problemów z pracodawcą jest instancja, do której możemy się odwołać i na skutek decyzji sądu pracodawca wypłaci nam to, co wypracowaliśmy? Czy wiara ta to nieracjonalna emocjonalność, czy też całkiem racjonalne założenie? Bez wartości takich jak zaufanie, sprawiedliwość, prawo, uczciwość, rzetelność - nie mogłoby istnieć żadne społeczeństwo. Tylko dzięki temu, że jesteśmy w stanie zaufać komuś że wywiąże się ze zobowiązań, możemy prowadzić interesy. Gdy kolejne przypadki pokazują nam, że tak nie jest, tracimy to zaufanie i współpraca ulega zakończeniu. W biznesie to proste - zmieniamy pracę i zaczynamy od nowa. Co jednak zrobić, gdy zaufanie obywateli traci Państwo?

W innym miejscu dostaję jeszcze post-pozytywistyczny bełkot opisujący dość popularną formę anty-pragmatyzmu: "straceńczy polski romantyzm powoduje, że jesteśmy wciąż krajem zacofanym. Bo zamiast skupić się na pragmatycznym podejściu do rzeczywistości, czyli wziąć się do ciężkiej pracy, ciągle ględzimy na kanapie o wartościach." - to ględzenie na kanapie oczywiście nie wytwarza żadnego PKB, niemniej jednak nie da się ukryć, że przedmiot tego ględzenia umożliwia w ogóle rozpoczęcie tegoż wytwarzania. I podobnie jak samo ględzenie jeszcze nic nie wyprodukowało, to społeczeństwo bez tego pozornie bezproduktywnego ględzenia nawet by nie powstało.

Wracając do pytania o źródło zobowiązań wobec własnego Państwa, to źródło to zapisane jest w ustawie zasadniczej. Ten wyszydzany i lżony dług wobec przeszłych pokoleń wraz ze zobowiązaniem "przekazywania pałeczki w sztafecie pokoleń" zapisany na samym początku naszej Konstytucji. Warto po raz kolejny przypomnieć ten początek, który literalnie opisuje to, co każdy polski patriota czuje przez skórę:

"W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego - Polski, wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku, złączeni więzami wspólnoty z naszymi rodakami rozsianymi po świecie, świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej, pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub przed własnym sumieniem, ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa..."

wtorek, 1 lutego 2011

Co to właściwie znaczy sprawa polityczna?

Polityka to sztuka osiągania celów. Polityka to dochodzenie do konsensusu poprzez dyskusję, wypracowanie akceptowalnych rozwiązań, które to rozwiązania mogą być zaakceptowane przez większość. Sam moment głosowania nad jakąś sprawą kończy bardzo żmudny proces. Mamy z tym do czynienia nie tylko w Sejmie ale w zarządach, radach nadzorczych, we wspólnotach mieszkaniowych, czy stowarzyszeniach. Głosowaniem sprawdza się, czy dana decyzja jest akceptowalna przez większość. W zasadzie każde działanie wymagające zgody określonej społeczności jest w tym ujęciu polityczne.

Inne węższe ujęcie polityki, to dążenie do przejęcia, a następnie sprawowania oficjalnej władzy. Żeby ten cel osiągnąć, ugrupowania polityczne stosują najprzeróżniejsze chwyty, które politolodzy następnie analizują i wyjaśniają, a zdezorientowani wyborcy, kiwając głowami jak słynne pieski pod tylnymi szybami samochodów, wybierają swoją fangrupę stosując równie racjonalne kryteria, jak przy wyborze bluzki w sklepie.

Co jednak się dzieje, gdy zarówno politycy jak i wyborcy, którzy spijają z ust swoich idoli każde słowo, zapomną już, w jakim celu chcieli przejąć tę władzę? Co zrobić gdy doprowadzona do absurdalnych rozmiarów polityczna walka sprawia, że kupno zapałek lub zapalniczki staje się „kwestią polityczną”?

