niedziela, 17 kwietnia 2011

Cena wolności

Ojciec mojego przyjaciela z czasów młodości zwykł mawiać, że wolność to jest świadomość własnych ograniczeń. Trzeba znać uwarunkowania zewnętrzne, swoje miejsce w szeregu, granice własnych możliwości. Wolność jest w nas i nie ma co się zżymać na wodę, że jest mokra, czy na grawitację, że istnieje. Wolność jest w nas i tylko w nas. Na zewnątrz nas są tylko ograniczenia.

Prowadząc bloga patrzyłem na odbiór, poznawałem formy komunikacji. Testowałem czytelników różnymi technikami, prowokując ich do różnych reakcji. Raz atakowali mnie czerwoni, innym razem brunatni. Raz głupsi, raz mądrzejsi. To było całkiem ciekawe doświadczenie. Zupełnie inaczej bowiem się odbiera komentatorskie przepychanki, gdy pretekstem do nich jest własny tekst. Człowiek ma okazję poznać siebie, swoje reakcje i sprawdzić na własnej skórze efekty różnego rodzaju żartów i prowokacji, efekty nie przefiltrowane przez towarzyską poprawność bezpośredniego kontaktu. Ma możliwość sprawdzenia różnych metod perswazji, gdy chamstwo ośmielone ścianą ekranu pozwala sobie na rzeczy, kończące się w realnym życiu ordynarnym mordobiciem. Taki trening charakteru pozwala zachować zimną krew w różnych sytuacjach, w których o tą zimną krew trudno.

Pisałem pod własnym nazwiskiem, także po to, by przekonać się na własnej skórze, jak wygląda krążenie informacji. Niespecjalnie zabiegając o ekspozycję, dzięki samej tylko obecności w różnych miejscach, docierały do mnie sygnały o rozpoznawalności. Ktoś gdzieś skojarzył, ktoś komuś przekazał i tak to szło. Zastanawiałem się również w którym momencie zacznie to przeszkadzać komuś w tzw. realu.

Zaskakującym i wielce pouczającym odkryciem był dla mnie fakt, jak bardzo taki niewinny z pozoru blogowy wpis, może zmienić ludzkie relacje. Nagle okazywało się, że na poziomie deklaratywnym bardzo liberalne osoby nie są w stanie ścierpieć kontaktu z kimś o innych poglądach. W kontakcie bezpośrednim, gdy wchodzi się na grząski teren budzący emocje, z reguły następuje zmiana tematu i rozmowa płynie po bezpiecznych wodach pogody albo narzekania na polską kolej. Jednak napisany tekst, który jest z nieco innej bajki światopoglądowej niż komentator, nie jest żadnym tam pretekstem do polemiki, do dyskusji, do sprawdzania słuszności własnych przekonań poprzez konfrontację z odmiennym zdaniem. Nagle spolegliwe osoby zamieniają się w krwiożercze bestie gotowe werbalnie rozszarpać przeciwnika na strzępy, wyrażając jednocześnie święte oburzenie jakimkolwiek przejawem adekwatnej reakcji w drugą stronę. Oczywiste jest, że dostrzeżenie niekonsekwencji własnych teoretycznie liberalnych przekonań z litrami jadu wypływającego spomiędzy zaciśniętych w złości zębów, jest najzwyczajniej w świecie niemożliwe.

Dużo się nauczyłem w ostatnim czasie, dużo zrozumiałem jeśli chodzi o ludzkie przekonania, motywacje, strategie. Bardzo sobie to cenię. Niestety wszystko ma swój koniec i ta forma poznawania świata też musi ulec ograniczeniu. Być może kiedyś dojrzejemy do prawdziwej demokratycznej swobody wypowiedzi, wolności w prezentowaniu własnych poglądów i tym podobnych bzdur, które istnieją tylko w jakimś mitycznym nibylandzie. U nas tymczasem pomimo dwudziestu lat od upadku PRL-u dalej żyjemy w kulturze przyjaznego poklepywania po plecach, z dobrą radą na ustach, żeby lepiej się zastanowić zanim się coś głośno powie. A jak ktoś rady nie posłucha to zawsze może wylądować z twarzą na bruku, jak np. Michał Strużyk. Doszedłem do końca pewnego etapu, który trzeba zamknąć. Różni koledzy załamujący ręce nad moją poczytalnością nie będą już musieli się trudzić wysyłaniem mnie do psychiatryka. Różne koleżanki nie będą musiały wyszukiwać w wikipedii definicji różnych zaburzeń osobowości, by wytłumaczyć swoją niechęć do samodzielnego myślenia i zdrowego rozsądku.

