czwartek, 17 marca 2011

Sikorski demaskuje Tuska

W dzisiejszej porannej audycji radiowej Trójki, w rozmowie z Michałem Karnowskim, minister Radosław Sikorski potwierdził premedytację działań rządu w sprawach związanych z katastrofą smoleńską. I to w kilku momentach.

Najpierw zapytany o reakcję polskiego MSZ na wezwanie Administracji USA do restytucji prywatnego mienia żydowskiego, odpowiedział, że reakcja USA jest cokolwiek spóźniona, bo czas na reakcję był w latach 1943-1944 gdy emisariusz polskiego rządu, Jan Karski, błagał wręcz o jakąkolwiek pomoc dla eksterminowanych w obozach koncentracyjnych Żydów i Polaków. Wtedy te błagania pozostały bez reakcji. Co więcej, Sikorski na następny dzień zapowiedział opublikowanie umowy z lat 60-tych, w której USA zrzeka się jakichkolwiek roszczeń osób trzecich wobec Polski i zobowiązuje się rozwiązać ewentualne problemy w przyszłości własnymi siłami.

Minister Spraw Zagranicznych, pokazał w ten sposób, że jeśli się chce, to można szybko odszukać nawet stary i mało znany dokument, aby bronić polskiej racji stanu. Dlaczego zatem zignorowano wiadomą umowę dotyczącą badania wypadków lotniczych? Jak widać nie było to czysto ludzkie zaniedbanie, co jeszcze można by nawet na poziomie ministerialnym zrozumieć, ale ewidentne działanie celowe.

Inną poruszoną sprawą była kwestia usuwania palących się zniczy spod Pałacu Prezydenckiego. Najpierw minister Sikorski próbował uniknąć odpowiedzi, następnie potwierdził, że jest to wstydliwa i niegodna sprawa, odsyłając pytającego redaktora do Urzędu Miasta. Na koniec zaś przyparty do muru potwierdził również, że jego zdaniem jest ta sytuacja rozgrywana politycznie. Nie wymagajmy od ministra rządu, aby wprost stwierdził, że działanie partii rządzącej jest w tej kwestii haniebne. Postawienie sprawy w taki sposób mi osobiście całkowicie wystarcza.

W tym kontekście inaczej także należy podejść do prośby premiera Donalda Tuska, którą skierował do senatorów, aby wykreślić z ustawy medialnej cały fragment dotyczący internetu. Cała afera związana z propozycją regulacji internetu jest zatem także niewątpliwie przemyślana, zaplanowana i zrealizowana z żelazna konsekwencją. Jej cele, które widać na pierwszy rzut oka to: a) wysondowanie czujności opinii publicznej, b) skompromitowanie opozycji, która w całości głosowała za przyjęciem ustawy, c) budowanie medialnego wizerunku premiera, który jest czuły na opinie publiczną i reaguje na nadużycia swoich podwładnych.

Pozostaje tylko podziękować premierowi i ministrowi spraw zagranicznych za tą jakże pouczającą lekcję dyplomatycznej komunikacji.

wtorek, 15 marca 2011

Gross jest antysemitą!

W każdym odpowiednio licznym zbiorowisku ludzi zajdą się jednostki, których postawa i zachowanie mogą być dowodem na dowolną tezę. Polska nie jest tu wyjątkiem i różne siły próbują realizować swoje cele wyolbrzymiając różne wyjątkowe jednostkowe zjawiska dla realizacji specyficznej gry. Jeśli jednak potraktować historię Polski czysto instytucjonalnie, na poziomie prawa, a nie ludzkich patologicznych zachowań, kraj nad Wisłą może objawić nam zupełnie inną twarz, niż przyprawiana mu przez różne środowiska gęba wykrzywiona nienawiścią.

W Polsce istnieje bardzo długa tradycja religijnej tolerancji, gościnności i otwartości na obcego. Przecież to nie przypadkowo właśnie w Polsce znalazły schronienie całe zastępy Arian, Kalwinów, Husytów, to właśnie do Polski uciekali Żydzi z całej Europy przed ustawowo dekretowanymi pogromami. Przez kilkaset lat współżycia wymieszaliśmy się ze sobą i bardzo silnie związaliśmy kulturowo. I to pomimo, że polskie przywiązanie do wiary i języka jednak nie przestało dominować.