Taki stan rzeczy to nie tyle rozpad, czy zanik pewnych wartości, ile sytuacja pogubienia się wszystkich uczestników politycznych rozgrywek. Zaszliśmy tak daleko w las, że dawno zgubiliśmy drogę, nie wiemy gdzie idziemy i nie pamiętamy już nawet jak się w tym lesie znaleźliśmy. A przecież warto zauważyć i przypomnieć sobie, że głównym nadrzędnym celem wszelkich działań politycznych jest budowa własnego państwa. Mówimy wtedy o racji stanu raczej, o patriotyzmie, o interesie narodowym, żeby odróżnić to od działań politycznych w tym małym wymiarze, tzn. jaką drogą ten wielki cel osiągnąć. Polityczne mogą być poglądy lewicowe lub prawicowe. Polityka to decydowanie, czy podatki przeznaczymy raczej na rozwój infrastruktury, czy na wsparcie najbiedniejszych. Polityka to decyzje o proporcjach udziału państwa w rynku i poziomie jego ingerencji w ten rynek. Polityczne może być dążenie do zawarcia sojuszu z Niemcami, Rosją albo Szwecją. I tak dalej.

Polityczne są decyzje dotyczące metody. Natomiast działania zmierzające do niszczenia państwowości, zmierzające do podporządkowania i nadmiernego uzależnienia państwa od czynników zewnętrznych, to działania określane w historii jako dywersyjne i noszące znamiona zdrady. Nie jest już kwestią polityki, czy bronić się przed szwedzkim najazdem czy nie – klęska pospolitego ruszenia to najzwyklejsza zdrada i trzeba to nazwać po imieniu. Nie jest kwestią polityki uznanie zależności i agenturalnego charakteru rządów Bieruta, a następnie Gomółki, Gierka i Jaruzelskiego. Ich konsultowanie decyzji z Moskwą to fakt i żadna gierkówka, czy inna nowa huta tego faktu nie powinna nam przesłaniać. Uznanie tych faktów to nie jest kwestia polityki, jak nieustannie próbuje nam się wmawiać. To kwestia poważnego traktowania rzeczywistości i swojego państwa.

Dochodzimy do ostatniej tragedii jaka w tym ponad dwustuletnim paśmie nieszczęść spotkała nasz kraj. Kwestia wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej jest kwestią polskiej racji stanu, której nie można rozpatrywać w kategoriach doraźnej polityki. PiS okopał się na barykadzie i dokopuje nieustannie rządowi, nie zwracając uwagi, czy przybliży go to do celu czy nie. Rząd, czy raczej nierząd, pogrąża się coraz bardziej, udając niczym dziecko, że jak zasłoni sobie oczy to nikt nie zobaczy jego kłamstw, krętactw i uników. Inne satelickie partie przetaczają się na tej rozchybotanej szalupie obijając się raz o jedną raz o drugą burtę. Oczywiste jest, że zapędzeni w ciemny las politycy nie są w stanie się zatrzymać i pomyśleć. Żyjący z nich komentatorzy, analitycy i publicyści także biją w ten sam bębenek. Czy my także musimy w tym uczestniczyć?

Nie dajmy sobie wmówić, że żądania wyjaśnienia tej katastrofy to doraźna polityka! Wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej jest sprawą podstawową dla dalszego istnienia naszego państwa. Wszak jak można mieć zaufanie do Państwa, które nie jest w stanie ochronić swojego Prezydenta? Nie pomaga temu zaufaniu oddanie śledztwa obcemu państwu, które biorąc pod uwagę okoliczności nie może być bezstronne. A tylko rozpoznanie i wyjaśnienie przyczyn pozwoli to zaufanie przywrócić. Wyjaśnić przyczyny trzeba nie po to, by władzę utrzymała PO, przejęła PiS, czy ktokolwiek inny. Wyjaśnić przyczyny i osądzić winnych tej największej tragedii po II wojnie światowej trzeba przede wszystkim po to, by państwo jako takie mogło w przyszłości prawidłowo funkcjonować. By następne pokolenia urzędników robiły wszystko co do nich należy.   By nikt już nie mógł nawet pomyśleć, tak typowo po słowiańsku, że "jakoś to będzie".