Zostawiam na blogach teksty, bo przecież i tak w internecie nic nie ginie, czy też rękopisy nie płoną, jakoś tak to było chyba. Poznałem pewne swoje ograniczenia i teraz tę wiedzę należałoby w jakiś sposób skonsumować. Może kiedyś wrócę, tymczasem na razie milknę, bo milczenie złotem jest, a złoto drożeje ostatnio drakońsko na światowych rynkach, co z reguły ma miejsce przed jakąś większą wojną...

Do następnego (spotkania, tekstu, wcielenia)!!!

niedziela, 10 kwietnia 2011

Wspomnienie po roku

Porządkowanie kuchni po śniadaniu w sobotni poranek przerwał dzwonek telefonu. Nie lubię telefonów, bo zawsze dzwonią w niewłaściwym momencie. Wbijający się w ucho dzwonek niemal zawsze wchodzi między wódkę a zakąskę, przerywa myśl, wytrąca talerz z ręki, zatrzymuje kęs jedzenia w gardle. Odstawiłem płukane naczynia, wytarłem ręce i podniosłem słuchawkę. Usłyszałem przejęty głos teściowej:

- Włącz szybko telewizor! Prezydent się rozbił!

- Co się stało? – nie do końca zrozumiałem, myślałem że to jakiś skrót myślowy, jakaś kolejna drobna gafa Lecha Kaczyńskiego, którą teraz znowu mam przyjmować jako największy skandal w kosmosie. – Jak to się rozbił?

- No rozbił się! Samolot którym leciał do Katynia spadł i wszyscy zginęli! Włącz telewizor! Szybko!

Nie, to nie może być prawda – pomyślałem – prezydenckie samoloty nie spadają, jak to się rozbił? Jak to wszyscy zginęli? Nic nie rozumiem. Rozłączyłem się i pobiegłem do pokoju. W telewizorze potwierdzenie informacji jak z koszmarnego snu. Słuchałem i zastanawiałem, kiedy się obudzę. Próbowałem analizować, co to oznacza, jakie będą konsekwencje, kraj pozbawiony głowy, co w ogóle w tej sytuacji można zrobić? Czy to jest kraj afrykański? Czy my należymy do Unii Europejskiej? Samolot spadł w Rosji? Komu mogło zależeć na tym i dlaczego? Tysiące myśli, a jednocześnie jakaś pustka w głowie. Nieodparte poczucie, że sytuacja przerasta mnie, malutkiego, najzwyklejszego szarego obywatela, że teraz mogę jedynie biernie się przyglądać, jak fala apokalipsy pochłania kolejne obszary naszego świata. To dojmujące uczucie pustki w głowie, jakieś totalne obezwładniające otępienie towarzyszyło mi przez ponad tydzień.

Kilka pierwszych dni, niektóre nazwiska na liście pasażerów pozostawały niepotwierdzone. Może nie było ich w samolocie? Może w ostatniej chwili zrezygnowali? Może nie zdążyli? Później jednak oficjalne informacje były bezlitosne. Grażyna Gęsicka, z która miałem przyjemność przez jakiś czas pracować, także wsiadła do tego tragicznego samolotu… W miarę napływu informacji włosy stawały mi na głowie coraz bardziej dęba. Nie znam równie tragicznego wypadku w historii Polski. Ginęli królowie na wojnie. Zabili Narutowicza. Zginął Sikorski. Ale żeby za jednym zamachem zginęła połowa zarządu Polski - w takiej sytuacji nasz kraj nie był nigdy. Kolejne nazwiska, cała niemal generalicja, szefowie większości instytucji – wymarzona sytuacja jako preludium do militarnego ataku. Kraj pozbawiony zarówno wojskowego jak i cywilnego przywództwa.