To naturalne, że w sytuacji wielkich ludzkich migracji rodziły się napięcia. Ale wobec zewnętrznego zagrożenia zawsze wszyscy mieszkańcy Polski stawali ramię w ramię, by bronić swojego domu. Czy Pawlak z Kargulem toczyli spór narodowościowy? Podczas demonstracji patriotycznej przed Powstaniem Styczniowym, gdy na czele protestacyjnego marszu został zabity Polak niosący krzyż, idący obok niego Żyd podniósł ten krzyż i szedł dalej ramię w ramię z księdzem. Nie mylmy sąsiedzkich sporów o miedzę z religijno-narodowościowymi uprzedzeniami!

Żydzi są bardzo głęboko osadzeni w polskiej kulturze i polska kultura bardzo dużo Żydom zawdzięcza. Genialny i jedyny w swoim rodzaju Bruno Schulz pisał po polsku. Głęboko humanistyczny Janusz Korczak pisał po polsku i oddał życie przeciwko NIEMIECKIEMU bestialstwu. Jankiel w Panu Tadeuszu pełni rolę Stańczyka, nie tylko najpiękniej grając na cymbałach, ale wypowiadając wiele mądrości trafnie opisujących otaczająca go rzeczywistość. Nikt dzisiaj nie sądzi, że Mickiewicz w taki, a nie inny sposób pokazał tego żydowskiego karczmarza tylko dlatego, że jego matce przypisuje się żydowskie korzenie. Dzisiaj główny konkurent do stanowiska prezydenta Stolicy, Czesław Bielecki także otwarcie mówi o swoich żydowskich korzeniach i nikomu w trakcie kampanii wyborczej nie przyszło do głowy, by robić z tego najmniejszy nawet problem.

Siła polskiej kultury wynika z jej otwartości i z kryteriów jakimi się posługuje w kwalifikacji swój-obcy. Nawet czarny Olisadebe mógł być przez Polaków uznany za swojego, jeśli swoją grą przyczyniał się do sukcesów polskiej reprezentacji. Nawet rodowity Gross, bez cienia żydowskich korzeni, może być uznany za obcego jeśli szkaluje Polskę i Polaków. Kwestia działania na szkodę lub na korzyść Polski jest głównym kryterium w ocenie. Nie pochodzenie czy wyznanie.

W różnych momentach naszej historii tą państwową solidarność próbuje się co jakiś czas rozbijać. Nie ma groźniejszego przeciwnika niż duży 40-milionowy kraj w centrum Europy zjednoczony wokół własnych interesów. Tą zagrażającą jedność trzeba niszczyć wszelkimi dostępnymi środkami. Bardzo łatwym i niestety stosunkowo skutecznym narzędziem jest rozniecanie nastrojów ksenofobicznych. Służył temu zorganizowany i sterowany przez komunistyczną bezpiekę pogrom kielecki w 1946 roku. Załatwieniu wewnętrznych partyjnych sporów o miedzę służyła antysemicka nagonka w 1968 roku. W 1989 roku straszono nas demonami nacjonalizmu, by uzasadnić mazowieckiego grubą kreskę. Dzisiaj ten sam cel jest realizowany za pomocą książek Grossa.

Autor ten doskonale wpisuje się w tradycyjną linię destrukcji polskiej międzyludzkiej solidarności. Solidarności, która sprawiła, że to właśnie Polacy stanowią najliczniejszą grupę na liście Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. I to pomimo tego, że okupowana Polska była jedynym krajem na świecie, gdzie za przekazanie Żydowi kromki chleba groziła natychmiastowa śmierć. Polacy nigdy nie utworzyli kolaboracyjnej organizacji, nigdy żaden polski dekret nie wspomagał tropienia Żydów i innych ludzi wyjętych przez NIEMIECKIE prawo poza nawias człowieczeństwa. A przecież działo się tak i we Francji i w Holandii i w wielu innych europejskich krajach.

Książki Grossa są jak splunięcie w twarz wybawcy, który dla ratowania cudzego, narażał własne życie. To jest gorsze niż stawianie pomnika ukraińskim banderowcom na terenie Przemyśla. Jedyny cel jaki dostrzegam w tych publikacjach, to właśnie wzbudzenie frustracji i nienawiści. Rozbudzenie niechęci i żalu, który następnie będzie można pokazać jako uzasadnienie dla dalszych działań. Jest to dużo łagodniej przeprowadzany kielecki pogrom, haniebna prowokacja, która osiągnie cel, gdy jakiś mniej kontrolujący emocje narwaniec, da fizyczny wyraz swojemu oburzeniu. Wtedy będzie można go pokazać palcem jako dowód, że Gross ma rację.

Trzeba powiedzieć sobie otwarcie: Jan Tomasz Gross szerzy w Polsce antysemityzm! A to jest zakazane przez prawo. Robi to nie wprost, stosuje do tego celu sprawdzone komunistyczne metody dezinformacji i manipulacji. W skład stosowanych narzędzi wchodzi nie tylko wyolbrzymianie i nadinterpretacja marginalnych zachowań, ale także najzwyklejsze ordynarne kłamstwo, czego naczelnym przykładem jest sławne zdjęcie, wokół którego buduje całą narrację swojej książki. Czy nie jest to ta sama kategoria manipulacji co twierdzenie, że krematoria w Oświęcimiu były urządzeniami do ogrzewania baraków? A kłamstwo oświęcimskie jest przecież ścigane z urzędu.

Tymczasem zamiast napiętnowania, mamy medialne wsparcie dla tej szerzącej nienawiść narracji. Warto notować, kto podbija bębenek grossowego kłamstwa. Zaskarżenie szowinistycznych działań Grossa pewnie nie jest w obecnych warunkach możliwe, jednak warto zauważać, kto pomaga w generowaniu tej antysemickiej atmosfery. Warto otwarcie demaskować rzeczywisty cel tych działań oraz pamiętać kto je wspierał. Być może w pewnym momencie dojdziemy do wniosku, że nie warto się ograniczać i należy pójść ścieżką przetartą przez środowiska żydowskie, ale także szkockie i różnych innych narodowości. Być może przyjdą jeszcze procesy przed międzynarodowym trybunałem o szkalowanie dobrego imienia Polski i rozniecanie nacjonalistycznej nienawiści. Przyjdą, gdy uświadomimy sobie jaki jest rzeczywisty cel podejmowanych działań. Zamilczanie Grossa i innych oświęcimskich kłamców wcale nie jest dobrą metodą, bo ten rodzaj bezczelności nie spocznie, póki nie będzie kategorycznej reakcji.

piątek, 11 marca 2011

Płomienne wygaszanie prawdy

Jak co miesiąc, 10 marca już po raz szósty, dość pokaźna grupa blogerów i ich internetowych komentatorów skrzyknęła się na akcję Las Smoleński. Las, który podchodzi pod mury Pałacu, niczym szekspirowski Las Birnam wołając prawdę, by wyszła zza mgły kłamstw i krętactw, by wróciła na właściwe miejsce. Jak opisał to bloger Yuhma w swoim wierszu, początkowo nieśmiały las nabiera krzepy:

Jeszcze nieśmiało pierwsze pędy wschodzą,
własną odwagą jakby zalęknione,
i pierwsze pąki dopiero się rodzą...
I nagle!... nie wiesz, skąd drzewa zielone.