Po pierwszym szoku stało się jasne, że żaden atak nie nadejdzie. Dzisiaj wojny toczy się w inny sposób. Po pierwszym szoku Polacy odzyskali na chwilę nadzieję na przywrócenie zasadom należnego im miejsca. Odzyskali na chwilę wiarę w kreatywną moc wspólnoty narodowej. Kraj przecież działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane są bardzo dobrze, instytucje Państwa robią co do nich należy, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Wtedy nie było widać, że była to spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, patriotycznych urzędników, z których każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak trzeba. Setki funkcjonariuszy i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, pomimo ujawniania coraz szerszego zasięgu strukturalnej niewydolności, cały czas starają się nas przekonać, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.

Te kilka tygodni pokazało jasno i wyraźnie, że wobec kataklizmów w dalszym ciągu jesteśmy zdolni do zjednoczenia. Uświadomiliśmy sobie i całemu światu, że Polska podzielona to fikcja. W tym kontekście powrót ze zdwojoną siłą do, zadeklarowanej później przez Wajdę, wojny polsko-polskiej można interpretować jako przejaw realnego braku zewnętrznego zagrożenia, powrót Polaków do poczucia normalności, w której kłócić się i drzeć koty można ile dusza zapragnie. Pawlak z Kargulem raczej nie spiskowaliby z okupantem przeciwko sobie.

Zanim jednak nastąpiło to ponowne pęknięcie, można było, na zamkniętym dla ruchu Krakowskim Przedmieściu, poczuć prawdziwego ducha narodowej solidarności. Cierpliwie przestępujący z nogi na nogę tłum ludzi, bez najmniejszych przepychanek czy wyzwisk, spokojnie i z godnością oczekujących na możliwość dostawienia swojego światła pamięci pod miejscem, gdzie mieszkał i pracował wybrany przez Naród Prezydent ich Kraju. Wszędzie czuwali kręcący się w tłumie harcerze, wypatrujący osób gorzej znoszących takie zbiorowisko, gotowi nieść pomoc butelką wody. W tym pełnym godności ścisku wszyscy dbali o siebie nawzajem pilnując, by starsze panie albo dzieci nie zostały przez przypadek zgniecione przez masywniejszych osobników. Wszyscy patrzyli sobie nawzajem w oczy, pełne skupienia i niepokoju, z rozpaczliwym pytaniem – Co teraz? Co dalej?

Wychodziłem spod Prezydenckiego Pałacu ze łzami wzruszenia na twarzy, wzmocniony głębokim przekonaniem, że zbyt wielu ludziom zależy na tym kraju, aby mógł on znowu przestać istnieć. Wtedy jeszcze nikt nie dziwił się ani nie oburzał na modlitwy, różańce, czy nawet pojedyncze krzyki i nawoływania o skradzionych w Smoleńsku laptopach. Wiadome i zrozumiałe było, że każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Każdy ma swoje metody radzenia sobie z pełną niepewności rozpaczą. Wszak jak tu mieć zaufanie do Państwa, które nie jest w stanie ochronić swojego Prezydenta? Tylko rozpoznanie i wyjaśnienie przyczyn pozwoli to zaufanie przywrócić. Tymczasem jednak, dopóki to nie nastąpi, ludzie szukają wsparcia w sobie nawzajem. Pod Pałacem Prezydenckim i w każdym innym miejscu, gdzie paliły się znicze, to wsparcie dawało wiele siły.

sobota, 9 kwietnia 2011

Najwyższa pora skończyć żałobę

Apelował kardynał Dziwisz, apelował kardynał Nycz, ostatnio dołączył biskup Pieronek. Część osób się oburzyła, inna część zastanawia jakie mają prawo, jeszcze inni klaszczą głośno na ten racjonalny apel. Ja należę do tych ostatnich!