Choć nigdy raczej nie będzie miał siły bezczelności bohaterów mediów tzw. głównego nurtu. Głównego nurtu szamba, które wylewa się z zepsutej oczyszczalni ścieków. Jak inaczej bowiem można określić sytuację, gdy GW, TVN i inne tuby propagandzistów podchwytują każdą najgłupszą inicjatywę, reklamując ostatnio idiotyczną akcję Ady, Piotrka i Dominika organizujących w Przekąskach-Zakąskach urodziny Chucka Norrisa. Chuck Norris nie byłby pewnie zachwycony wiedząc o tym, że jego nazwisko jest wykorzystywane do szydzenia z ofiar Smoleńskiej Katastrofy. Podejrzewam, że gdyby mieszkał w Polsce, jego zaangażowanie w działalność Kościoła Chrześcijan Baptystów zmusiłoby go do zabrania głosu i nie byłby to głos zgodny ze światopoglądem Ady, Piotrka i Dominika. Jednak ta drobna niekonsekwencja nie przeszkodziła wszystkim fabrykom wody z mózgu trąbić o dowcipnej kontrdemonstracji zaplanowanej na wieczór.

Wieczór nadszedł i korowód białych i czerwonych świecących balonów przeszedł spod pomnika Kopernika pod Pałac Namiestnikowski. Ludzie zebrani na miejscu już nie pytali jak przy poprzednich edycjach, co to za balony. Już wiedzieli. Prosili i cierpliwie czekali, aż z zasupłanego pęku uda się wydostać balonik biały – proszę – i czerwony – proszę – dziękuję.

Po krótkim przedstawieniu celu spotkania został wyrecytowany wiersz Aleksandra Rybczyńskiego. Cisza i skupienie opanowały niemal całą grupę słuchających ludzi. Po odczytaniu w apelu nazwisk wszystkich ofiar katastrofy, przy przejmującym dźwięku syreny smoleńskiej nastąpiło wypuszczenie świateł pamięci. Balony, z przyczepionymi do nich karteczkami z nazwiskami, poszybowały w górę zaświadczając o hołdzie tych, którzy zostali na dole.

Pomimo tego, że ta naprawdę niezależna i naprawdę oddolna inicjatywa, w której udział w czynny i bierny sposób bierze za każdym razem od 200 do 400 osób, zrealizowała się już po raz szósty - czy wzbudziła jakieś zainteresowanie mediów? W telewizji można było usłyszeć o urodzinach Chucka, w których realnie wzięło udział ze 30 osób, a w wizualnym tle telewizyjnej relacji pokazywano ludzi z balonikami. Innym przykładem dziennikarskiej rzetelności jest przypadek opisany przez Krzysztofa Skalskiego:

„Pierwszą ciekawą rozmowę odbyłem z reporterką telewizji ufundowanej ze środków zgromadzonych w trakcie aferyżelazo, czyli TVN tow. Waltera. Reporterka ta widząc mój kapelusz podbiegła do mnie i z porozumiewawczym uśmieszkiem (w stylu „my biedni inteligenci musimy się męczyć w jednym kraju z tymi obciachowymi religiantami”) zaczęła rozmowę:
- co pana łączy z Chuckiem Norrisem, którego urodziny dzisiaj obchodzą tu młodzi ludzie?
- Poza kapeluszem? Może to, że obaj jesteśmy chrześcijanami.
Reporterka nieco skonsternowana pyta dalej:
- Ale przyszedł tu pan na urodziny Chucka Norrisa?
- Nie, przyszedłem uczcić pamięć Prezydenta Polski i pozostałych 95 ofiar Smoleńska.
Reporterka daje szybki znak swoim kolegom od sprzętu, lampa gaśnie, kamera się wyłącza. Wywiad skończony.”


Czy można mieć jakieś jeszcze wątpliwości co do rzetelności dziennikarzy?

Na koniec bardzo smutna scena z nocnego sprzątania zostawionych pod Pałacem zniczy. Na nagranym filmie można obejrzeć pracowników służb oczyszczania miasta, którzy w asyście policji i straży miejskiej dokonują czynności należących do kultury Wielkiego Stepu bardziej niż cywilizowanego europejskiego kraju o rycerskich tradycjach. Mianowicie pomimo protestów przechodniów sprzątane są palące się znicze i leżące pod pomnikiem wieńce. Znicze nie są w stanie końcowego dopalania. Część z nich nie jest wypalona nawet do połowy, a stearyna w środku nie jest jeszcze roztopiona. Strażnicy zachowują się zatem jak złodzieje i cmentarne hieny, które okradają groby z kwiatów, by sprzedać je następnego dnia kolejnym klientom. Czy te znicze też będą wykorzystane ponownie? Dlaczego nie mogły się spokojnie dopalić do końca?