Słuchając tego utyskiwania na moherowych oszołomów, którzy nie chcą odpuścić i rok po katastrofie "tylko te banany i banany"... znaczy się: tylko ten Smoleńsk i ten Smoleńsk, ciągle krzyczą, narzekają, czepiają się i czegoś chcą, sami już chyba nie wiedzą czego, gdy tak sobie słucham tego wszystkiego to się tak zastanawiam nad zupełnie inną nie związaną ze Smoleńskiem sprawą.

Otóż zastanawiam się nad historią Olewników, którzy od 8 lat próbują dojść prawdy o śmierci ich syna. A przecież znaleziono zabójców, osądzono ich, a sami zabójcy wydali na siebie dużo surowszy wyrok niż zrobił to sąd, to znaczy powiesili się jeden po drugim we własnych celach. A ci nawiedzeni Olewnikowie ciągle coś tam jątrzą, szukają, dopatrują się jakiś nieścisłości, jakiś nieprawidłowości, ciągle twierdząc, że sprawa wcale wyjaśniona do końca nie jest. A przecież minęło dużo więcej niż rok od śmierci Krzysztofa i żałoba dawno powinna się zakończyć? W dodatku czy te ich nieustanne próby dochodzenia do prawdy to nie jest przypadkiem próba uświęcenia ich grzesznego syna? Budowanie jakże polskiej martyrologii? Budowanie bohaterskiego mitu z jakże pospolitego zabójstwa?

Dosyć. W sprawie Smoleńska wcale nie chodzi o żałobę. Wcale nie chodzi o martyrologię czy wynoszenie prezydenta na ołtarze narodowego panteonu. Tak samo jak Olewnikowie (i wszyscy inni) mają prawo dochodzić prawdy o śmierci swojego syna, tak ja mam prawo dochodzić prawdy o śmierci prezydenta mojego kraju! Mam prawo odrzucać insynuacje, manipulacje, sprzeczne ze sobą fakty i sprzeczne z faktami wyjaśnienia. Mam prawo domagać się traktowania tej sprawy poważnie i mam prawo jako obywatel tego kraju domagać się pociągnięcia winnych do odpowiedzialności. Próbuje nam się natomiast wmówić niestosowność takich dążeń. Oburzenie i jakże słuszne zniecierpliwienie spowodowane brakiem odpowiedzi, albo obrażającymi przeciętną inteligencję odbiorcy, absurdalnymi odpowiedziami oraz przeciąganiem unikania wyjaśnień w nieskończoność, próbuje się nazywać niepotrzebnym jątrzeniem. Wywołaną ustami Andrzeja Wajdy na spotkaniu wyborczym Komorowskiego, wojnę polsko-polską przypisuje się osobom domagającym się prawdy. Nie jesteśmy jednak stadem bezmyślnych baranów z wypranymi mózgami jak znakomita większość forsujących te absurdalne opinie tzw. "dziennikarzy”. Doskonale wiemy o co tu chodzi tak naprawdę.

Zgadzam się z kardynałami! Najwyższa pora na zakończenie żałoby! Najwyższa pora na podjęcie bardziej zdecydowanych działań! Najwyższa pora, by skończyć z tym robieniem z wolnych obywateli masy bezwolnych idiotów! Żądanie prawdy niedługo nie będzie tłumione powagą żałobnych okoliczności. Żądanie prawdy nie będzie osamotnione, jak ignorowani przez policję, prokuraturę i media Olewnicy. Kardynałowie wzywają Naród do bardziej zdecydowanych działań po 10 kwietnia 2011 roku. Niech dotrze do nas ich właściwy przekaz!

wtorek, 5 kwietnia 2011

W mydlanym bagnie dezinformacji

W piękny wiosenny słoneczny dzień młody ojciec cieszy się swoją młodą latoroślą. Nowy człowiek pojawił się w jego życiu niedawno, a teraz na dziesiątym piętrze mieszkalnego wieżowca młody ojciec pokazuje świat swojemu ukochanemu synowi. Dziecko też jest zadowolone i radośnie się uśmiecha. Zachęcony tym uśmiechem ojciec zaczyna kołysać dzieckiem i delikatnie je podrzucać, jak to często robią rodzice bawiąc się ze swoimi pociechami. Rzecz jednak dzieje się na balkonie dziesiątego piętra. Podrzucone nieporadnie dziecko wysunęło się z rąk rodzica i wyleciało na zewnątrz balkonu. Młody ojciec bez chwili wahania wyskoczył za nim. Obaj zginęli na miejscu.