Podczas stanu wojennego taki film nie mógłby powstać, ale w metodach usuwania śladów i gaszenia pamięci wyraźnie widać rękę nieformalnego doradcy arcyboleśnie prostego (p)rezydenta, który to doradca jeszcze niedawno wybierał się w podróż do Rzymu, choć miał zaświadczenia lekarskie, że podróż do sądu w tym samym mieście byłaby dla niego zbyt męcząca.

Na szczęście prowokacje różnych Dominików nie znajdują już takiego odzewu, jak dawniej. Ludzie zaczynają widzieć, kto z kogo robi idiotę. Ludzie zaczynają rozumieć, że jeśli sami nie upomną się o swoje prawa, to prawa te będą im systematycznie odbierane. Solidarność organizowana wokół spraw naprawdę ważnych, wokół obrony prawdy i narodowej tożsamości, odżywa po haniebnych ciosach zadanych Jej podczas obchodów kolejnych rocznic. Solidarność nie jako organizacja, ale jako idea. Przykładem jest kolejna oddolna inicjatywa: Akcja Nocleg. Jeśli jesteś gotowy 10 kwietnia przenocować kogoś spoza Warszawy, zgłoś tą gotowość na adres mailowy joanna.koz@gmail.com – zostanie z Tobą skontaktowana osoba szukająca noclegu. Szczegóły akcji podane są tutaj.

Na rocznicę, 10 kwietnia przyjedzie do Warszawy sporo ludzi, którym Polska nie jest obojętna. Ty również nie bądź obojętny. Kłamstwa i brak szacunku osiągnęły zbyt duże rozmiary aby można je było dalej tolerować.

Relacja filmowa Carcinki, dodana 13 marca:

środa, 9 marca 2011

Syndrom Zatoki Świń

Dokładnie 50 lat temu, na początku marca 1961 roku debatowano w zaciszach Białego Domu na temat sposobu rozwiązania problemu komunistycznej rewolty na Kubie. Grupa mądrych ludzi pod kierownictwem prezydenta Kennedy’ego zastanawiała się nad różnymi sposobami zneutralizowania niebezpieczeństwa łańcuchowej reakcji powstań na kolejnych wyspach Ameryki Łacińskiej. Rozważano różne warianty, ale wspólnym mianownikiem była inwazja kubańskich uchodźców przy aktywnym wsparciu amerykańskiego wojska. Na miejsce operacji wybrano nizinne i zabagnione okolice Zatoki Świń. Akcja, jak wiadomo skończyła się kompletnym fiaskiem, oddziały rebeliantów zostały zneutralizowane przez kubańskie wojsko w ciągu trzech dni, a długofalowym efektem było doprowadzenie świata na skraj nuklearnej wojny.

Co sprawiło, że grupa rozsądnych ludzi podjęła złe decyzje? Jak to się stało, że nikt nie zasugerował nawet, że może jednak organizowanie desantu na zabagnionym, zbyt oddalonym od terenów górskich terenie nie jest najlepszym pomysłem? Jak to się stało, że nikt nie kwestionował pomysłów dotyczących zaangażowania Kubańczyków wdzięcznych za oswobodzenie od reżimu Fidela? Jak ci inteligentni skądinąd faceci mogli wierzyć w to, że uda się ukryć zaangażowanie USA w taką operację?

Dzisiaj ta sytuacja jest przedstawiana w większości podręczników dotyczących zarzadzania, psychologii społecznej, rozwiazywania konfliktów itp. Jest sztandarowym przykładem na tzw. syndromu grupowego myślenia, czasem wręcz nazywany syndromem zatoki świń. Na czym to polega?

Jak wiemy ze sławnego wykładu naszego obecnego arcyboleśnie prostego (p)rezydenta można wyróżnić trzy fazy dochodzenia do decyzji politycznych: Pierwsza faza to była faza zgłaszania poglądów. Druga faza to była faza ucierania poglądów. Ucierano poglądy przez długotrwała dyskusję. Trzecia faza działania to faza bigosowania. Można przyjąć ten schemat pojęciowy do opisu krystalizowania się wszelkich grup ludzkich. A jak już grupa przeszła fazę bigosowania, to albo taka grupa się rozpada, albo zaczyna się okres normalnego funkcjonowania. I wtedy dochodzą do głosu inne mechanizmy.

Podejmowane są różnego rodzaju decyzje w sposób, który poprzez przedyskutowanie problemu przez grupę, daje decydentom poczucie wyboru optymalnego w danej sytuacji rozwiązania. Im bardziej grupa zgrana, im dłużej razem funkcjonuje, im więcej słusznych decyzji podejmuje, tym bardziej jest przekonana o własnej nieomylności. Taka grupa z biegiem czasu staje się coraz bardziej hermetyczna, a gdy dołącza do niej nowa jednostka i zaczyna zwracać uwagę na różnego rodzaju ryzyka, jest przez grupę odrzucana i marginalizowana.

Pół biedy, gdy wynika to z wypracowania metod i zabezpieczenia pewnych ryzyk, które przedyskutowane, są na stałe i domyślnie wpisane w projektowane rozwiązania. Wtedy rzeczywiście ich ponowne przepracowywanie dla jednej nowej osoby jest strata czasu, dlatego ważne jest sformalizowane gromadzenie wiedzy, aby dołączający uczestnicy mogli się zapoznać z historią spraw bez fizycznego angażowania starszych członków grupy. Gorzej, gdy inicjacyjny ostracyzm wynika z kanonu niepisanych zasad pozwalających grupie utrzymać tożsamość i spójność, gdy jakiekolwiek naruszenie delikatnej struktury interpersonalnych powiązań jest zagrożeniem dla misternej konstrukcji układu nadambitnych jednostek. Wtedy otwarta jest droga dla autowzmacniania raz podjętych decyzji poprzez wyszukiwanie argumentów pozytywnych i bagatelizowanie argumentów negatywnych.

Wbrew pozorom nie jest to wcale rzadka sytuacja i dotyczy w zasadzie dowolnej grupy ludzi. Każda grupa ma swój poziom spójności, swoje granice akceptacji niekompetencji, swoje tempo dochodzenia do fazy autocenzurowania kontrpropozycji i nie zależy to ani od inteligencji, czy wykształcenia członków grupy. Trzeba sporo wysiłku, by utrzymać grupę w stanie nieustannej otwartości na krytykę. Jednak ceną braku mechanizmów kontrolnych, skutkujących ignorowaniem pojawiających się sygnałów naruszania zasad wyznaczonych przez grupę, jest zawsze społeczna marginalizacja grupy i w konsekwencji jej rozpad.

Leszek Kołakowski w swoim wykładzie z 1980 roku pt. "Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturowego" stwierdził, że główna siła kultury europejskiej leży w zdolności do kwestionowania samej siebie i w świadomości braku rozwiązań ostatecznych. Syndrom Zatoki Świń to rezygnacja z tej siły, rezygnacja często nieuświadomiona i nieintencjonalna, ale w konsekwencjach zawsze tak samo nieubłaganie bezlitosna.

piątek, 4 marca 2011

Co robić z bufonadą?

Powiedzcie mi drodzy czytelnicy, czy naprawdę tak wam imponują nadęci bufoni? Nie zadaję tego pytania sprowokowany jakimiś konkretnymi działaniami któregoś z nich. Raczej mam w pamięci różnego rodzaju „wyskoki” w przeszłości, do których nie warto już wracać. Nie daje mi jednak spokoju kwestia podejścia do zasad, tak charakterystyczna dla okresu III RP.