Ta drastyczna lecz autentyczna historia opowiadana jest na pewnym warszawskim osiedlu jako przestroga przed lekkomyślnymi zabawami. Przytoczyłem ją tutaj bo mam coraz silniejsze wrażenie, że Polska jest tym dzieckiem, którym się lekkomyślnie bawimy. Wszyscy.

Być może też, to smoleńska katastrofa była takim właśnie wypadkiem, po którym premier polskiego rządu, w tym właśnie rodzaju urazowego szoku wyskoczył z balkonu oddając resztkę polskich plenipotencji na łaskę i niełaskę Rosjan. Budowana przez dwadzieścia lat pozycja Polski jako w miarę poważnego rozwijającego się kraju legła z dnia na dzień w gruzach. Nic już nie będzie takie samo. Rządzący naszym krajem rzucili się w przepaść sądząc, że złapią w locie Polskę i zapobiegną nadchodzącej z przyspieszeniem ziemskim nieuchronnej tragedii, a nam pozostałym przy życiu pozostało już tylko kiwać głową z politowaniem zmieszanym z przerażeniem.

Innym znanym traumatycznym zjawiskiem jest ratowanie spanikowanego tonącego. Istnieją setki opowieści o tym, jak ktoś rzuca się na pomoc i toną razem topielec i jego ratownik. Tonący miotając się w odbierającej rozum panice, zagarnia wszystko co nawinie się pod rękę. Zagarnia wodę, zagarnia ubranie, włosy ratownika, w ostatnim szale krępuje jego ręce i dusi próbując wydostać się na powierzchnię jeziora, które przy spokojnym poddaniu się mu na pewno by ze swych objęć wypuściło.

My wszyscy odbierając atakujące nas przekazy zachowujemy się jak ten topielec. Łapiemy RAŚ, stadionowych kiboli, czy antypolskich oszczerców albo z drugiej strony próbujemy uchwycić reformę wojska, OFE, czy służby zdrowia. Otoczeni informacyjnym szumem w jakimś rozpaczliwym szale powielamy go i wzmacniamy, zajmując ostatnie resztki wolnego czasu utyskiwaniem na całą podłość tego świata. Mijają cenne sekundy życia, które moglibyśmy poświęcić na zastanowienie nad metodami skutecznego dopłynięcia do brzegu, ale miotamy się wyłapując kolejne powody do oburzenia na następny lapsus Migalskiego, Nałęcza, czy Komorowskiego. Naszym zainteresowaniem nadajemy znaczenie nieistotnej mętnej wodzie, czynnikom wciągającym nas w wir frustracji, paniki i na koniec zniechęcenia. Żeby wyjść z bagna trzeba uchwycić podaną gałąź i powolutku, bez zbędnych ruchów wyciągać się na powierzchnię. Żeby nie utonąć w jeziorze wystarczy nabrać powietrza w płuca i po prostu się nie ruszać. Rozproszenie uwagi może kosztować życie. Trudno jest też planować budowę domu, gdy zapadając się w bagnie, wolne mamy już tylko jedno ramię.

Czy w obecnej sytuacji jest jakakolwiek gałąź? Co jest taką sprawą, której załatwienie pozwoliłoby nam zatrzymać ten proces tonięcia? Nie jestem pewien, ale może warto, zamiast szukać całościowych recept albo wytykać pojedyncze potknięcia, spróbować poszukać tego pierwszego kamyczka, od którego rozpoczyna się przenoszenie góry? Może warto skupić intelektualne wysiłki na kompletne opracowanie jednej pełnej reformy, wraz z analizą kosztów i potencjalnych korzyści? Następnym krokiem mogłoby być zobowiązanie do realizacji tego kroku przez kandydatów na przedstawicieli. Łatwiej wymagać jednej konkretnej sprawy, niż rozliczać z obietnicy, że „będzie nam wszystkim dobrze”.