Michnik, Pacewicz, ale także Leski, Jarecki, Coryllus, czy Toyah – przecież to ten sam typ nadętego bąkami balona! Lekko go nakłuć i wypuszcza z siebie odór. Brak pokory, pycha, mania wielkości i obrażanie każdego inaczej myślącego. To jest ta moc, która pociągała tłumy za Hitlerem? Przeraża mnie to stadko komentatorskich bałwochwalców i czołobitników, którzy nauczeni wyzwiskami autora biją mu pokłony, karmiąc swoje poczucie wartości, gdy autor uprzejmie dziękuje za wyrazy atencji. Operowanie językiem to nie wszystko. Nie damy odporu michnikowszczyźnie mieszając z błotem nieprawomyślnych. Metody GW-na nie stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie.

Z tymi autorami jest jak z marnymi politykami. Dobre teksty idą w parze z kompletnym brakiem umiejętności radzenia sobie z krytyką. O ile ironia, przeniesienie, czy hiperbola u autora jest celowym zabiegiem stylistycznym, którego tylko nieoczytany kretyn nie jest w stanie załapać, o tyle gdy tego typu retoryczne figury są użyte przez komentatora tekstu to jest to przejawem paranoi, głupoty, chamstwa lub obsesji. A ten tekst zostanie okrzyknięty fanfaronadą zazdrosnego dyletanta.

I tylko pytanie: czy dobry tekst usprawiedliwia bufonadę? Czy trafienie czasem w punkt istotności czyni autora prorokiem? Czy musimy tolerować chamstwo i ubliżanie tylko dlatego, że autor popełniający czasem dobre teksty ma nieustanne muchy w nosie? Kiedy troll staje się trollem? Jakie są granice tolerancji? Czy rzeczywiście jedynym dobrym wyjściem jest ignorowanie? Czy dobry obyczaj, szacunek i kulturę powinniśmy oczekiwać jedynie od komentatorów? Czy może jednak metody GazWyb-u stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie?

Idąc spać zostawiam zawieszone pytania...

środa, 2 marca 2011

Socjologa polemika z prof. Kisielewiczem

Uciąłem sobie wczoraj krótką wymianę zdań ze znajomym z czasów studiów, sprowokowaną artykułem prof. Kisielewicza zamieszczonym na portalu wPolityce.pl. Dostałem w prezencie wypowiedź, która nie była dla mnie zaskoczeniem - odczucia mam podobne - więc uznałem, że warto przytoczyć ją w całości. Opinia ta jest o tyle cenna, że pochodzi od czynnego zawodowo socjologa, który pracował w badaniach rynkowych zarówno po stronie klienta, jak i wykonawcy. Znajomy zgodził się na publikację tego tekstu, dzięki czemu nie muszę pisać swoimi słowami tego, z czym całkowicie się zgadzam. Z oczywistych względów woli jednak pozostać, przynajmniej na razie, anonimowy.

***

Z artykułem Prof. Kisielewicza to trochę tak, jakby rzeźnik wypowiadał się o chirurgii estetycznej: niby ma pojęcie i wie o co chodzi, ale jakiś taki mało subtelny. Poza tym taki Gallup jest w Polsce od jakiś 15 lat i mógł Pan Profesor chociaż to sprawdzić - szczegół nie mający zasadniczego wpływu na ocenę opinii Profesora, ale zarzucając innym nierzetelność należałoby dopilnować czy samemu jesteśmy rzetelni...

Moja opinia odnośnie sondaży politycznych ukształtowała się już jakieś 10 lat temu i nie uległa zasadniczej zmianie... Ogólnie nie przywiązywałbym szczególnej wagi poznawczej do sondaży realizowanych telefonicznie co dwa tygodnie na próbach +/- 800 osób, a traktowałbym je jako pewnego rodzaju zapchaj-dziurę w mediach. Jak nie ma innego ciekawego tematu, można takie sondaże traktować li tylko jako intelektualną zabawę. I nic więcej...

Problemem nie są nierzetelni ankieterzy, którzy konfabulują wyniki (większość sondaży jest realizowana telefonicznie, kontrola w takich wypadkach jest łatwiejsza i sprawniejsza niż przy technikach zbierania danych poprzez bezpośrednie wywiady face-to-face). Nie jest też problemem dobra wola i rzetelność badaczy, czy uleganie politycznym naciskom przez zleceniodawców (chociaż to również występuje).