  • Czy taką gałęzią pozwalającą na rozpoczęcie wychodzenia z bagna jest zmiana ordynacji?
  • Czy taką gałęzią jest napisanie od podstaw sensownego prawa dotyczącego małych i średnich przedsiębiorców?
  • Czy taką gałęzią jest reforma sądownictwa?

Nie wiem. Ja skłaniam się ku ostatniej propozycji, co jeszcze rozwinę w niedalekiej przyszłości, ale przecież jakakolwiek gałąź nie byłaby rzucona, to musi być ona solidna i spełniająca odpowiednie warunki. Nie może być spróchniała, nie może być za krótka, a znalezienie odpowiedniej jakiś czas potrwa. Ale jeśli zamiast jej szukać będziemy na siebie nawzajem krzyczeć i dywagować, kto wepchnął Polskę w to bagno, jeśli zamiast szukać rozwiązania będziemy deliberować nad zbiorem najlepszych gałęzi do ratowania, to zanim cokolwiek znajdziemy – Polska dawno utonie.

sobota, 2 kwietnia 2011

Hendekalog inteligenta

Jakiś czas temu zamieściłem swoje młodzieńcze wypociny na temat pewnego tekstu Kołakowskiego. Posypały się na mnie w komentarzach wyzwiska od lewaków ze szkoły frankfurckiej i po raz kolejny przypomniały mi się jałowe, bo oparte na stereotypowych kliszach, dyskusje ze znajomymi lemingami.

Po pierwsze trudno jest zignorować całe formacje kulturowe, szczególnie jeśli wywarły one kolosalny wpływ na tą naszą kulturę. Trudno jest także (choć niektórym przychodzi to niezwykle łatwo) krytykować coś czego się nie zna. Dlatego uważam, że krytyka takiego Marksa bez lektury nawet jednego jego tekstu jest po prostu niemądra. Po trzecie, czy zasada dziel i rządź, tak skutecznie stosowana na przykład przez Stalina w Azji Środkowej, staje się pojęciem tabu tylko dlatego, że ma coś wspólnego ze zbrodniczym dyktatorem? Jak chcemy rozumieć świat, ignorując przedstawicieli niesłusznych według nas ideologii?

Nie mogę odnaleźć tego cytatu, ale to właśnie Kołakowski chyba opowiadał anegdotę, jak jakiś nawiedzony latynoamerykański lewicowiec przekonywał go o słuszności systemu kubańskiego. Na te słowa Kołakowski zapytał: czyli w takim razie popiera pan faszystowskie zbrodnie drugiej wojny światowej? - Dlaczego, skądże znowu? – wykrzyknął oburzony lewicowiec. – No skoro popiera pan eliminację kontrrewolucjonistów to czym to się różni np. od eliminacji Żydów? – To nie to samo! – wykrzyknął lewak i zakończył rozmowę swoim odejściem.

Jedynym sposobem, aby zweryfikować czyjeś idee, jest rozłożenie ich na czynniki pierwsze poruszając się w ramach i języku tejże ideologii. Teolog z komunistą nigdy się nie dogadają jeśli nie wyjdą poza swoje języki opisu rzeczywistości. Będą poruszać się w pojęciowych gettach swoich monadycznych światów, a gdy zabraknie cierpliwości przejdą do rękoczynów. Gdyby jednak udało im się opuścić granice swojego języka, być może doszliby do jakiegoś porozumienia, bo zobaczyliby, że często te same zjawiska opisywane są przez różne pojęcia. Żeby było jasne: piszę o poziomie idei, a nie walki o władzę nad ludzkim duchem.

Od szkoły frankfurckiej nie uciekniemy, bo zbyt silnie istnieją te idee w intelektualnym obiegu. Sam miałem swego czasu ochotę podjąć polemikę z Adorno na temat jego estetycznej wizji muzyki, ale nie starczyło mi na to energii i determinacji. Całkowite ignorowanie tego nurtu nie jest chyba najlepszym pomysłem. Uważam bowiem, że stosunkowo najtańsze jest pokonanie przeciwnika jego własną bronią.

Dlatego przy różnych okazjach przypominam pewien krótki zbiór zasad, by uświadomić im, że zwalczanie wszelkich przejawów „ciemnogrodzkiego zaprzaństwa”, bez najmniejszej nawet ochoty nie tylko zrozumienia, ale choćby wysłuchania, co ci tak krytykowani ludzie mają do powiedzenia, że taka postawa jest sprzeczna z zaleceniami spisanymi przez guru lewicujących intelektualistów, Leszka Kołakowskiego właśnie:

Oto moje wstrząsające odkrycie: polska inteligencja istnieje!

Znaczy to, że istnieje klasa ludzi wykształconych, którzy nie tylko swoje zawodowe umiejętności pielęgnują, ale ponadto interesują się żywo sprawami ogólnymi, sprawami swojego kraju, a także Europy i świata.

Nie muszą być, oczywiście, aktywni politycznie, niekoniecznie słowem lub pismem swój stosunek do świata publicznie głoszą albo w życiu jakichś partii czy innych organizacji politycznych czynnie uczestniczą.

Zależy im jednak na tym, by jakoś do dobra życia zbiorowego się przyczynić, i chcieliby, by ich szczególne zawodowe umiejętności były do tego życia wkładem, nie tylko świadectwem osiągnięć rzemiosła.

Inteligent prawdziwy chce być uczestnikiem zbiorowego życia narodu i ludzkości, a tym, co wie i potrafi, to uczestnictwo potwierdzać.

Nie wiem, jak liczna jest w Polsce populacja, która te warunki spełnia, ale ona istnieje i jest świadoma siebie. Gdybyśmy mieli jedynie takich ludzi wykształconych, którzy dzięki swemu wykształceniu zdobywają sobie środki do życia znośnego, ale o nic więcej im nie chodzi, nie byłoby inteligencji w Polsce, a również zajęcia polityczne ludzi wykształconych byłyby tylko jedną z licznych umiejętności zawodowych, które można wszędzie uprawiać, o niczym innym niż o własnych zyskach życiowych i własnej karierze nie myśląc. Partiom politycznym często przewodzą inteligenci, są jednak partie, które inteligencji nienawidzą, i na czele takich partii nie stoją inteligenci.

  1. Oto więc pierwsze przykazanie z hendekalogu inteligenta: ćwicz się w myśleniu o sprawach życia zbiorowego i własną pracę traktuj jako przyczynek do tego życia, stosownie do twoich mniemań o tym, jak ów świat mógłby być naprawiony lub usprawniony.
  2. Drugie przykazanie: jeśli uważasz, że należysz do prawicy albo do lewicy, bądź zawsze gotów, gdy cię zagadną, wyjaśnić przejrzyście, co to znaczy.
  3. Trzecie przykazanie: jeśli sądzisz, że podział na lewicę i prawicę utracił sens w naszych czasach, bądź też zawsze gotów to swoje mniemanie wyjaśnić.
  4. Czwarte przykazanie: jeśli już musisz publicznie kłamać, zawsze pamiętaj o tym, które z twoich kłamstw łatwo jest wykryć.
  5. Piąte przykazanie: nie kompromituj się, przypisując innym ludziom opinie jakieś, gdy nie możesz ich poprzeć cytatami ich autorstwa.
  6. Szóste przykazanie: jeśli sądzisz, że wszyscy ludzie poza tobą są łajdakami, to jednak tego publicznie nie mów, bo to ci dobrze nie zrobi.
  7. Siódme przykazanie: jak najwięcej książek czytaj swoim małym dzieciom.
  8. Ósme przykazanie: kochaj różne myśli, których się nauczyłeś od pisarzy czy filozofów.
  9. Dziewiąte przykazanie: czytaj poetów, słuchaj klasycznej muzyki.
  10. Dziesiąte przykazanie: zawsze pamiętaj, czym się ośmieszasz.
  11. Jedenaste przykazanie: możesz być katolikiem albo buddystą, albo wyznawcą innej jeszcze wiary, możesz też być, jak to się powiada, niewierzący i nie tracisz przez żadną z tych wiar swojej przynależności do świata inteligencji. Nie możesz jednak twierdzić, że twoja wiara lub niewiara jest równie dobrze ugruntowana jak twierdzenia z nauk chemicznych czy geologicznych.