Główny problem w mojej opinii jest taki, że każda tuba propagandowa, szumnie nazywana niezależnymi mediami (nie ważne czy to z PISu, PO, SLD, PSL, czy UPR), ma ambicje co trzy dni publikować wyniki sondaży, a dyżurni znawcy od nawozów i od świata (trawestując Kleyffa) mają okazję powymądrzać się, jak to jednemu spadło o 2%, a innemu wzrosło o 3% (przy 3% błędzie) i jakie będą tego konsekwencje dla Gwatemali za trzy lata...

Podchodząc do sprawy czysto metodologicznie to rozjazd wyników wynika według mnie także ze zbyt małej liczebności prób do badań preferencji wyborczych. Przy frekwencji w granicach 50%, próba powinna być w granicach 2500, no ale na to zamawiających zwyczajnie nie stać. Dodatkowo w Polsce i tak w większości przypadków łaska pańska i preferencje wyborcze na pstrej kobyle się przemieszczają. Z tego co wiem, w zdecydowanie większym stopniu niż w starych krajach demokracji zachodniej.

Kolejną sprawą jest to, że niestety (lub stety) publikatory publiczne nie zawsze mają odpowiednie środki, by takie badania finansować, szczególnie że chcą je w miarę często, a płacić za nie - nie chcą. Często nie płacą w ogóle, dla sondażowni jest to barter, my wam wyniki, wy nam reklamę że to my zrobiliśmy... W efekcie szary Kowalski jest już oswojony z nazwą sondażowni, a jak Kowalski przy okazji jest prezesem jakiejś firmy, to może porządne badania komercyjne zleci takiej sondażowni, co to jest taka poważna i robi sondaże polityczne... Autentyczne dla jednego z dużych graczy: wybór agencji badawczej do realizacji badań zależy od tego, czy jest ona medialnie znana. To ma takie konsekwencje, że często robi się te badania po kosztach, najlepiej właśnie CATI. O zgrozo, wybiera się w dodatku operat telefonów stacjonarnych bo taniej, a potem wypisuje się głupoty o losowości i reprezentatywności.

Jeszcze gorzej jest z odmowami odpowiedzi oraz niezdecydowanymi (i tu Pan Profesor ma rację), tego w ogóle nie bierze się pod uwagę przy analizie i interpretacji. Ale każda wzmianka jakichkolwiek tłumaczeń metodologicznych budzi tylko złość zamawiających wyniki (bo to takie niemedialne).

Efekt jest taki, że z jednej strony mamy wyniki sondaży warte tyle co utarg pani nikczemnej proweniencji w deszcz, a z drugiej frustratów, którzy by wszystkie sondaże zapakowali na Wostok 1 i wysłali poza galaktykę, co jest równie właściwe, jak leczenie kiły poprzez dekapitację.

Po środku zaś mamy zadowolonych polityków i znawców rzeczy wszelakich komentujących te kloaczne wyniki (toż w końcu im więcej ich w mediach tym lepiej dla nich), zadowolone media bo ludzie oglądają te głupoty i co gorsza traktuje je na poważnie, i agencje które wyznają jednak starą rzymską maksymę że pecunia... Poprawność metodologiczną to sobie więc zachowamy na inne projekty lub dla bardziej świadomych własnych potrzeb zamawiających, którzy wyniki badań będą traktować z należytą powagą, gdyż od nich zależeć będą decyzje niosące ze sobą konsekwencje finansowe, konkretne dla decydujących.

Główny grzech sondażowni jest taki, że wychodzą z założenia, iż dla werbalnej ipsacji kilku oszołomów (polityków, komentatorów i innych ludzi mediów), metody realizacji badań przybierają konsystencje i właściwości kauczuku, a zyski, w postaci reklamy lub rzadziej kasy, zawsze są.

I nikt, ale to nikt do tego się nie przyzna głośno... bo po ciuchu to i tak wszyscy o tym mówią...