Wszystkich tych przykazań przestrzegać masz, jeśli chcesz należeć do inteligencji. Ale, oczywiście, wcale nie musisz chcieć być inteligentem.

Źródło: http://tygodnik.onet.pl/36,0,30265,hendekalog_inteligenta,artykul.html

piątek, 1 kwietnia 2011

Kac na Prima Aprilis

Nie przepadam za tym prima-aprilisowym szaleństwem. Następny dzień po moich urodzinach zawsze jest powodem do lekkiej irytacji. Po dobrej imprezie kac gigant zdaje się być kiepskim żartem mojego organizmu, kpiącego z radości minionego wieczoru. Trudno też wtedy odróżnić, które z podawanych informacji są żartem li tylko, a które można brać na poważnie. Z reguły nie zaglądam więc tego dnia do gazet. Brak kaca zaś bywa oznaką sytuacji, gdy z różnych powodów nie mogłem sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa nawet we własne urodziny. Nietrudno zrozumieć, czemu rozmaite żarty takiego życiowego frustrata niespecjalnie śmieszą.

Wczoraj zasiedzieliśmy się przy Skwerze Hoovera chyba do pierwszej w nocy próbując w niezbyt skoordynowany sposób zdefiniować fragmenty niedefiniowalnego świata. Wydaje mi się, że pamiętam wszystko, aczkolwiek dobijający się przez płaty czołowe jakiś obcy sugeruje że nie jest to takie pewne. Coryllusowi wydaje się, że widział Palikota, a ja jestem pewny, że widziałem Migalskiego, który w okolicach godziny dwunastej w nocy, pod pozorem prywatnego spotkania, próbował podsłuchiwać naszych nieskoordynowanych prób zrozumienia rzeczywistości. 

Fatalność dzisiejszego dnia polega na kompletnym braku wiarygodności wszystkich informacji. Dodatkowo biorąc pod uwagę fakt, że o pewnych rzeczach rozmawialiśmy już po dwunastej, zatem pierwszego kwietnia, to jak mam dać wiarę zapewnieniom Alefa Sterna, że znudziło mu się stukanie w klawisze luźnego strumienia wolnych skojarzeń, że ograniczająca forma może być wyzwoleniem dla artysty i że postanowił teraz poszlifować prostotę języka. Z uwagi jednak na fakt nieokiełznanego potoku myśli będzie to trudne i następna książka powstanie pewnie po dłuższej przerwie, ale budowanie prostej formy skomplikowanej historii jest jak sypanie mandali, trenuje charakter, ćwiczy koncentrację i konsekwencję, zmusza do przyjemnego twórczego wysiłku, będącego źródłem dużo większej satysfakcji, niż proste rejestrowanie płynącego strumienia wolnych skojarzeń.

Jak mam również dać wiarę zapewnieniom Intuicji, że w ramach blogerskiej Rady Programowej zamierza porzucić intuicyjny imperatyw swoich działań i przygotuje strukturalne ramy funkcjonowania tego tworu, które pozwolą mu prawidłowo działać niezależnie od osobowego składu? Wielu już to próbowało przecież zrobić i nikomu jak dotąd się to nie udało. Chciałbym jednak wierzyć, że nowe intuicyjne podejście do kwestii organizacyjnych pozwoli wypracować jakiś instytucjonalny przełom.

Nie jestem też w stanie poważnie brać zapewnień Carcajou o tym, że zamierza przejąć stanowisko RedNacza Nowego Ekranu, podobnie jak nie jestem w stanie poważnie brać informacji o tym, że Graś jest przeciwny przyznaniu jemu premii przez Prezydium Sejmu, czy o tym, że Muniek Staszczyk trzeźwieje patrząc na dokonania PO. W ogóle świat w tym cholernym pierwszokwietniowym dniu jest zły, zdradziecki, fałszywy i jest najgorszym możliwym dniem na leczenia pourodzinowego kaca...